piątek, 4 maja 2018

#doultra

lipiec 2017
Tak to już najczęściej jest, że jak pojadę gdzieś na zawody kibicować, to kiełkuje we mnie myśl, że "a może ja też?"... Tak było, gdy w kwietniu 2013 roku kibicowałam maratończykom i zechciałam sama przebiec królewski dystans. Dokonałam tego w listopadzie tego roku w Toruniu - tu relacja. W maju 2017 kibicowałam triathlonistom i zamarzył mi się dystans 1/8, a w lipcu wzruszając się na mecie Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich w Lądku Zdroju postanowiłam, że ja też zostanę ultrasem. Na debiut wybrałam sobie Ultra Trail (dystans 68 km), bo jak kończyć ultra, to tylko wśród lądeckiej publiczności pod Domem Zdrojowym Wojciech.  

Rok na przygotowania to sporo, a ja do pracy wzięłam się od razu: były analizy trasy i międzyczasów zawodników, testy trasy i limitów, a także plany na kolejne miesiące pod kątem ultra...

Plany.
(1) etap przygotowań roboczo nazwany #kuMaderze, który zacznę pewnie w listopadzie, a w jego ramach
(a) dwa cykle na wydmie:
listopad/grudzień - Jesienne Wesołe Biegi Górskie na dystansie 6 km,
grudzień-marzec - Zimowe Górskie Biegi w Falenicy (wiadomix, mój "must have"),
(b) starty dłuższe w tym dwa półmaratony (w terenie i na asfalcie) oraz wprawka do ultra w górach:
grudzień - Winter Trail Małopolska (48 km, cross, przewyższenie 2800 m),
luty - Zimowy Janosik, Zawiany Pyzdra (23 km, cross, przewyższenie + 458 m, - 892 m),
marzec - półmaraton warszawski (asfalt),
(c) start docelowy: kwiecień - maraton w ramach Madera Island Ultra Trail  (42 km, cross, przewyższenie + 1700 m, - 2400 m).

(2) jak mnie dystans maratoński na Maderze nie pokona (dotychczas po obu maratonach na asfalcie miałam kontuzje pasma biodrowo-lędźwiowego), to w maju przejdę do kolejnego etapu przygotowań #doultra. Myślę, o tym, aby pojawić się w okolicach Lądka w czerwcu i zrobić etap trasy Ultra Trail z wejściem na Czernicę oraz przelot między Złotym Stokiem a Orłowcem.


Testy trasy.
Ostatni etap znam ze Złotego Półmaratonu z 2016 roku, więc mogę sobie testy odpuścić, a etapy (1) między Przełęczą Lądecką a Złotym Stokiem i (2) z Lądka przez Trojak i Przełęcz Gierałtowską do Starego Gierałtowa zrobiłam będąc w Lądku w 2017 roku. Przypadek? Nie, jak już obrałam za cel 68 km, to następnego dnia zrobiłam pierwszy etap trasy. Cała ja!


Limity.
O ile dwie godziny między Przełęczą Lądecką a Złotym Stokiem były w moim wykonaniu nierealne. Zabrakło do limitu dobrych 10 minut. O tyle, pierwsza część trasy pokonana w 1:45, a limit na punkcie na Przełęczy Gierałtowskiej wynosi 2:30. Niby dobrze, ale... zawodnicy, którzy zmieścili się w limicie 12 godzin, zrobili ten odcinek w półtorej godziny. Jest co poprawiać. W porównaniu do zawodników lepiej wypada też odcinek Przełęcz Lądecka - Złotym Stok, bo mało kto z osób, które ukończyły w limicie pokonał go w dwie godziny. Przyznać trzeba, że zawodnicy mieli już na starcie z Przełęczy Lądeckiej w nogach 34 kilometry, a robiąc pierwszy etap pewnie stopowali się ciut, no bo to ultra, a nie półmaraton...

Cele.
Na tapetę biorę międzyczasy dwóch zawodniczek z końca stawki. Prawie "z końca stawki", bo nie tak "z końca końca" z okolic limitu wyznaczonego przez organizatora, czyli 12 godzin. Mam (już dziś) apetyt na lepszy wynik. Cel A to złamanie 11 godzin, cel B to czas krótszy niż 11,5 godziny, a cel C ukończenie w limicie. Jak widać na wynikach poniżej, jak się zacznie wolniej jak kobieta z "moim celem A", to można po 34 kilometrze przycisnąć i polepszać międzyczasy.   

wyniki kogoś z 2016 jako cel A
Fakt, nie wiem co się działo na trasie obu Paniom. Gdybam, oglądam tylko cyferki i kalkuluję z kanapy. Nie mam pojęcia jak biegają, czy to były ich pierwsze zawody czy dwudzieste, czy się przygotowywały czy nie. Nie wiem, jak ja zareaguję na dystans i pogodę. Rozpoznanie w wynikach ma być informacyjne. Lubię biegnąc mieć cele i je realizować. Nawet jeśli to czasy między punktami kontrolnymi.

wyniki kogoś z 2016 jako cel B

Lektura.
Przy okazji porządków na blogu okazało się, że ja rozczytywałam się w pozycjach biegowych o ultra już w 2013 roku.... Mam za sobą lekturę "Ultramaratończyka" (tu recenzja), a także "Dogonić Kenijczyków" (tu recenzja). Myślę, że do tej pierwszej książki chętnie w zimowe wieczory wrócę.


sierpień 2017
Jestem po obozie biegowym w Karkonoszach. Sześć dni, sto kilometrów (tu relacja). Zniosłam to dobrze, mam porównanie do mojej formy i samopoczucia z obozu w 2014 roku, więc wiem jak potrafią boleć zakwaszone czwórki. Teraz poobolewały najbardziej łydki. Cieszy, że ciało zniosło wysiłek. Wspomagałam je rozciąganiem co wieczór. Raz dałam się podłączyć pod impulsy elektryczne, które wspomagają regenerację mięśni (zdjęcie niżej), moje łydki odżyły momentalnie!



Z rad-porad do zapamiętania: po wycieczce górsko-asfaltowej doszłam do wniosku, że moje Inov-8 są wyłącznie w teren. W Lądku jest sporo asfaltu, więc nie ma co odbijać sobie stóp.

Lektura.
Wchłonęłam lipcowo/sierpniowe Ultra. Sporo wiedzy, którą warto praktykować. Uśmiechnęłam się widząc porady dotyczące strategii. Analizę trasy, to ja już mam za sobą.

październik 2017
Tydzień w Bieszczadach przed startem w Łemko Trail (30 km) to był dobry pomysł. Na początku tygodnia dwie wycieczki: dłuższa - 20 km z szybką piątką (28 minut) na zmęczonych nogach na koniec (trasa: Wołosate - Tarnica - Halicz - Przełęcz Bukowska - Wołosate) i krótsza (10 km) za to z przewyższeniami (trasa: Przełęcz Wyżniańska - Połonina Caryńska - Przełęcz Wyżniańska - Mała Rawka - Przełęcz Wyżniańska). Taka aplikacja kilometrów i przewyższeń zabolała, ale po starcie na 30 km (mój pierwszy raz dystans większy niż półmaraton w terenie - tu zadowolona relacja) nie było pół zakwasa, a nie oszczędzałam się na trasie wcale! Dzień po miałam energię na rozbieganie z Duszatyna do Jeziorek Duszatyńskich (8 km).

Testy przeszły buty - stare sprawdzone Mizuno Wave 7 oraz bardziej drapieżne inov-8 x-Talon 212. Na zawody wybrałem te drugie, bo na trasie było błoto. Mizuno były idealne na wycieczki, gdzie część trasy pokonywałam na asfalcie. Ubraniowo przyczepiłabym się tylko do bielizny - to co nie obciera na półmaratonie, na dystansie dłuższym zostawia ślad - bezszwowe majtki Under Armour będą miały zamiennik.

Zmiany w planie #ku Maderze - z planu wypadł start w Biegu Chomiczówki, pojawiły się za to starty w ramach Wesołych Biegów Górskich (edycja jesienna), głównie jako przetarcie przed zimowym maratonem górskim w Lubogoszczy (Winter Trail Małopolska). Planuję jeszcze powrót na Grand Prix Warszawy na wiosnę na kabacką dychę, do kwietnia mogą się odbyć dwa-trzy starty.

grudzień 2017
Winter Trail Małopolska i 49 km z przewyższeniem 2.800 metrów za mną (tu relacja). Kondycja jest, nogi niosły. Kamień milowy w drodze do ultra w Lądku zaliczony. Przewyższenie na obu trasach podobne - w Lądku czeka mnie tylko sto metrów więcej. Byłam prawie 10 godzin na trasie, bez kryzysów, kontuzji. Napierałam ciągle do przodu. Żywieniowo nie zawiodłam - jadłam na punktach i między nimi.
Potwierdza się, że dobrze reaguję na akcent tydzień przed zawodami. Osiem dni przed tym startem zrobiłam 33 km w ramach Duchowego Biegu Trailowego. Nogi dzień po mnie nie bolały - one mnie darły (sporo biegania po kostce i asfalcie), był kryzys w trakcie (24 kilometr), a tydzień później w górach nic takiego się nie przytrafiło. Najbardziej po pierwszym ultra bolały pośladki i biodra, ale w poniedziałek wracałam do normy. To było nic, jak sobie przypomnę ból całego ciała po pierwszym półmaratonie!

luty 2018
Kończę z satysfakcją cykl Zimowych Górskich Biegów w Falenicy (tu relacja), co start robiłam życiówkę, a samopoczucie jakby lepsze... Zaczęłam biegać wybiegania z szybszą grupą w MPK, póki co jeszcze nie pełne dystanse, urywam im się po paru kilometrach, ale tempo około 6'00'' utrzymuję.
Na tapecie przygotowania do półmaratonu warszawskiego. Przełom lutego i marca spędzam w Tatrach biegając w siarczystym mrozie po -20. Brrr! Zaczęłam pilnować miesięcznego kilometrażu.
  

czwartek, 19 kwietnia 2018

co wyprawiam przed 40stką czyli nosi mnie


"Życie jest zbyt krótkie, aby pić niedobrą herbatę, czytać złe książki
i marnować czas na ludzi, dla których gówno znaczymy."

 Autor nieznany

Rok 2016 podsumowywałam biegowo inaczej niż zazwyczaj (tu link do posta), bo to był inny rok niż poprzednie. W kwestiach biegowych zdecydowanie nieudany. Sporo się działo w życiu osobistym i zawodowym (na bieganie energii już nie stykło). Modyfikacji dokonywałam według własnego zamysłu, a nie ma to jak planować, bo to ponoć Tam Wysoko wzbudza największe salwy śmiechu. W pełnej gotowości (choć po raz pierwszy w szlafroku) przywitałam Nowy Rok i.... jep! Zaczęło się. Życie pokazało, że moje plany to może i piękne, i górnolotne były, ale... trzeba je szybciutko przeformułować. Przełom nastąpił 1 marca, wtedy zatrzęsło, pierdolnęło i mnie się w głowie przestawiło. Zbierałam emocje dość długo z pomocną mądrych kobiet, które w trudnych chwilach nadal przy mnie były i mocno wspierały, a jak już stanęłam o własnych siłach na nogi, to się prawie zrobiły moje urodziny... Energia i wena do życia wróciły, a ja nie zamierzam przespać ostatniego mojego roku z trójką z przodu. Zamierzam cieszyć się nawet drobiazgami, nie chcę by mi umknęły.

Obchody mojej 40stki czas zacząć. Będzie dla ciała i dla ducha. Będzie dla mnie.

Marzec
Biegowo: na wkurwie 4 marca zrobiłam życiówkę na 10 km w Radomiu (relacja tu) - wybiegałam 52'45", a chciałam łamać 55 minut, no 54 to maks, a tu poprzedni czas na tym dystansie poprawiłam trzy minuty! Sama sobie się dziwiłam, że radę dałam, a ja przecież na ten wynik uczciwie styczeń i luty pracowałam. Na koniec miesiąca, idąc za ciosem sukcesu z Radomia, pobiegłam półmaraton warszawski (tu relacja). Upragnionych dwóch godzin nie złamałam, ale trzy i pół minuty z życiówki urwałam!

Mój pierwsz raz: po złapaniu bakcyla w pływaniu (lęk przed wodą pokonałam w grudniu ubiegłego roku) poszłam na zajęcia float fit i w burpeesach na wodzie byłam najlepsza w grupie.



Ważna książka: biografia Wisłockiej. 

Towarzysko: po szybkiej wizycie w Berlinie odwiedziłyśmy z Elą i Martyną Hamburg. Było zwiedzo-bieganie, było powolne zbieranie się do życia przedpołudniem i kawa z biego-plotkami. Było smacznie, przyjemnie, choć we mnie się gotowało.

fot. archiwum własne

Projekt życia: rozpoczęty; zachwycam się dziurą w ziemi.

Kwiecień
Towarzysko: po samotnych świętach (takich potrzebowałam) spędzam swoje urodziny w Elblągu.

fot. archiwum własne
Zawodowo: trudny miesiąc (taka branża); rozpoczynam kurs zawodowy by podnieść swoje kwalifikacje. Część zeszłorocznych jednak planów wdrażana. Pora na poszerzenie horyzontów.

Dla ducha: (1) cztery tomy Läckberg: Księżniczka z lodu / Kaznodzieja / Kamieniarz / Ofiara losu. Wciągnęły mnie mocno, lekkie i przyjemne., (2) wizyta w teatrze: Kłamstewka w Kwardacie.

Projekt życia: podziwiam fundamenty.

Maj
Złapany bakcyl: czułam, że wycieczka rowerowa na Górki Szymona, aby kibicować Garmin Iron Triathlon zakończy się tym, że zapragnę spróbować swoich sił w triathlonie. Na 1/8 dystansu pływania wcale nie ma tak wiele, gdyby mnie tak nie utopili inni po drodze... to kto wie...

fot. archiwum własne

Dla ducha i ciała: obciełam włosy, a mówą, że... "gdy kobieta decyduje się na zmianę fryzury, a szczególnie, gdy obcina włosy na krótko to… na pewno oznacza to coś ważnego". Oznacza.

Ważna książka: biografia Jerzego Kukuczki. Silny, zadaniowy mężczyna, uparty jak ja.

Towarzysko: wspólnie z klubowymi biegaczkami postanowiłyśmy ciut zmienić swoje sportowe oblicze i pobawić się przed obiektywem.

fot. Karolina Krawczyk

Projekt życia: są już ściany.

Czerwiec
Biegowo: poprawiam o kolejną minutę życiówkę na dystansie na 10 km i to na trasie szczególnie bliskiej mojemu sercu, bo w Elblągu! Tu relacja. Nieważne, że padało, biegło się dobrze, a na mecie czekali kibice gotowi, by mnie mokrą serdecznie wyściskać.

Towarzysko: ja w Elblągu, potem Elbąlżanie w Warszawie. Fajny czas.

Przyjemnościowo z ambicją: wieczór dla dorosłych w Centrum Nauki Kopernik. Chłonęłam niemal każdy eksponat. Robiłam tsunami, śluzowałam statki, operowałam kołem młyńskim. Byłam funkcją! Zmienną, stałą i liniową. Nawet zagadki logiczne, których nie lubię, przykuły moją uwagę. A na koniec wizyta w Planetarium. Pychota!

Dla ciała: wracam na zajęcia na basenie. Naukę pływania rozpoczęłam w grudniu, w lutym dość sprawnie sobie radziłam w wodzie. Nie chcę tego zapomnieć.

fot. Piotr Tartanus
Projekt życia: wylany został strop, jest więźba dachowa.


fot. archiwum własne
Lipiec
Zawodowo: ukończyłam kurs podnoszący moje kwalifikacje, co oznacza, że (1) spora dawka wiedzy w głowie i (2) odzyskuję weekendy. Nie wiem, co bardziej cieszy... 

Mój pierwsz raz: park linowy. Powiem tak: działo się, pot spływał po pupie, bo klima nie działała. Bałam się, chuśtało mną, ale dałam radę. Mega satysfakcja, ciężka robota i w sumie... fajna zabawa.


fot. archiwum własne

Dla ducha: kolejne tomy (od piątego do dziewiątego) Lackberg wchłaniam. Mam wrażenie, że całe zło świata dzieje się w Szwecji.


Towarzysko: wizytuję Lądek w czasie festiwalu biegowego. Udaje się pobiegać w okolicy, przetrzeć nogi przed obozem biegowym, który w sierpniu. No i najważniejsze - złapać bakcyla na ultra. Za rok :) - tu relacja z przygotowań.

Projekt życia: kompletne pokrycie połaci dachowej. Napatrzeć się nie mogę i napodziwiać.


fot. archiwum własne
Sierpień
Mój pierwsz raz: powoziłam rikszą. Łatwo nie było, ale wyrabiałam się na zakrętach.


fot. archiwum własne
Dla ciała: (1) rowerowo na Suwalszczyźnie (2 dni, 120 km), (2) obóz biegowy w Karkonoszach (sześć dni, 100 km), (3) objazd rowerem Tatr (4 dni, 210 km). Taki urlop, bo najlepiej odpoczywam w ruchu. Aktywności nie takie bezinteresowne, bo szykowałam się na złamania dwóch godzin w półmaratonie (relacja z przygotowań).

Projekt życia: są ściany działowe. Mogę już w myślach ustawiać meble i ustalać kolory ścian.

Wrzesień
Dla ciała: rozpoczęłam zajęcia pływackie z Warsaw Masters Team, jestem w grupie kaczuszek i dumnam z każdego sukcesu typu: pływam bez deski, oddycham na prawą stronę, płynę na grzbiecie i potrafię jednocześnie unieść obie ręce i się odepchnąć od wody. O basenowych bolączkach rozpoczętych kilka miesięcy temu można poczytać w dedykowanym poście <tutu>.

Mój pierwsz raz: miał być zużel, ale z powodu deszczu odwołali mecz w Lublinie, więc impreza do poprawki.

Październik
Projekt życia: stan surowy otwarty zostaje na zimę, a ja ustalam co dalej w kwestii przyłączy i wykończeń. Na budowie była ekipa filmowa i kręciła spot dla Ministerstwa Finansów - tu link do filmu.

Dla ciała: tygodniowy urlop w Bieszczadach z debiutem (zalicza się towarzysko oraz mój pierwszy raz) na dystansie ponad półmaratońskim w terenie (tu relacja z Łemkowyny). Zdobyty pierwszy punkty UTMB/ITRA.

Zawodowo: zapisałam się na egzamin zawodowy, zaczynam się uczyć! Luty blisko.

Listopad
Dla ciała: na basenie zaczynam ćwiczyć nowe style, zaliczam zatem przy tej okazji kategorię mój pierwszy raz. Pojawił się motyl i żabka.
Biegowo: po Biegu Niepodległości w Elblągu (zaliczona kategoria towarzysko) skorzystałam z chwilowego roztrenowania.

Pomysłów na spędzanie wolnego czasu w 2018 roku całe mnóstwo. Kalendarz się zapełnia planami.

Grudzień
Dla ciała: Rozpoczynam coroczny przegląd zdrowia. Tym razem wychodzi ciut poza standardowe badania laboratoryjne i USG. Jest dobrze, choć z dalszą diagnostyką.

Mój pierwszy raz: przebiegłam pierwszy górski maraton (tu relacja). Mogłam świętować ten wyczyn w doskonałym towarzystwie.

Towarzysko: Rok kończę w lesie, przy ognisku. Sylwestra spędziłam z biegaczami. Wśród opowieści z tras, snucia planów, wspomnień. To był dobry rok. Trudny, ale dobry. Biegowe podsumowanie >>tutu<<.


Styczeń

Odważyłam się biegać wybiegania z szybszą grupą (po 6'00''/min) w Mazowieckim Parku Krajobrazowym. 

Luty

Towarzysko: weekend z Zimowym Janosikiem i krejzolami biegowymi. W ramach mój pierwszy raz biegałam boso po śniegu.

fot. Asia Szulc
Sukces miesiąca, a nawet kwartału: Zdałam egzamin pisemny na doradcę podatkowego. To tylko połowa sukcesu, bo jeszcze ustny, ale cieszę się, że jest do niego przepustka.

sobota, 24 lutego 2018

Komu bije dzwon czyli wracam na pełen dystans Zimowych Górskich Biegów w Falenicy

O tym, że Zimowe Górskie Biegi w Falenicy to zawody, które darzę szczególną sympatią wielokrotnie pisałam. To tu debiutowałam, tu mam blisko na start, tej trasy nienawidzę i kocham ją zarazem. Miłość trudna, ale przez to dająca satysfakcję przez duże eS. 

Niniejszym rozpoczynam szósty cykl tych zawodów. Trzeci raz wracam na pełen dystans, czyli na trzy pętle po falenickiej wydmie (tj. 10 km z przewyższeniem 255 metrów). Dotychczasowa życiówka wynosi równo 60 minut i jest z 24.01.2015 roku, niestety cel, który wówczas sobie postawiłam - zdążyć na metę przed dzwonami, nie został osiągnięty. Challenge na ten rok accepted!

Bieg I, 20 stycznia
Okoliczności przyrody piękne. Las pokryty sporą warstwą śniegu. Trasa przebieżna, choć miejscami zorana butami biegaczy aż po piach. Temperatura około zera. W trakcie biegu zaczął padać śnieg.

Pętla pierwsza w tempie 6'15"
Nie spóźniłam się na start. To duży sukces, bo kilka razy zdarzało mi się zagadać i przegapić godzinę mojej tury. Już w okolicy drugiego podbiegu ustawiłam się w stawce z ludkami biegającymi moim tempem. Wcześniej próbował się ze mną bawić w berka radościański biegacz Jacek, ale duch rywalizacji i zabawy jest u mnie połączony z rozsądkiem i nie zamierzałam go gonić. Zostałam wśród "swoich". Rzuciła mi się w oko Rudowłosa i jej postanowiłam towarzyszyć. Co kolejny podbieg, a jej oddech był coraz to cięższy, więc nie zdziwiło mnie zbytnio, że w końcu zostawiłam ją w tyle. 

Zaczęłam więc gonić znajomego z wybiegań MPK. Komfort biegu zostawiłam na linii startu, więc po dwóch kilometrach zaczęłam zajmować głowę czymś innym niż bieganiem, bo łatwo nie było płucom. Nogi rwały do przodu, a oddech nie nadążał. Rozpoczęłam rozkminki. Na horyzoncie była biegaczka, którą znam, ale nie byłam w stanie przypomnieć sobie jej imienia i nazwiska. To drugie dość szybko wpadło do głowy, ale imię... "Jak ona ma na imię! 'Tak minął mi szósty i siódmy podbieg aż po zbieg w okolicy mety. Tam przypomniałam sobie! 

Pętla druga w tempie 6'16"
Na zawrotce kibicujące Otwockie Biegaczki: Asia i Go oraz niezależnie nawołujący do trzymania tempa Piotr (znajomy z bno) dodali mi pary. Czas pierwszego okrążenia również motywował, aby nie umrzeć po drodze tylko... Głowę zajęłam rozmyślaniem nad akuratnie oglądanym serialem i czas mijał. Zaczął padać śnieg. Zrobiło się bardzo romantiko. Wydawało mi się, że zwolniłam, ale od połowy dystansu, gdy przerzedziło się na trasie zaczęłam wyprzedzać. Zdarzali się jeszcze biegacze z kolejnej tury, którzy lekką nogą mijali zasapaną mnie z pytaniem "Zmęczyłaś się?". "Eeee, trochę" - odparłam, a na odchodne usłyszałam, że "biegaczki mają fajne pupy". Też mi nowina...

fot. Asia Kabala
Na szczycie wydmy szalony doping Dziewczyn i Piotra, których obecność wykorzystałam do oddania rękawiczek. Fajnie mi było, że są, że wołają. Jak to pomaga!!

Pętla trzecia w 19'16.7 (tempo 6'03")
Ufff, czas nie jest zły. Teraz dzida do mety. Na pierwszym podbiegu szybka wymiana uprzejmości z biegaczką, która tak jak ja ma buffa z Łemko 2017, a potem to już niewiele pamiętam... Śnieg padał coraz intensywniej, a mnie wzięło na śpiewanie:

Mały miś, do lasu bał się iść, 
Ze strachu drżał jak liść, pluszowy miiiiśśśś.
Ciemny las, tam wilki zjedzą nas,
Wracajmy bracia wraz, dopóki czaaaaaas!

Nie bój się wilki nie zjedzą cię! 
Będziemy bronić się, nie damy siiiięęęę! 
Śmiało w przód, po słodki, wonny miód, 
Jagody, istny cud, użyjem w bróóóód!

Na ostatnich podbiegach wyprzedzałam Pana w Czerni, sapię już niemiłosiernie, oddaję zdobytą lokatę na zbiegach, potem znowu go mijam - wygląda świeżo jak skowronek. Za trzecim razem nie wytrzymałam i zagaduję "Niektórzy to się wcale nie męczą", odpowiedź "Taaa, nie męczą" tonem "co Ty wiesz o zabijaniu" upewnia mnie, że nie tylko ja ocieram się o umieranie - to budujące w sumie...


Na ostatnim podbiegu znowu są Dziewczyny (Piotra już chyba nie było), z dala słyszę, że kibicują, wyprzedzam znowu Pana w Czerni i kilku innych, zaczynam zbieg. "Ren, super! Przyspieszasz! Biegniemy za Tobą!". Doganiam dziewczynę w białej koszulce i gnam do mety. Mijam kolejne osoby. Nachodzi mnie "podwójny oddech" (tzw. biegowy wyrzyg), ale kaszlę i opanowuję doprowadzone do tego stanu płuca i przeponę. Czuję kogoś za sobą, ale nie pozwalam się wyprzedzić. Wbiegam na metę i... przypominam sobie, że nie słyszałam dzwonów z aleksandrowskiego kościoła!!! Jest już 12:01, więc teoretycznie już powinny były bić... Cieszy również czas, jaki wykręciłam, bo z życiówki urwałam blisko minutę! Rok temu walczyłam o zejście poniżej 20 minut na pętli, a teraz przychodzi to z lekkością. Cudownie się zmęczyć, fantastycznie wypracować sobie dobry czas! Tylko wyjście poza komfort daje progres.

Moje wyniki:
Czas: 59'05"
Lokata 280/341 (82% stawki)


Bieg II, 3 lutego
Falenicki standardzik - o mały włos, a nie spóźniłam się na start. W biegu zrzuciłam z siebie kurtkę, rzuciłam na najbliższe drzewo (taki tam zwyczaj) i pognałam za tłumem na pierwszy podbieg.

Pętla pierwsza w tempie 6'09"
Nie wystartowałam ostatnia, bo mijając mnie znajomy biegacz zaproponował zabawę w berka. Z góry podziękowałam za ganianie (nie moja liga), znalazłam jednak na podorędziu godnego zastępcę - Zenka, który akuratnie biegł z boku. Gdy po drugim zbiegu Zenek był nadal blisko, wystraszyłam się, bo znam swoje miejsce w biegowym szeregu i przy takim towarzyszu, wiedziałam, że jestem "nie tu" w stawce. Zenek uspokoił mnie, kazał biec swoje i tak noga za nogą zrobiliśmy razem prawie półtora kółka.

Pętla druga w tempie 6'10"
Gdy już zostałam sama, zaczęłam wypatrywać pleców Aśki, którą po dzwonach gonię w tym cyklu. Ku własnemu zaskoczeniu czułam się dobrze, biegłam dość dynamicznie i nie umierałam.


Pętla trzecia w 5'58" (czas 18:56.1)
Na mecie czekała na mnie życiówka (na dystansie i na jednej pętli), a także Otwockie Biegaczki i Ava. W sumie nic dziwnego, że ostatnia pętla wyszła rekordowo, bo dostałam nań osobiste klapsowe błogosławieństwo Trenera - nie mogła być inaczej.

Moje wyniki:
Czas: 57'33"
Lokata 395/469 (84% stawki)

Bieg III, 27 lutego
Tym razem bieg upłynął mi bardzo szybko. Pętla pierwsza w tempie 6'06", znowu na początku chwila z Zenkiem. Po drugim podbiegu drugiego okrążenia zaczęłam wypatrywać Trenera, który zapętla mnie i dopinguje uściskiem w przelocie. 



A potem to już w górki, tla druga w tempie 6'06" i kolejna w 6'00" (czas 18:44.5), co oznacza ni mniej nie więcej, że znowu życiówka na dystansie i na pętli.

Moje wyniki:
Czas: 56'48"
Lokata 286/356 (80% stawki)

Cykl kończę zadowolona, bo widać progres. Ostatni bieg nie liczy się do klasyfikacji, więc można już podsumowywać. Na każdym biegu czas poprawiony o około minutę, szybciej pokonuję też pętle. W stawce plasuję się daleko, ale poprawkę trzeba wziąć na to, że to mocno obsadzone zawody. Falenica jest kultowa i bez niej zima mazowieckich biegaczy się nie liczy. Do swojego koszyczka dodam tylko, że tak jak kiedyś biegałam wśród 60-70latków, tak teraz wokoło na trasie rówieśnicy.


Lokata open 308/361 (85% stawki)
Lokata open kobiet 62/96 (65% stawki)
Lokata kat. K40 21/34 (61% stawki)


Kolejne starty w ramach cyklu:
Finał, 10 marca