czwartek, 31 grudnia 2020

2020 rok w skrócie czyli moje bieganie w czasie pandemii

Plany na 2020 rok:
- w lutym: zmierzyć się z czasem 1:55' w półmaratonie,
- w maju: wydłużam dystans - 65 km pobiegnę dookoła Innsbrucka,
- w lipcu/czerwcu: spróbować triathlonu,
- wrzesień: przebiec 42 km ze złamanymi czterema godzinami.

Realizacja planów:
- nie przebiegłam w tym roku żadnego półmaratonu,
- ultra w Innsbrucku się skurczyło do 61km, ale było :)
- w marcu zamknęli baseny, więc o triathlonie nie było mowy,
- wrześniowy maraton odbył się w bardzo ograniczonej formie z losowaniem, a mnie na ten miesiąc przesunęli ultra w Innsbrucku, zatem nawet tematu nie zaczynałam.

Starty czyli co się udało:
- styczeń/luty - Zimowe Górskie Biegi w Falenicy (prawie 10km) - dość opornie, bez fajerwerków z powodów zdrowotnych - więcej tu;
- marzec - Bieg Kazików (10km, asfalt) - zawody mające być sprawdzianem formy przed Półmaratonem Marzanny, ostatecznie pobiegnięte jako test pozimowej formy;
- sierpień - Ultramaraton Powstańca (sztafeta 32km) - w ramach przygotowań do ultra - link;
- sierpień - Rykowisko Ultra Trail, Szybkie Badyle (36km) - w ramach przygotowań do ultra - link;
- wrzesień - Innsbruck Alpine Trailrun Festiwal (65km).

Do spektakularnych sukcesów roku nie sposób nie zaliczyć pływania, bo treningi tej dyscypilny nie były przeze mnie odpuszczane (o ile pływalnie były czynne), co więcej uzupełniałam je o własne wizyty na basenie. Raport z tej gorszej części roku w linku, a w tym z tej lepszej.

Zima i wiosna nie była dla mnie łaskawa, a koronawirus nie ułatwił powrotu do formy biegowej. Marzec (tu wpis) zaskoczył wszystkich, plany startowe i wyjazdowe poszły w niewcz, własciwie dwa miesiące przesiedzieliśmy w domu (o tym, co w kwietniu w linku). Od maja, kiedy to mentalnie wyszłam z kwarantanny (tu więcej), przynajmniej rowerowe wycieczki wchodziły aż miło. Wdrożyłam projekt rowerowe Podlasie i sporo kilometrów tam wyjeździłam. A'la przewodnik do dyspozycji zainteresowanych w linku

Po posusze w bieganiu od wakacji zaczęło być dobrze, choć lipiec nie pokazywał, że w formie coś pykło (o czerwcu i lipcu w poście). Dopiero w sierpniu pojawiły się pierwsze oznaki, że bieganie i rower przynoszą efekty (relacja z sierpnia), pewnie zasługą tego stanu była regularność i trekking w Pirenejach, o czym w tym wpisie. W krew weszło mi pisanie podsumowań miesięcznych, bo dzięki nim mogłam śledzić swoje aktywności i postępy lub ich brak.


Plany na rok 2021:
- treningowo biegać Zimowe Biegi Górskie na dystansie 6,6km;
- treningowo pobiec Bieg Chomiczówki;
- sprawdzić formę na Wiązowskiej Piątce;
- zrobić życiówkę podczas Półmaratonu Marzanny;
- przebiec Bieg Rzeźnika w limicie;
przepłynąć po 25 metrów wszystkimi stylami;
- popływać open water;
- zadebiutować w tri;
- poprawić życiówkę na 10 km;
- o ile będzie forma na złamanie 4 godzin w maratonie, zrobić to. 

czwartek, 24 września 2020

pływanie zaczyna przypominać pływanie czyli czuję flow

Sezon pływacki rozpoczął się z początkiem września i po czterech tygodniach mam wrażenie, że robię postępy w kraulu. Godzinne treningi to głównie zadyszka, choć już w tym tygodniu mam możliwość w czasie zajęć rozejrzeć się po innych torach, co oznacza, że miewam chwilę na oddech. Wchodzę w rytm i w sumie zaczyna mi się podobać. Mniej walczę z wodą, bardziej ją czuję. Już wiem, co to ta "gęsta woda" i potrafię ją znaleźć. 

Po intensywnym ćwiczeniu delfina miałam zakwasy w biodrach i brzuchu. Wyginałam się aż za bardzo chyba... Żaba ciągle kuleje. Gleichem śmigam, ale na brzuchu samymi rękami mało co jestem w stanie wskórać. Nogi ni jak nie są w stanie się odbić. 

Dzień 23 września powinien wpisać się do kronik pływackich, bo zdobyłam się na skok ze słupka. Myślałam o tym całe popołudnie i w końcu... zrobiłam to. Poprzednie dwa razy skakałam z podłogi, a wcześniej byłam mistrzynią wsuwania się na tor. Niestety drabinka jest za daleko :)

Ćwiczeń nigdy za mało, mówią. W tym miesiącu tylko dwa dodatkowe, samodzielne treningi udało mi się wygospodarować. Czuję, że dzięki temu kolejnemu wejściu do wody łatwiej mi odnaleźć się na klubowych treningach. Mniej się boję, jestem bardziej obyta. Wrzesień kończę z myślą: „Jest dobrze. Oby tak dalej!”  

fot. Tomasz Madej

sobota, 12 września 2020

zabawa bieganiem czyli moje pierwsze 61k w Tyrolu

Nie da się ukryć, że obawiałam się trasy Panorama Ultra Trail w ramach Alpine Innsbruck Trailrun Festival. 65 kilometrów skurczyło się, co prawda, do 62, ale nadal to maraton i prawie półmaraton zarazem, ciężko było zapomnieć o przewyższeniu (1700m). 

Pierwszy tydzień września jeszcze na miejscu wybiegany aż miło. Ciąg i przebieżki pokazywały, że forma kroczy w dobrym kierunku. Tydzień przedstartowy spędziłam aktywnie w Tyrolu na dwóch górskich wycieczkach i rozbieganiu na dwa dni przed zawodami. To ostatnie pogrążyło mnie w rozpaczy, bo na falistej trasie zmęczyłam się nieprzyzwoicie. 

Ostatecznie uznać trzeba, że pobyt na wysokościach pomógł w zaaklimatyzowaniu się w Alpach. Niespieszne spacery przy jeziorkach z Kühtai z szarlotką i piwem na 2300 m npm...


... a także wędrówka w dół z Ahornu do Mayrhofen pozwoliły być w najlepszej formie akurat w sobotę. 


Dzień przed startem pozwoliłam się ująć wrażeniom w Kristallwelt w Wattens, gdzie oprócz kryształów można było podziwiać widoki na otaczające Alpy z ogrodu. Tak powinien wyglądać dzień przed startem - niespiesznie, relaksująco, spacerowo.  


Wszystko to spowodowało, że miałam dzień konia. Odkąd wpadłam w rytm biegu około 5-7 kilometra, łykałam dalszy dystans nie wiem jak i kiedy. Głowa koncentrowała się na przemieszczeniu do kolejnego punktu odżywczego, zwizualizowana trasa zmieniała się tylko zgodnie z profilem - w górę, teraz faliście ale dość płasko, w dół do mostu na Inie, a potem znowu w górę i po punkcie jeszcze trochę w górę i będzie do 50 km prawie płasko. Tam za miasteczkiem most i droga powrotna do mety. Jeszcze dziś potrafię to wyrecytować. 


Na każdym punkcie pilnowałam, czy jest zapas czasowy do limitu dla najwolniejszych biegaczy. Wszędzie był, więc z dobrą miną mknęłam dalej. 

Na trasie towarzyszyła mi Dorota. W zasadzie nie umawiałyśmy się czy biegniemy razem czy osobno. Od startu żadna drugiej nie zgubiła i aż do mety dotarłyśmy wspólnie. To już nasz drugi wspólny bieg - w Trójmieście na Garmin Ultra Race spędziłyśmy razem 53 kilometry.   

Czas na mecie baaardzo mnie zaskoczył. W planach celowałam w 12 godzin, a dobiegłyśmy w czasie 10:28! 

międzyczasy za https://my.raceresult.com

Nie miałam podczas biegu kryzysu, napierałam na tyle, na ile teren i ciało pozwalało. Odkryłam, że ultra może być wspaniałą zabawą w sport. To był mój czwarty bieg na dystansie dłuższym niż 42 km w górach (Winter Trail Małopolska 49km, Garmin Ultra Race 53km, Supermaraton w Górach Stołowych 54km). Spodobało mi się, a apetyt rośnie w miarę jedzenia. Teraz chyba czas na 80km?