sobota, 20 stycznia 2018

Komu bije dzwon czyli wracam na pełen dystans Zimowych Górskich Biegów w Falenicy

O tym, że Zimowe Górskie Biegi w Falenicy to zawody, które darzę szczególną sympatią wielokrotnie pisałam. To tu debiutowałam, tu mam blisko na start, tej trasy nienawidzę i kocham ją zarazem. Miłość trudna, ale przez to dająca satysfakcję przez duże eS. 

Niniejszym rozpoczynam szósty cykl tych zawodów. Trzeci raz wracam na pełen dystans, czyli na trzy pętle po falenickiej wydmie (tj. 10 km z przewyższeniem 255 metrów). Dotychczasowa życiówka wynosi równo 60 minut i jest z 24.01.2015 roku, niestety cel, który wówczas sobie postawiłam - zdążyć na metę przed dzwonami, nie został osiągnięty. Challenge na ten rok accepted!

Bieg I, 20 stycznia
Okoliczności przyrody piękne. Las pokryty sporą warstwą śniegu. Trasa przebieżna, choć miejscami zorana butami biegaczy aż po piach. Temperatura około zera. W trakcie biegu zaczął padać śnieg.

Pętla pierwsza w 19'47.3
Nie spóźniłam się na start. To duży sukces, bo kilka razy zdarzało mi się zagadać i przegapić godzinę mojej tury. Już w okolicy drugiego podbiegu ustawiłam się w stawce z ludkami biegającymi moim tempem. Wcześniej próbował się ze mną bawić w berka radościański biegacz Jacek, ale duch rywalizacji i zabawy jest u mnie połączony z rozsądkiem i nie zamierzałam go gonić. Zostałam wśród "swoich". Rzuciła mi się w oko Rudowłosa i jej postanowiłam towarzyszyć. Co kolejny podbieg, a jej oddech był coraz to cięższy, więc nie zdziwiło mnie zbytnio, że w końcu zostawiłam ją w tyle. 

Zaczęłam więc gonić znajomego z wybiegań MPK. Komfort biegu zostawiłam na linii startu, więc po dwóch kilometrach zaczęłam zajmować głowę czymś innym niż bieganiem, bo łatwo nie było płucom. Nogi rwały do przodu, a oddech nie nadążał. Rozpoczęłam rozkminki. Na horyzoncie była biegaczka, którą znam, ale nie byłam w stanie przypomnieć sobie jej imienia i nazwiska. To drugie dość szybko wpadło do głowy, ale imię... "Jak ona ma na imię! 'Tak minął mi szósty i siódmy podbieg aż po zbieg w okolicy mety. Tam przypomniałam sobie! 

Pętla druga w 20'01.1
Na zawrotce kibicujące Otwockie Biegaczki: Asia i Go oraz niezależnie nawołujący do trzymania tempa Piotr (znajomy z bno) dodali mi pary. Czas pierwszego okrążenia również motywował, aby nie umrzeć po drodze tylko... Głowę zajęłam rozmyślaniem nad akuratnie oglądanym serialem i czas mijał. Zaczął padać śnieg. Zrobiło się bardzo romantiko. Wydawało mi się, że zwolniłam, ale od połowy dystansu, gdy przerzedziło się na trasie zaczęłam wyprzedzać. Zdarzali się jeszcze biegacze z kolejnej tury, którzy lekką nogą mijali zasapaną mnie z pytaniem "Zmęczyłaś się?". "Eeee, trochę" - odparłam, a na odchodne usłyszałam, że "biegaczki mają fajne pupy". Też mi nowina...

fot. Asia Kabala
Na szczycie wydmy szalony doping Dziewczyn i Piotra, których obecność wykorzystałam do oddania rękawiczek. Fajnie mi było, że są, że wołają. Jak to pomaga!!

Pętla trzecia w 19'16.7
Ufff, czas nie jest zły. Teraz dzida do mety. Na pierwszym podbiegu szybka wymiana uprzejmości z biegaczką, która tak jak ja ma buffa z Łemko 2017, a potem to już niewiele pamiętam... Śnieg padał coraz intensywniej, a mnie wzięło na śpiewanie:

Mały miś, do lasu bał się iść, 
Ze strachu drżał jak liść, pluszowy miiiiśśśś.
Ciemny las, tam wilki zjedzą nas,
Wracajmy bracia wraz, dopóki czaaaaaas!

Nie bój się wilki nie zjedzą cię! 
Będziemy bronić się, nie damy siiiięęęę! 
Śmiało w przód, po słodki, wonny miód, 
Jagody, istny cud, użyjem w bróóóód!

Na ostatnich podbiegach wyprzedzałam Pana w Czerni, sapię już niemiłosiernie, oddaję zdobytą lokatę na zbiegach, potem znowu go mijam - wygląda świeżo jak skowronek. Za trzecim razem nie wytrzymałam i zagaduję "Niektórzy to się wcale nie męczą", odpowiedź "Taaa, nie męczą" tonem "co Ty wiesz o zabijaniu" upewnia mnie, że nie tylko ja ocieram się o umieranie - to budujące w sumie...


Na ostatnim podbiegu znowu są Dziewczyny (Piotra już chyba nie było), z dala słyszę, że kibicują, wyprzedzam znowu Pana w Czerni i kilku innych, zaczynam zbieg. "Ren, super! Przyspieszasz! Biegniemy za Tobą!". Doganiam dziewczynę w białej koszulce i gnam do mety. Mijam kolejne osoby. Nachodzi mnie "podwójny oddech" (tzw. biegowy wyrzyg), ale kaszlę i opanowuję doprowadzone do tego stanu płuca i przeponę. Czuję kogoś za sobą, ale nie pozwalam się wyprzedzić. Wbiegam na metę i... przypominam sobie, że nie słyszałam dzwonów z aleksandrowskiego kościoła!!! Jest już 12:01, więc teoretycznie już powinny były bić... Cieszy również czas, jaki wykręciłam, bo z życiówki urwałam blisko minutę! Rok temu walczyłam o zejście poniżej 20 minut na pętli, a teraz przychodzi to z lekkością. Cudownie się zmęczyć, fantastycznie wypracować sobie dobry czas! Tylko wyjście poza komfort daje progres.

Moje wyniki:
Czas: 59'05"
Lokata 280/341 (82% stawki)

Kolejne starty w ramach cyklu:
Bieg II, 3 lutego
Bieg III, 27 lutego
Finał, 10 marca



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz