Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biegi uliczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biegi uliczne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 marca 2017

licząc na cud czyli Półmaraton Warszawski 2017

Moja opowieść pt. "Jak to o złamanie dwóch godzin w półmaratonie walczyłam..." nie ma jeszcze pozytywnego zakończenia. W Warszawie wiosną 2014 roku się nie udało (relacja). Nie wiem, czemu wydawało mi się, że to w ogóle możliwe (tzn. wiem, bo Suwi tak mówił, że to czas...), nie biegałam wtedy tak szybko, by to zrobić.... Kolejne podejście po pięciu miesiącach w Radzyminie, gdzie startowałam z temperaturą (relacja). Nikogo nie dziwi chyba, że nieudane...  No i start na Cyprze wiosną 2015 roku ukończony z czasem 02:05:00. Skwitowany przeze mnie krótko: "gorąc, męka, podbiegi". Do życiówki przygotowana raczej byłam, ale nie do biegu tempem 5:41 min/km... Nie zgrała się trasa i pogoda, a potem to ja po górach biegałam, a nie po asfalcie. 

fot. własne
Startu w Półmaratonie Warszawskim AD 2017 w zasadzie nie planowałam, ale jak po ładnym początku roku i falenickich sukcesach (tu więcej) pognałam 10 km na porządną życiówkę w Radomiu (relacja), to pokusiłam się na półmaraton. Czas z dychy - 52:45, dawał widoki na złamanie dwóch godzin. Tylko w ciągu dwóch tygodni między startami zbyt wiele się w życiu prywatnym działo, aby trzymać reżim treningowy i być gotowym na wyzwania. Spróbowałam mimo to... 

... licząc na cud.
Ustawiłam się za zającami na dwie godziny i widząc, że równe tempo nie jest moją domeną postanowiłam podzielić się z grupą pracą nad utrzymaniem tempa. 

fot. fotomaraton
Do 15 km to zdawało egzamin, ale po przebiegnięciu na praską stronę trasy czułam coraz wieksze zmęczenie i... gorąc.


Wtedy przekonałam się, że ważne starty należy biegać z supportem, tzn. mieć na trasie kibica, który poda coś, zabierze ewentualnie. Rano przed startem było zimno, zmieniłam koncepcję ubioru, a już na trzecim kilometrze zdejmowałam z siebie wszystko, co mogłam. Kitrałam to w spodenkach, ale ich pojemność jest ograniczona. Chętnie bym to po drodze wszystko oddała. Słońce dogrzewało, a ja się gotowałam i zwalniałam. Podwijałam do góry koszulkę, aby chłodzić brzuch, ale orzeźwienie było chwilowe...

Tempo na kolejnych etapach, tj.: 1 km, 2x6km i 3 km

Sporym urozmaiceniem na 17-18 kilometrze trasy był podbieg pod wiadukt Starzyńskiegi i pod most Gdański, tam też zwolniłam, ale najgorsza była prosta za mostem do Bonifraterskiej. Wybiegania tą częścią trasy rozbiłam według pierwszej wersji przedstawionej przez organizatora, czyli Szymanowską, Zakroczymską i Konwiktorską, a tu za mostem zobaczyłam sznur biegaczy i niekończącą się prostą... Jeśli można mieć na półmaratonie ścianę, to właśnie ja ją tam miałam. Chciałam już iść, usiąść, położyć się. Wszystko, tylko nie biegać! Ten odcinek nie miał końca. 

Po wbiegu w Bonifraterską postawiłam się do pionu i mimo, że to ostatnia dwukilometrowa prosta, to jest to OSTATNIA prosta i przyspieszę, aby już mieć ten bieg za sobą. Do Miodowej się jeszcze wstrzymywałam z finiszem, ale za Długą to już oby do mety. Tętno już było wysokie, ale wiedziałam, że ostatnie minuty wytrzymam nawet z HR ponad 200. 

fot. zapis tętna
Na wysokości Akademii Teatralnej spojrzenie na zegarek i świadomość, że dwóch godzin nie złamie, ale życiówka była w kieszeni. Finisz po 4:22 min/km i w końcu mogłam się zatrzymać i odpocząć. Pobiegłam półmaraton w czasie 02:00:55. Życiówka poprawiona o 3'25".


Moje lokaty
open miejsce 7848/12180 (61% stawki)
open kobiet miejsce 1305/3263 (40% stawki)
kat. K30 miejsce 619/1427 (43% stawki)

Pewnie, że przygotowana byłam na lepszy start, ale braki treningowe ostatniego tygodnia nie przeszły bez echa. Radością nie kipię, bo dwójka nadal do złamania, ale mimo wszystko się cieszę z poprawy rekordu na dystansie półmaratońskim. Praca przynosi efekty. Po raz drugi w ciągu tego samego miesiąca przekonałam samą siebie, że mogę biegać szybko. Bazując na tym przekonaniu, zaczynam nową erę treningową, wszak: "Po to wymyślono jogging, aby uzmysłowić sobie, że wszystkie procesy w życiu są możliwe do wyćwiczenia właśnie w ten sposób - wysiłkiem, a nagrodą są kolejne pułapy wytrzymałościowe".

środa, 11 listopada 2015

bieg na zgonie czyli pacemaker w Biegu Niepodległości

Decyzja o udziale w 27. Biegu Niepodległości była karkołomna. Prawdopodobnie, gdybym miała biec dla siebie bym nie pobiegła, bo kto biega z infekcją? Jednak w ostatniej chwili nie chciałam robić organizatorom zamieszania i zostawiać grupy biegnącej na 60 minut bez jednego z pacemakerów.

Na bieg wybrałam się komunikacją, bo na podstawie numeru startowego była bezpłatna. Dość sprawnie dotarłam do biura zawodów na odprawę zajęcy, gdzie dokonano przydziału baloników i przekazano nam instrukcje organizacyjne. Ze zdziwieniem odkryłam, że jestem jedyną kobietą w tym gronie. Zaraz potem do strefy startowej i czekanie...

... gdy stanęliśmy na linii startu, bieg ukończył najszybszy mężczyna. Kwestia zwycięzcy zatem była pozamiatana, można było bez złudzeń ruszyć na trasę i zająć się powierzonym zadaniem - być na mecie w 60 minut.

No tak... a mój Garmin jak na złość, właśnie tuż przed startem stracił sygnał GPS i... szukał go aż do drugiego kilometra, czyli do Złotych Tarasów mniej więcej. W sumie wiedział, co robi, bo do tego miejsca mieliśmy biec z pozostałymi pacemakerami razem, po tym dystansie mogliśmy się lekko rozbić. Zanotowałam w myślach stratę, jaką mam do czasu netto i z kalkulatorem na stand-by pomknęłam dalej.

Zupełnie za chwilę był wiadukt przy Dworcu Centralnym, potem zbieg, no i dalej to już czekałam na zawrotkę przy Rakowieckiej (trasa al. Jana Pawła II wiedzie wahadłowo). Czułam się dobrze, z nosa nie kapało, ale zaczęło mi być coraz bardziej ciepło... Rozbierać się z czego nie miałam, no może z koszulki-kamizelki zająca, ale co zrobię z balonem? To do tego elementu ubioru przytwierdziłam wstążeczkę... Wśród rozmyślań minęłam punkt z wodą po nawrotce, no i zaczęła się mordęga... Miałam ochotę zsunąć choćby podkolanówki, czułam coraz większe zmęczenie oraz gorąco... Wiatru na trasie nie odczułam, pewnie dlatego, że biegłam ciut za grupą, mżawka była niezauważalna. No, ale piętnaście stopni dało do wiwatu, szczególnie że ze mnie wychodziły jeszcze infekcyjne bolączki.

Od szóstego kilometra moje myśli o niekomforcie zaczęły być regularnie przerywane zasłyszanymi komentarzami współbiegaczy: 
O! Zobacz, jest szansa na godzinę!
Dasz radę! Nie dasz? Przecież zostały już tylko dwa kilometry...
Boże, baloniki na godzinę nam odchodzą.
Chodź, dobiegniemy do tych świateł, a  potem już metę zobaczysz.
Oni wystartowali po nas, będziemy mieć czas 65 minut z hakiem...

Jako zając świeciłam tylko i wyłącznie przykładem i balonikiem, tylko raz zapytał mnie ktoś o czas od startu, więc szybko przekalkulowałam i dałam odpowiedź. Konwersacyjnie zupełnie mi dziś w czasie biegu nie było. Chciałam jak najszybciej mieć tę dychę za sobą.



Wbiegłam na metę z czasem netto 59:42, szczęśliwa, że to już za mną.Zadanie wykonane! 

Akcesoria pacemakera, brakuje zegarka i uśmiechu

Powrót do domu do przyjemnych nie należał, bo każdy ma swój pomysł na Święto Niepodległości. Marsze w Centrum sparaliżowały komunikację i uprzykrzały życie kierowcom.

Podsumowując mój udział w zawodach przyznam, że organizacja warszawskiego Biegu Niepodległości miło mnie zaskoczyła. Zmieniam zdanie na temat biegów masowych, a przynajmniej nie wrzucam ich do jednego worka. Nie odczułam tłumów na trasie, a w biegu wystartowało 15 tysięcy biegaczy. Fakt, startowałam z pierwszej linii strefy, ale poza kilkoma wyprzedzankami na początku, które odbyły się "po trupach", nie odczułam wzmorzonych kolizji torów biegów z innymi biegaczami.

Przyznać trzeba, że dawno nie biegałam płaskiej, asfaltowej dychy, więc pewnie to też powód, że mi się spodobało. Dało w kość, ale spodobało się.

Otwarte kilka tygodni przed startem biuro zawodów sprawnie wydawało pakiety. Nie zostawiłam tego na ostatnią chwilę i komfortowo załatwiłam wszystkie formalności. Wiem, że sporo znajomych odbierało pakiety za pośrednictwem poczty, co pewnie znacznie wpłynęło na frekwencję w PKiN.

Biuro zawodów w PKiN, tydzień przed biegiem, godz. 14:00
To, do czego mogłabym się przyczepić - to anonimowość zajęcy. Zaskakująca, bo koordynatorka zbierała nasze notki biegowe, nie widziałam ich ani na stronie organizatora, ani na fan pagu. O tym, że grupę na 60 minut prowadzą trzy osoby nie wiedział nawet konferansjer zabawiający tych, którzy najdłużej czekają na start. Tu dodaję kolejnego plusa za pomysł organizatorów.

***** Edit: Znalazłam informacje o zającach w komentarzu do posta z balonikami! Juppi! Oto on.

Minus należy się również za dubeltową naprasowankę na koszulce. Pierwszy layout z granicami Polski z 1918 roku wywołał skandal dyplomatyczny, zatem zastąpiło je godło. Właściwie, koszulkę uważam za jednorazową, chyba że będzie służyć jako kulodoporna ochrona na wojnę lub paintball, wówczas użyję jej drugi raz... Szkoda...

No i... (tu daję minusa z ostrożnością) nie widziałam oznakowań z kilometrażem na trasie. Ale nie wiem, czy to moje niedopatrzenie, bo może były...

Moje lokaty:
open - 9583/12842
open kobiet - 2162/4001
kategoria wiekowa - 911/1671

Koniec podsumowań. 

Druga przygoda z zającowaniem za mną (o pierwszej w relacji z Półmaratonu w Pabianicach w linku). Mogę wracać się kurować do łóżka.

sobota, 2 maja 2015

BIEG FLAGI czyi życiówka na dychę, której nic nie przepowiadało

Bieg Flagi wymyśliłam po Grand Prix Warszawy 21 marca, gdzie poprawiłam czas na 10 km z października (56:08) o 5 sekund (trasa w Kabatach nie ma 10km), dlatego to była taka życiówka, nie życiówka. Chciałam się sprawdzić na pełnym dystansie i w końcu się udało.

Wiele stało na przeszkodzie temu sukcesowi. Bolące nogi nie pozwalały trenować w tygodniu, wcześniejsze treningi, mimo, że w pięknych okolicznościach przyrody hamburskiego parku, nie były spektakularne. Jakby tego było mało zmęczenie i marazm  obezwładniały mnie od kilku dni i spałam nawet po 9-10 godzin. Zatem… nie pozostało nic innego, jak potraktować ten bieg treningowo albo zostać w domu, bo w czwartek i taka opcja wchodziła w grę. Dopiero po dość lekkiej przebieżce w piątek stanęło na tym, że stanę na starcie.

Co łatwe też nie było… wybrałam się na Żoliborz komunikacją, bo niby majówka i ruch na ulicach mniejszy, to mecz o Puchar Polski na Narodowym i przemarsze kibiców, zamknięte ulice i jak się okazało również inne atrakcje w drodze mnie czekały. Pociąg zmienił trasę (nie, nie pojechał ulicą, ale minął stacje Stadion, Powiśle i Śródmieście), więc runęła koncepcja skorzystania z drugiej linii metra, a doczekanie się na autobus na Placu Wilsona, co to miał być za 3-4 minuty, przeciągnęło się do kwadransa. Gdy czas do startu stopniał do 40 minut, zaczęłam rozgrzewkę i na Cytadelę potruchtałam. Tętno ponad 180 uderzeń na minutę w czasie tuptania to był niejako gwóźdź do trumny. Przyświecało mi pytanie: co ja tu robię?, na zmianę z podejrzeniem Będzie masakra!


W końcu dotarłam do Biura Zawodów, szybko oddałam rzeczy do depozytu i poszłam dokończyć rozgrzewkę i ciut się porozciągać. Te dwa procesy ( odebranie  numeru i zakończenie rozgrzewki) zaczęły pasmo sukcesów, jakie następowały w kolejnych kwadransach. Mnie w zasadzie było wszystko jedno. Chciałam zrobić trening i jechać do domu. W końcu Legia potrzebowała mojego kibicowania!!!

I okrążenie – średnie tempo 5:38 min/km, średnie tętno 195 uderzeń/min

Wystartowaliśmy. Wbieg na teren jednostki wojskowej, potem w prawo do bramy, gdzie wariował ciut GPS, dalej ulicą Dymińską do Śmiałej. Na Placu Inwalidów korekta trasy (pewnie aby był pełen dystans 10 km) i okrążamy skwerek, dalej do ul.  Mierosławskiego i Kaniowskiej (to moja ulubiona ulica tej trasy), a potem do Krasińskiego i w dół do Wisłostrady. Przed skrętem na Cytadelę zaczyna się lekko pod górę, a dalej jest już tylko bardziej stromo. 


Już na drugim kilometrze mój zegarek piszczy niemiłosiernie, że biegnę ponad 180 uderzeń na minutę. 
Słyszę obok dialog:
Ona – Jest już drugi kilometr?
On – A nie słyszysz jak ludziom pikają zegarki?

Nie chciało mi się mówić, że do drugiego kilometra brakuje paru metrów, a mój zegarek daje mi zupełnie inne znaki. Nota bene, zupełnie te znaki ignorowałam, nie pozwoliłam nogom zwalniać, a głowie obawiać się tego tętna.

To okrążenie przebiegłam za Legionistą, prawie do trzeciego kilometra za nim lub krok w krok z nim biegłam. Nawet to jak smarkał na ulicę mnie nie zniechęciło. Został na podbiegu w tyle…a mnie udaje mi się utrzymać tempo, jestem z siebie zadowolona.


II okrążenie – średnie tempo 5:34 min/km, średnie tętno 196 uderzeń/min

Dobra, to zaczynamy ściganie. Zegarka właściwie już nie słyszę, nawet nie zerkam, jak szybko wali mi serce. Może to czuję, ale co tam. Podczepiam się pod gościa z opaskami na kolanach. Biegniemy razem dość długo. Na piątym kilometrze łykam PowerBombę i liczę, że nie eksploduję.

Publiczności na żoliborskich uliczkach coraz więcej. Bynajmniej nie przyszli specjalnie dla biegaczy, ale nie mogli wyjechać z zamkniętego na czas biegu sektora ulic zwanego Żoliborzem Wojskowym.


Na ostatniej prostej widzę „Ją” – rywalkę z Kabat! No to teraz wiem, że padnę, a ją dogonię. W sumie… trudne to nie było, bo na podbiegu zaczęła maszerować i… przed końcem podbiegania byłam już przed. Teraz wystarczy nie dać się przegonić.

III okrążenie – średnie tempo 5:38 min/km, średnie tętno 201 uderzeń/min

Aby wstydu nie było, chciałam utrzymać tempo z drugiego okrążenia, ale chwilami na zegarku było 5:45 min/km… Czułam zmęczenie, oddychałam głęboko i na widok ekipy medycznej na Śmiałej pomyślałam, że dobrze, że fiolkę po PawerBombie mam przy sobie. Na migi im mogę pokazać (jak będzie taka konieczność) co zażyłam. Odgoniłam jednak te myśli i biegłam do Pomarańczowej. 

Od Placu Inwalidów podczepiłam się pod dziewczynkę i nie pozwalałam jej uciec. Na Wisłostradzie biegłyśmy krok w krok. Chyba nie spodobała się jej ta opcja, bo przyspieszyła, ale ja byłam spokojna. Wiedziałam, że podbieg będzie mój. Dogoniłam ją i po zakręcie byłam już przed nią. 


Finisz zaczęłam na ostatniej prostej, niezbyt długiej, ale jednak. Łatwy nie był, bo po „kocich łubach”, czułam jak stopy ześlizgują mi się z kamieni, ale nie dałam się już wyprzedzić, a i udało się kogoś przegonić. Na czas zerknęłam już za metą. Biegłam cały dystans na najwyższych obrotach, więc to co byłoby na zegarku nie zmotywowałoby mnie do niczego więcej, nie dało się!


Widząc czas 55:50’36, przestalam czuć zmęczenie. Życiówka uskrzydla. Wyniki niebawem.


Oficjalny czas: 55:45
K30 - 24/44 (54,5% stawki)
open 385/519 (74% stawki)

niedziela, 29 marca 2015

jak zającowałam w Półmaratonie Pabianickim

Pomysł zającowania na czas 2:15 w Półmaratonie Pabianickim pojawił się nagle. Przeczytałam o poszukiwaniach zajęcy u Krasusa i... chęć przeżycia tej przygody była tak wielka, że nie wypadało się nie zgłosić. Przy moich obecnych czasach przelotu na tym dystansie uzyskanie tego wyniku na mecie było dość pewne, a mocniejsze wybieganie jeszcze nikomu nie zaszkodziło, prawda?



Tak trafiłam do grona zajęcy, a swoją grupę miałam prowadzić razem z Magdą. Jak gminna wieść niosła (tu niosła >>link<<<) stworzyłyśmy tandem urody i wdzięku, a jak się później okazało również i biegowej skuteczności w negative split (dla nie-biegaczy: biegłyśmy tempem narastającym)!



Przywdziane w koszulki i baloniki stanęłyśmy na stadionie MOSiR w Pabianicach, a przy nas grupka chętnych do biegu na ten sam, co my czas. 
Przed startem z Asią, którą namówiłam i przywiozłam na półmaratoński debiut do Pabianic
Start!

Wystrzał dał znać do startu i.... jak to na zawodach bywa, ruszylismy w półmaratońską drogę. Na początku, gdy ruszyły konie po... yyyy... stadionie, okazało się, że biegniemy za szybko, zatem mocno zwalniałam, aby trzymać się planu. Opaska z międzyczasami widniała na mojej ręce jak sierżant i mówiła do mnie, jak biec, a jak nie biec. Na drugim kilometrze wyrównałam tempo do 6:33-6:35 min/km, w tym czasie sporo osób mijało nas, bo przecież to taaak wolno. 

Po drodze mijalismy Zamek, zastanawialiśmy się, czy nie skręcić na trasę Biegu na Piątkę, która w pewnej chwili odbijała w ul. 3 Maja, wesoło gaworzyliśmy gromadnie. Byli tacy, co to cieszyli się, gdy rozmieniliśmy dwudziesty kilometr, a droga prowadziła nas lekko unosząc się za Pabianice...

3 km - plan: 19:45, czas na moim zegarku: 19:43

Dotarliśmy na trzeci kilometr. Wszystko szło z planem. Wystarczyło przyspieszyć do 6:28 min/km i dalej unosić się z drogą, bo podbieg był odczuwany. W końcu skręt i pierwszy wodopój. Humory dopisują, uformowała się grupka, która biegnie z nami równym tempem. Staramy się z Magdą trzymać razem.

6 km - plan: 39:09, czas na moim zegarku: 39:00

Szósty kilometr pojawił się dość szybko, czas mamy dobry, znowu przyspieszamy. Pogoda jest rześka, słońce niby próbuje przebijać się spoza chmur, ale jest około 8-9 stopni, czasami mocno zawiewa wiatr. Na ósmym kilometrze wieje nam centralnie w twarz, zaczyna mi być zimno, czego efektem jest kolka... Psioczę pod nosem i czekam, aż zmienimy kierunek biegu za kolejnym zakrętem i może się wyciszy. Wbiegamy do lasu i... uspakaja się wiatr, jest odczuwalnie cieplej.

Biegniemy już tempem półmaratońskim (6:24 km/km). Grupa daje radę, nadal atmosfera sielska anielska, opowiadamy sobie anegdoty, nie tylko biegowe tematy nas zajmują. Zaczynamy się już zwracać do siebie po imieniu. Jest sympatycznie.


9 km - plan: 58:21, czas na moim zegarku: 58:25

Lecimy wśród rzadkich zabudowań, w oddali widać Pabianice. Na połówce Mariola nie chce wiedzieć, że to już tak daleko od startu, więc przed kolejnymi oznaczeniami z kilometrami proponujemy jej zamykanie oczu. Basia, która biegła rok temu wspomina trasę, porównuje pogodę. Opowiada też o tym, jak to z Mężem (biegnie z nami) sprzedawali dzień wcześniej samochód. Czas i kilometry lecą nie wiadomo kiedy.

12 km - plan: 1:17:33, czas na moim zegarku: 1:17:35

Jesteśmy już po kolejnej wodopojce, w grupie ciszej. Słychać głośne oddychanie i powiewające na wietrze numery startowe. Część grupy zaczyna zostawać w tyle... Mówimy coraz mniej. Czuję, że potrzebuję doenergetyzowania. Kolejna przepojka ma być na 15 km, zatem na czternastym planuję przyjąć żel. Podziwiam Magdę, bo nie pije po drodze nic... Czeka na kolejny punkt żywieniowy, aby napić się łyka.

Dobiegamy do S8, pojawia się słońce, ale przebieg pod wiaduktem jest trudny, bo jest tam zimno i okrutnie wieje. Zaraz za tą atrakcją widzimy wiadukt, na który mamy podbiegać! Część grupy czekała na tą atrakcję przez cały czas. Cieszą się, że to już.

15 km - plan: 1:36:45, czas na moim zegarku: 1:36:32

Cieszę się, że jesteśmy na międzyczasie ciut wcześniej. Jest zapas na wiadukt. Na ostatniej prostej ma być podbieg, zawsze będzie z czego urywać... 

Na podbiegu tracimy część grupy, tych co zostali z nami namawiam, aby biegli po wewnętrznej, trzeba oszczędzać kroki i biec po ateście... Przy wbieganiu na wiadukt mój zegarek mocno sygnalizuje, że zbliżam się do tętna 180 uderzeń na minutę, co oznacza, że zaczynam trzeci zakres... Uspakajam się, gdy na zbiegu uspokaja się, a my gnamy. Staram się ciut stopować towarzystwo, bo to jeszcze nie finisz. 


Docieramy do nawrotki na 16 km. Jest śmiesznie krótka, a my możemy się pozdrawiać z tymi, którzy zostali w tyle. Basia i Mariola mają nam za złe, że im uciekliśmy... Humory ich nie opuszczają.

Doganiamy dwoje biegaczy. On widząc baloniki na 2:15 pyta: Czy nie biegniecie za szybko? Słysząc odpowiedź, mina mu rzednie... Wyprzedzamy ich, zaczynamy powoli zbierać osoby, które były z przodu. Z grupy z samego początku bieganie z nami tylko Chłopak, który na 17 kilometrze wyrywa do przodu, bo ma siły i chce zawalczyć o lepszy czas,

Na trasie jest miło, ale już mało konwersacyjnie. Zaczynamy ostatnią prostą do MOSiR Pabianice, gdzie jest meta.

18 km - plan: 1:55:45, czas na moim zegarku: 1:55:46

Dość niespodziewanie na osiemnastym kilometrze biegniemy SAME! Zaczynamy przyspieszać do 6:17 min/km. Widzimy przed sobą pojedyńczych biegaczy, mówię do Magdy, że to będzie nasze zadanie na końcówkę.

Pierwszego doganiamy Starszego Pana. Ciut się zmartwił, widząc baloniki na 2:15, bo liczył na lepszy czas, ale decyduje się z nami dotrwać do końca. Kolejno zbieramy dwóch kolegów, którzy mocno się nawzajem motywują i żaden nie chce zostawić drugiego na trasie. Biegną do końca razem. Potem dobiegamy do Dziewczyny, która tydzień wcześniej pobiegła Marzannę (półmaraton w Krakowie) na dwie godziny i dzieli się z nami refleksją, że jednak nie wypoczęła...

Reakcja na baloniki na tym etapie jest mocno wystękana i przerażona. Niekażdy jest w stanie z nami utrzymać tempo i część osób zostaje. Starszy Pan utrzymuje się do końca. Doganiamy Edytę, poznałyśmy się jeszcze w czasie rozgrzewki, gdy jej znajomy podpowiedział jej, aby pobiegła w naszej grupie. Jest zmęczona i ma dość... To jej debiut. Zostawiam Magdę ze Starszym Panem i namawiam dziewczynę, aby wykrzesała z siebie jeszcze trochę sił, bo skręcamy na stadion i zostało już niewiele do pokonania. Robi to bez przekonania... Razem wbiegamy na teren MOSiRu, razem wbiegamy na stadion.

21 km - plan: 2:14:25, czas na moim zegarku: 2:14:30

Dobiegamy do linii dwudziestego pierwszego kilometra, pokazuję Edycie, że zostało już tylko pół stadionu i minuta do czasu na 2:15. Zaczyna pięknie finiszować. Unosi wysoko kolana i biegniemy równym tempem. Konferansjer wyczytuje Edytę, a potem mnie i gratuluje nam dobiegnięcia na metę.


Sama nie wierzę, gdy po wbiegnięciu na matę pomiaru czasu widzę czas na swoim zegarku 2:14:57! Udało się!!!!!! ZADANIE WYKONANE! 

Po kilku łykach wody wracam na 21 kilometr, aby kibicować tym z naszej grupy, którzy zostali w tyle, a także czekać na Asię, aby pokonać z nią ostatnie metry Jej pierwszego półmaratonu.

W oczekiwaniu na biegaczy rozciągam się i... rozmyślam. Kurde! Czy Edyta przekroczyła linię startu przede mną czy po mnie? A jeśli moje złamane 2:15, to nie jest Jej 2:15... Zaczynam rozmyślać, czy zając nie powinien biec na czas brutto... Choć prze dużych imprezach, to byłoby trudne, bo można startować i 10-15 minut po elicie... 

Moje rozkminki uspokoiły się dopiero w poniedziałek, gdy sprawdziłam na liście wyników czas Edyty - 2:14:55. Ufff! Rola zająca jakkolwiek odpowiedzialna, bardzo przypadła mi do gustu. Mocne wybieganie z zadaniem w tle i mocnym aspektem towarzyskim mogłabym powtarzać częściej.

niedziela, 18 stycznia 2015

z życiówką na piątkę o Puchar Bielan

Długo pisała się ta relacja, bo mimo, że bieg ukończyłam z sukcesem i życiówką, to niewiele z niego pamiętam... 

X Bieg o Puchar Bielan (start o 10:00) to impreza towarzysząca Biegowi Chomiczówki (start o 11:00), czyli kultowej, zimowej piętnastce, która ma już trzydzistodwuletnią tradycję! Bieg rozgrywany jest na pięciokilometrowej pętli, którą startujący o 10:00 pokonują raz, a trzy razy ci, którzy ruszają o 11:00. Regulamin daje możliwość biegania obu dystansów i jest wielu takich, którzy z tej opcji korzystają.

Mapka trasy ze strony www: biegchomiczowki.eu

Moje tradycje w tej imprezie są raczkujące. W 2014 roku z powodu kontuzji tylko kibicowałam, mój pakiet poszedł w dobre ręce. Teraz przyszło mi się zmierzyć z dystansem pięciu kilometrów. Miał być to sprawdzian formy w zimowych warunkach. 


Na starcie znalazłam się z Suwim, który już wcześniej się odgrażał, że mnie przypilnuje. Liczyłam trochę na to, że wśród tysiąca biegaczy się nie spotkamy, ale niestety... Zostałam przeprowadzona z końca końców biegowego tłumu w sam środek stawki. Nie był to mój target, bo ja wiem, w jakiej grupie finiszuję, ale nic nie mówiłam. Starszy stażem biegacz wie, co robi.

Ciachu prachu i otrzymaliśmy sygnał do startu. Początek bardzo tłoczny. Po kilkudzisięciu metrach z osiedlowej uliczki wbiegamy na ścieżkę rowerową bądź chodnik i tam jest już mega wąsko i ciasno, dobrą decyzją było ustawienie się bliżej startu i wyprzedzanie. W końcu skręcamy w lewo w ul. Bogusławskiego i znowu jest szerzej. Biegniemy. Co lekko zostaję w tyle, słyszę, że mam się trzymać blisko. Mam zakaz patrzenia na zegarek, mam TYLKO biec...

Z biegu faktycznie pamiętam głównie to, że patrzyłam tylko pod nogi i trzymałam się osobistego zająca. Trasa biegnie osiedlowymi uliczkami, czasem parkingami, często są na niej progi zwalniające. 

Tak mi mijały kilometry... Dość szybko mijały:
pierwszy kilometr przebiegnięty w tempie 5:13 min/km,
drugi kilometr przebiegnięty w tempie 5:12 min/km,
trzeci kilometr przebiegnięty w tempie 5:11 min/km,
czwarty kilometr przebiegnięty w tempie 5:16 min/km,
piąty kilometr przebiegnięty w tempie 4:55 min/km...
Kurcze, ja potrafię SZYBKO biegać.

Dobra, był kryzys. Na czwartym kilometrze widocznie zwolniłam. Zając wówczas powiedział: "Dobra widać już szkołę, jeszcze chwilę odpocznij, a potem finisz!". Wiele mi to nie mówiło, nie znałam trasy na wyrywki, a i czułam, że ja więcej z siebie nie wykrzesam...

... wtem! Jak Feniks z popiołów wyłoniła się przede mną niebieska koszulka klubowej koleżanki. Dogoniłam ją, a za chwilę zobaczyłam kolejną niebieską koszulkę! Widząc przed SparingParnterkę z treningów na Agrykoli, wyzwoliłam w sobie nowe pokłady sił! Skąd - nie wiem! "Muszę ją dogonić!", to myśl przyświecała mi przez czas, gdy próbowałam się z nią zrównać. No i udało się! Dogoniłam Martynę i zmotywowałam ją do finiszu. Pewnie bardziej tym, że ją wyprzedzam, niż słowami. 

Zadowolona z faktu, że mijam kolejnych biegaczy, wiedząc, że to ostatnie metry do mety (było już słychać konferansjera) i że za chwilę moje męka dystansu się skończy, gnałam jak oszalała.

Życiówka wywalczona w pocie czoła i mękach szybkościowych, jakich dotąd nie znałam! Dwadzieścia sześć minut na pięć kilometrów rozmieniowe! Oficjany czas: 0:25:47. Zapis biegu w linku.


Moje lokaty:
Open - 423/948 (44% stawki)
Open kobiet - 67/292 (23% stawki)
Kat. - 50/242 (20% stawki)

niedziela, 30 marca 2014

półmaraton warszawski

Przygotowań do Półmaratonu Warszawskiego nie było wiele. Biegałam pełne dwa miesiące. W lutym do biegania (w sumie 157 km) dołożyłam sporo cross-fitu, w marcu przebiegłam 180 km (razem z półmaratonem). Urodziły się jednak co do niego spore oczekiwania. Chciałam złamać dwie godziny, choć czas z dychy poprzedzającej zawody (mniej niż 57 minut) wcale tego nie prognozował.

Jak zwykle przed startem wizualizowałam sobie trasę. Lubię biegnąc wiedzieć, co mnie na trasie czeka. Zupełnie nie ogarnęłam w tej wizualizacji tunelu. Do głowy mi nie przyszło, że stracę tam sygnał GPS w zegarku. Wracając do trasy, jest mocno turystyczna. Można biegnąc zwiedzać, czy tam zwiedzając biegać. Jak kto woli.

Trasa Półmaratonu Warszawskiego, schemat ze strony Fundacji MW

Stres przedstartowy był. Śniło mi się, że pociąg, którym miałam jechać na półmaraton, odjechał beze mnie, bo ja nie miałam butów do biegania. Szczęśliwie, w snach nie biegam, bo bym się umęczyła do kwadratu. Biegiem i emocjami z tym związanymi...

W końcu nadszedł dzień startu. Udałam się na wspomnianą wyżej stację, co chwila sprawdzając, czy mam buty i całą resztę niezbędnych akcesoriów biegowych. Dobrze, że podróż spędzałam w towarzystwie Avy i całą drogę gadałyśmy, bo to na oderwało mnie od natrętnych myśli. W pociągu biegacz na biegaczu. Spotkałam kilku kolegów z liceum, którzy również jechali na półmaraton. Z Piotrkiem, który zamierzał łamać "złoty pięćdziesiąt', urwaliśmy sobie dłuższą pogadankę jeszcze w strefie biegacza na parkingu Stadionu Narodowego o tym co u nas.

Zaplecze biegaczy zorganizowane w podziemiach, to depozyty i kilka namiotów o funkcji przebieralni. Przebrałam się tam w strój startowy - biała koszulka, niebieska spódniczka, białe podkolanówki i oryginalny fartuszek z tarczą i odznaką "wzorowy uczeń", jaki nosiłam w podstawówce. Zrobiłam sobie dwa kucyki do kompletu i pobiegłam na rozgrzewkę do Parku Skaryszewskiego, gdzie do startu przygotował się Krasus oraz Ava. Okrążyłam Skaryszaka w ramach rozgrzewki, przywitałam z kolejnymi znajomymi biegaczami w drodze na start i stanęłam w mega długiej kolejce do toi-toi'a.

Gdy weszłam do strefy 2:00, zaczęłam szukać wzrokiem baloników z zającami na dwie godziny. Grupę miał prowadzić (i prowadził) sam Marcin Kargol, z którym zakładany przeze mnie czas miał być realny do osiągnięcia. Rozglądam się. Staję na palcach... Gdzie te baloniki? W przodzie pusto, w lewo pusto, w prawo też pusto. Nic to, pomyślałam, może złapię ich na trasie... Jak była to utopijna myśl, przekonałam się już na drugim kilometrze...

Moje poszukiwania baloników nie były takie bezproduktywne, bo znalazłam w tłumie Becię z obozybiegowe.pl, z którą na jesieni wspólnie przemierzałyśmy kółeczka na Agrykoli i wystartowałyśmy wspólnie, choć chwilę później się rozdzieliłyśmy. 

Start trwał chwilę. W biegu brało udział blisko 11,5 tys. biegaczy. Po opuszczeniu maty startowej, na moście oprócz tłumu pojawił się... ziąb. Słońce świeciło cały czas, ale wiaterek znad rzeki ochłodził mnie ciutkę. Przy przystanku tramwajowym na moście, ktoś mnie pozdrowił. Odmachałam tylko. Gnałam z tłumem do przodu. Gnałam... to nie najwłaściwsze słowo, bo problemem było rozpędzenie się do zakładanego tempa. W tej sytuacji miałam już pewność, że grupy łamiącej dwie godziny nie dogonię, nie spotkam...

Pierwszy kilometr zrobiłam w prawie sześć minut. Nadrobiłam to za palmą, czyli za rondem de Gaulla. Na trzecim kilometrze idealnie zgodnie z czasem z rozpiski. Pierwszy raz biegłam bez automatycznego pomiaru dystansu przez zegarek. Gdy mijałam chorągiewki z informacją o kilometrażu na trasie, naciskałam przycisk odkrązenia w zegarku.

Przed Królewską dogoniła mnie Becia i zachęciła do wspólnego biegu. Przy Grobie Nieznanego Żołnierza leciałyśmy po 5:38 min/km, a ja wiedziałam że to za szybko.


Wbiegłyśmy w Krakowskie Przedmieście, Beci zachciało się pić, musiała wytrzymać do Miodowej. Po drodze mijałyśmy Pałac Prezydencki, Plac Zamkowy... Jest Miodowa!

5 km netto 00:29:09 (lokata: 8715/11200)
Pomiar czasu przed wodopojem. Punkt odżywczy przy Sądzie Najwyższym. Dalej mijamy Stadion Polonii i w dół Konwiktorską. Czułam, że biegnie mi się dobrze, na skręcie w stronę Cytadeli wymijam sporo osób. W końcu trafiam na Wybrzeże. Jest szeroko. Można swobodnie biec. Wyprzedzam z lekkością. Słońce operuje mocno. Nie ma mowy o cieniu. Becia została gdzieś z tyłu.

Na 9 kilometrze tunel. Niby fajnie, bo chłodno, ale zaczynam kaszleć, druga nitka tunelu czynna, słychać ruch. Fuj, to spaliny mnie podduszają. Patrzę na zegarek. Umarł! Ufff, liczy nadal czas od startu, więc nawet jak przekłamie mi tempo albo nie załapie sygnału, to ogarnę sytuację.

10 km netto 00:57:20 (lokata: 8443/11194)
Wybieg z tunelu pod górę. Tuż za nim druga wodopojka. Piję PoweBombę i wodę. Lecę dalej. Pod Poniatowskim znajomy kibic z Radości z flagą. Dalej stoi przy ulicy biegaczka-Jadzia. Macham do Niej, a ona krzyczy ile ma siły w gardle "Brawo, Renatka!". Mijam Pepsi Arenę. Myślę sobie, że ta prosta się nie skończy... Niby wyprzedzam, ale czuję zmęczenie w nogach...

Na Podchorążych mam zgon. Woda i owoc pomagają. Biegnę dalej. Na trasie rozpoznaję Kasię z obowu biegowego. Pozdrawiamy się. Udaje mi się przyspieszyć w Łazienkach przed matą z pomiarem czasu, ale w zasadzie to mam ochotę przerwać bieg.

15 km netto 01:27:19 (lokata: 8293/11159)
Wybiegam z Łazienek.


Moim oczom ukazuje się - Agrykola! Na treningach to leciutki podbieg. Kilka latarni i po wszystkim. Tu mam w nogach 16 km, podbieg nie wygląga kolorowo w obliczu zmęczonych już nóg. Zwalniam. Pokonuję ten etap świńskim truchtem. Wiem, że jak teraz nie odpocznę, to nie dam rady dobiec do mety. Po bokach spro kibiców. Fajna atmosfera.

Aleje Ujazdowskie. Moim nogom na płaskim lepiej! Przyspieszam. Staram się, wrócić do zakładanego tempa 05:41 min/km. Idzie mi nieźle. Zaczynam wyprzedzać. To pomaga. Na Placu Trzech Krzyży przegapiam flagę z dystansem. Jedyną. Całą resztę wyhaczałam i odnotowywałam to na zegarku.

Pod Muzeum Narodowym ostatni woodopój i powrót do mety Mostem Poniatowskiego. Tłum mocno przerzedzony. Znowu spotykam kibicującą Jadzię i Anię z obozu biegowego w sierpniu. Przy zbiegu z mostu mija druga godzina biegu. Na życiówkę szansa jest, ale dream-wynik przepadł z kretesem.

Przy Stadionie Narodowym otrzymuję mocny doping od Krasusa i jego ekipy. Dzięki! Biegnę ostatkiem sił. Po minięciu wszystkich wiaduktów, gdy już wbiegłam na prostą przy Stacji PKP Stadion, rozglądam się za metą. Chcę widzieć jak mi ubywa metrów. Nic nie widzę. Never-ending-story, czy jak?!


Gdy moim oczom ukazuje się meta, jest do niej blisko. Chociaż tyle! Na ostatnich 400 metrach dobiega do mnie chłopak i proponuje wspólny finisz. Nie mam siły na przyspieszanie i tak leciałam już na zatracenie 3:30 min/km. Choć... jak widzę zegar z czasem zawodów, na którym brakuje kilkunastu sekund do połowy minuty, to znajduję w sobie siłę na szybsze i dłuższe kilkanaście kroków...

Czas netto 02:04:30 (lokata: 8193/11148)
Miejsce open kobiety: 1118/2385
Miejsce kategoria wiekowa 490/1096

Jak już odetchnęłam, to potrafiłam się nawet uśmiechnać... Jest życiówka. O sześć minut pobita poprzednia!

fot. Jacek Świercz, byledobiec.pl
Cieszę się, że udało mi się poprawiać lokatę w open na kolejnych kilometrach. Jak podaje Endomondo w czasie Półmaratonu Warszawskiego dałam z siebie dużo, pewnie wszystko na co było mnie 30 marca stać! Poprawiłam wyniki na wszystkich możliwych dysnansach.


Po powrocie do domu na obiad była podwójna porcja, a po drzemka, która po zawodach rzadko mi się zdarza. Tak, ból nóg potwierdził, że dałam z siebie wszystko!

wtorek, 21 stycznia 2014

nocny trening w grupie

Dzień był mroźny. Na termometrze minus siedem, ale odczuwalna minus szesnaście. Brrr! Trzęsłam się jak osika cały dzień i ze sporą dozą niedowierzania widziałam się na wieczornym treningu Night Runnersów i Boot Camp Polska... Stwierdziłam jednak, że tylko aktywność może mnie rozgrzać skutecznie. Ubrałam się w dwie warstwy, ciepłe spodnie, kurtkę, buff, czapkę. Rękawiczki wzięłam zwykłe...

Pod Narodowym byłam sporo wcześniej, więc pokusiłam się na samotną rozgrzeweczkę wokół korony. Na poziomie, na którym biegałam jest akuratnie wyznaczona trasa jednego kilometra z oznaczeniami co sto metrów. Zrobiłam dwa i pół kilometra i akurat nadszedł czas zbiórki.

O 21:00 wystartowaliśmy z rozgrzewką Piotra z Boot Camp Polska. Sporo pajacyków na różne sposoby. Z moją koordynacją nie jest najlepiej. Jak ręce robią jedno, a nogi drugie nie jest dobrze. Mylę się i mam poczucie rozerwania. Mózg nie ogarnia. Pajacyki dzielone różnymi ćwiczeniami w parach. Świetna zabawa!

Fot. Boot Camp Polska
Na koniec rozgrzewki ustawiliśmy się w szeregu (co druga osoba tyłem, co druga przodem) i przeciągaliśmy się. Dziś czuję jak mnie bolą plecy i ręce od tego ćwiczonka...

Fot. Boot Camp Polska
W końcu podzieliliśmy się na grupy tempowe (5:00, 5:30 i 6:30 - chętnych na marszobieg nie było) i zaczęliśmy wspólny trening biegowy. Okazało się, że BootCampowcy "znają" mnie z internetu, kojarzyli nawet imię! Przystąpiłam do najwolniejszej grupy. Towarzysko gnałam z kolegą z innych treningów i pod koniec pierwszego okrążenia myślałam, że wyzionę ducha. Niby biegłam, ale przerwa dała mi się we znaki. Szczęśliwie zwolniliśmy czekając na resztę grupy. To pozwoliło mi jednak dobiegać drugie kółko. Zakończyłam trening biegowy na dystansie 6,5 km. Kolano nie odzywało się. Kondycja tylko spadła ciutkę.

Na koniec Boot Camp Polska przeprowadził jeszcze trening funkcjonalny i rozciąganie. Było już bardziej statycznie niż w czasie rozgrzewki i zaczeliśmy marznąć. Trening skończył się o 22:15 i pełna endorfin udałam się do domu.

niedziela, 19 stycznia 2014

Chomiczówka czyli bieg od zaplecza

W obliczu kontuzji zrezygnowałam ze startu w XXXI Biegu Chomiczówki. Powoli wracam do biegania, ale nie czas jeszcze na dystanse piętnastokilometrowe, nawet piątka brzmi zbyt frywolnie. Nie po to się oszczędzam, aby zepsuć to nad czym pracuję... Moje ITBS ma się coraz lepiej, ale powrót do treningów ma być stopniowy.

Tak czy inaczej wybrałam się na bieg pokibicować i tuż przed startem oddać swój numer w dobre ręce, aby się nie zmarnował. Niestety regulamin nie pozwalał na cesję, więc ostatecznie widnieję na liście startowej, choć to nie ja biegłam. Na finiszu moja zastępczyni słysząc: "Biegnie Pani Renata! Piękny finisz, nie da się wyprzedzić żadnemu zawodnikowi!", zdziwiła się początkowo, a w końcu odniosła ten opis do siebie i dumnie zakończyła bieg.

Tradycyjnie trasa Biegu Chomiczówki przebiega po osiedlu, wśród blokowisk. Jest betonowa do bólu. Jedna pętla wynosi 5 km, więc pokonuje się ją trzykrotnie.


Pogoda w niedzielne przedpołudnie typowo zimowa. Mróz, pada śnieg. Wieje. Rok temu też tak było. Szczęśliwie, do dyspozycji zawodników i kibiców, oddane zostało biuro Spółdzielni Mieszkaniowej na Nerudy, gdzie w cieple można było spędzać czas. Mimo że ubrałam się ciepło, to długie przebywanie na zewnątrz nie należało do przyjemności.

O 10:00 wystartował IX Bieg o Puchar Bielan (dystans 5 km), ale wówczas pełniłam funkcje depozytu dla klubowiczów, więc nie śledziłam przebiegu zawodów. Wyszłam do biegaczy dopiero na start biegu Chomiczówki (15 km). Jako że zawsze obstawiam tyły, to tym razem poszłam oglądać jak wygląda początek stawki. Wybuch startera poprzedza w pierwszym rzędzie pełna koncentracja (tyły zazwyczaj gadają). Panowie w skupieniu czekają, a palce wskazujące trzymają na swoich zegarkach, aby równo z sygnałem do ruszenia je uruchomić. Wygląda to trochę komicznie. Sam strzał mnie zaskoczył i w sumie ucieszyłam się, że zwykle startuję z końca, bo nie podskakuję wystraszona.


Gdy zawodnicy ruszyli na trasę zaczęłam się przyglądać co się dzieje wśród organizatorów. Dyrektor Biegu, która była na starcie przeszła do Biura Zawodów. W międzyczasie nasłuchiwała krótkofalówki, w której samochód prowadzący pierwszych zawodników, zdawał relacje z niedoróbek organizacyjnych. A to gdzieś, gdzie nie powinien wjechał samochód, bo nikt nie pilnował zakazu wjazdu,  a to brakowało obstawy trasy... W samym już Biurze na korytarzach spokojnie. Zdarzały się nawoływania organizatorów, bo to albo pomoc była potrzebna garkuchni, a to coś się działo z pomiarami... Jedna z organizatorek opowiadała, jak to walczyli nad ranem z trasą. Pozbycie się z niej śniegu i lodu, wymagało sporo zachodu.

Gdy pierwsi zawodnicy rozpoczęłi trzecią pętlę, konferansjer się ożywił, a panowie z obsługi ropostarli wstęgę w oczekiwaniu na pierwszą osobę na mecie. Dzieciaki przygotowywały folie termiczne, aby okrywać nimi zawodników (patrz zdjęcie na samym dole). W końcu mróz i zawierucha.

Wyszłam z czeluści ciepłego budynku kibicować finiszującym klubowiczom JacekBiega Running Team. Udało mi się załapać nawet na foto dowodowe z pomiaru czasu. Nie łatwo robiło się zdjęcia zziębniętą dłonią, ale kilku kolegom uwieczniłam ostatnie susy przed metą.


No i wszystko pięknie łądnie, aż... wyglądając znowu z okien budynku zobaczyłam, jak na metę wbiegały dziewczyny, z którymi biegłam półmaraton kampinoski. Gdybym biegła, prawdopodobnie właśnie bym kończyła zawody - pomyślałam. Smutno i ckliwie mi się zrobiło, a łzy napłyneły same do oczu... Tak, tak - rozsadek podpowiadał, że podjęłam dobrą decyzję rezygnując ze startu, to jedyna opcja w moim stanie, ale serce chciało na trasę...


Opuszczałam zawody w minorowym nastroju. Emocje wzięły górę! Mam wrażenie, że moja motywacja do ćwiczeń wzmacjających pasmo i powrotu do biegania jest jeszcze większa niż wcześniej... 

Czy oglądanie biegu od zaplecza było ciekawe? Było, ale nie zaskoczyło mnie w sumie nic. Eventowe doświadczenie na moim zawodowym koncie jest na tyle bogate, że przygotowanie zawodów to byłaby pestka.

niedziela, 27 października 2013

czasem słońce, czasem deszcz. czyli mój debiutancki MARATON

19°C
Aktualnie: Pochmurno
Wiatr: płd.-wsch. z szybkością 11 km/h
Wilgotność: 82%

Na maraton toruński zapisałam się w sierpniu, zaraz po tym jak uznałam, że warszawski może być za wcześnie na stan moich przygotowań. 27 października idealnie wpisywał się w plan treningowy i założenia do poprawy mojej sprawności ogólnej.

To miał być "zimowy" maraton. Koniec października w Polsce to najczęściej czas jesiennej szarugi, przymrozków i pierwszego śniegu. Kto nie zna wietrzenia futer i premier kozaków na Wszystkich Świętych? Tymczasem AD 2013 przyniósł niespodziankę. 17-19 stopni w dzień, ciepłe wieczory i około 10 stopni w nocy. Początkowe założenia do rękawiczek i bluzy na trasie zmieniły się w letni biegowy outfit.

Przyjazd do Torunia w sobotę. W czasie podróży wszyscy w aucie dostajemy smsy z przydzielonymi numerami startowymi i zaproszeniem do biura zawodów. Na miejscu chwilę błądzimy w okolicy stadionu, bo ulice są zamknięte z powodu remontu. W końcu docieramy! Pierwsze zaskoczenie: możliwość wjazdu na teren stadionu. Pracownik tłumaczy „Stadion i teren jest otwarty dla Państwa, z okazji maratonu”. Biuro w ogromnym białym namiocie, strefa EXPO – drugie zaskoczenie, bardzo skromna (stoisko z odżywkami, dwa kramy z odzieżą biegową, stanowisko Festiwalu Biegowego). Odbieramy pakiety (numer z chipem, kilka batonów wyprodukowanych przez lokalnego potentata, ulotki i zniżki sklepów biegowych, pamiątkowa koszulka). W drodze powrotnej na parking rozmawiamy z pracownikiem stadionu o obiekcie i imprezach tu organizowanych. Dowiaduję się, że stadion miejski w Toruniu wyłożony jest wykładziną a nie tartanem, jak warszawska Agrykola.

Fot. radosne-bieganie.blogspot.com
Wieczorem pasta party w biegowym towarzystwie, potem grzecznie rozchodzimy się do hoteli odpoczywać przed tym co ma nastąpić jutro. Noc spokojna, w ogóle jestem spokojna. Mam przekonanie, że praca treningowa wykonana, że strategia na bieg jest. Wszystko pod kontrolą.

Niedziela. Poranek ciepły, ale pochmurny. Maratońskie śniadanie – bułka z dżemem i mała kawa. Około dziewiątej przybywam na stadion. W szatni poznaję inną maratońską debiutantkę, z którą umawiamy się, że jakby co... to na trasie będziemy się wspierać. W biurze zawodów spotykam znajomego z obozu biegowego, który biega od września maratony co dwa tygodnie i akurat w Toruniu musi pobiec na 03:30:00, bo... (uwaga!) 40 minut później ma autobus do domu i... nie ma innej opcji. Motywacja jest. Silna! 

Wspólnie szukamy depozytu, strzałki wskazują nie tam gdzie trzeba, a obsługa początkowo źle nas kieruje nie na trybuny ale do pomieszczeń pod... W końcu maszerujemy do autobusu, który przewozi nas ze mety na start. Tłum w autobusie pełen koncentracji. Cisza. Nieliczni rozmawiają. W ruchu są batony, ostatnie łyki wody. Po wyjściu na Stare Miasto tłum z autobusu trafia prosto w kolejkę do toalet... 30 minut do startu, a kolejka dłuuuga. Rezygnuję z niej i postanawiam potruchtać do pewnej sieciówki z zawsze czystymi toaletami, załatwiając za jednym zamachem i kwestie fizjologiczne i rozgrzewkę.

Minuty do 10.00 mijają szybko. Pada strzał startera! Zaczynamy! Maraton czyli trzy czternastki.

Start, grzeję tyły
Wybiegam ze strefy startu usytuowanej przy samym pomniku Kopernika. Kibice biją nam brawa, część biegaczy macha, jakby wyruszała w długą podróż, też macham i mam łzy w oczach. Zaczynam przygodę. Wkraczam w świat dystansu, jakiego do tej pory nie znałam... Już na pierwszych metrach pierwsza kolizja – w rozbiegany tłum wjeżdża rowerzysta. Jest przepychanka, zostaje przewrócony, jakby nie mógł poczekać kilka chwil jak odbiegniemy...

Kontroluję tempo. Biegnę za szybko, choć wydaje mi się, że lekko truchtam. Staram się spowalniać. Na jednym ze skrzyżowań odwracam się i widzę, że jestem prawie ostatnia... Zresztą przechodnie potwierdzają to komentarzami „To już koniec peletonu.” Nic to, tłumaczę sobie, ja mam dobiec do mety, to dopiero drugi kilometr, przede mną ponad 42! Tylko spokój mnie uratuje. Robię swoje – biegnę.

W okolicach trzeciego kilometra uznaję, że pora zdjąć bluzę, którą miałam tylko na start i początek biegu. Jest mi już za ciepło. Wypatrzyłam w oddali kosz i podbiegając do przystanku rozebrałam się z niej i wyrzuciłam bluzę. Od razu lepiej! Biegnę zgodnie z taktyką. Tempo książkowe – 06:39.

Pierwsza przepojka na piątym, zaraz po niej wybiegamy z Torunia. Trasa kieruje nas na ścieżkę rowerową na północ. Po drodze mijają nas rowerzyści, bardziej lokalni, bo „zawodowi” to mijają nas drogą. Kibice nieliczni, najczęściej zlokalizowani przy punktach z wodą.

Fot. pomorska.pl
10 km, czas: 01:06:25, pozycja: 660
Druga przepojka. Pierwszy pomiar czasu, wg planu powinnam tu być po 01:07:00 od startu. Zgadza się. Jest dobrze! Piję łyka wody i biegnę dalej.

Jest uroczo. Ścieżka wiedzie przez las. Jesienne kolory okalają nas z każdej ze stron. Przyjemne okoliczności przyrody, lekko się biegnie, choć pojawiają się podbiegi i zbiegi.

12,5 km, czas: 01:20:22, pozycja: 656
Zaczynam wyprzedzać, ale nie robi to na mnie wrażenia. To nawet nie 1/3 maratońskiego dystansu. Okoliczności przyrody nadal te same. Las, jesień w najlepszym wydaniu. Komfort cieplny.

Przed 14 kilometrem wbiegamy do Pigży, staram się lekko przyspieszyć. Pora biec tempem 06:32. Kolejne miejscowości przynoszą iście wiejski koloryt. W Brąchownie zawiewa w stronę trasy obornik, nie to żebym narzekała. Dało radę wytrzymać.

Fot. pomorska.pl

Kibiców w miejscowościach mało, ale jak macham do rodzin w autach, to odmachują. Trasa obstawiona przez OSP, co skrzyżowanie to strażak. Niektórzy kibicują, inni stoją obojętnie.

Wbiegam do Biskupic. Macham przyjaźnie do kierowcy TIRa, który zostaje wpuszczony „pod prąd” na drogę z maratończykami. Niech i on wie, co to „radosne bieganie”. Odmachuje zaskoczony. Uśmiecha się nawet. Wybiegam z zabudowań między dwa pola i aleję z dwu stron obsadzoną wysokimi drzewami. Zaczyna wiać. Mocno wiać. Mało tego? Zaczyna padać! Nie jest to mżawka! Zacina porządny deszcz. Szczęśliwie, nie jest mi zimno. Warunków do biegania się nie wybiera, więc zerkam tylko na zegarek i cieszę się, że mimo wiatru w twarz utrzymuję tempo 06:30.

Mijam 20 kilometr. Powinnam tu być wg rozpiski przyklejonej na ręce w czasie 02:14:00. Jestem około dwóch minut wcześniej! WOW!

Półmaraton, czas: 02:19:30, pozycja: 642
Na rogatkach Łubianki kolejny pomiar czasu. Pada. W głowie pojawia się myśl, że zaczynam wkraczać na nieznane biegowo obszary. W zawodach do tej pory najdłuższy mój dystans to właśnie półmaraton. Pięć razy do tej pory przebiegnięty, ale na 21.097 km się do tej pory zatrzymywałam.

Przejaśnia się. Jest 23 kilometr. Wbiegamy na ścieżkę rowerową, wiem że to oznacza zbliżanie się do Torunia. Znowu leje. W butach mam mokro. Cała jestem mokra. Czuję, jak wilgoć zgromadzona na twarzy strużkami spływa.

Widzę przed sobą dwóch mężczyzn. Mam plan, aby do nich dobiec i chwilę z nimi się utrzymać. Mam dość samotnego biegnięcia. Ostatni raz gadałam z kimś na 6 kilometrze! Znowu pada!

Przepojka na 25 kilometrze. Biorę wodę, banana i kawałek batona. Wszystko w rytmie marszowym, aby zaraz przejść do z powrotem biegu. Aż tu nagle słyszę „Cześć, Renata!”. Na widok Nadwornego Lekarza uśmiecham się od ucha do ucha! Zaczynamy razem biec, on dzwoni do reszty Kibicowskiej Braci z Elbląga, że mogą wyjść moknąć, bo jestem blisko! 

Słyszę, że dobrze wyglądam, że nie widać po mnie zmęczenia. Tak też się czuję. Ciągle mówię. Nie rozmawiałam tak dawno! Dla mojego dobra słyszę: „Nie mów do mnie, biegnij”, a za chwilę „Chyba za bardzo przyspieszyłaś, biegnij swoim tempem. Zwolnij.” Dobiegamy do Ani i Filipa. Stoją, skaczą i klaszczą. Przebijamy piątki, rzucamy „Do zobaczenia na mecie” i biegnę dalej. Słyszę za sobą „Chodź, pobiegniemy z ciocią”. Odpowiedź brzmi: „Nie mamo, NIE!". Kto by chciał biec za mokrą ciocią... Po tym spotkaniu dostaję powera! Zostają tylko dwa kilometry do odhaczenia kolejnej czternastki.

Fot. pomorska.pl

30 km, czas: 03:17:46, pozycja: 623
Wracamy na znaną trasę. Tędy już biegliśmy! Tak lubię. Szybko korzystam z przepojki. Łyk izotonika i wody i biegnę dalej. Ale... co to? Jak okiem sięgnąć w przód WSZYSCY IDĄ! Wyznaczone na ten etap tempo to 06:23, więc pora przyspieszyć. Na fali adrenaliny lecę nawet 06:15. Wyprzedzam! Lekko przemierzam trasę do Torunia. W głowie widzę podbiegi i zbiegi w połowie tego dystansu, a potem wbieg na toruńskie ulice.

Przestaje padać.

32,5 km, czas: 03:30:35, pozycja: 608
Pomiar czasu za najwyższym zbiegiem, potem już tylko lekkie falowanie, cztery kilometry i wybiegnę z lasu. Wszyscy mówią, że maraton zaczyna się po trzydziestym kilometrze... Jeśli tak, to ja mogę biegać maratony często. Z lekkością i radością mknę do przodu. Uśmiecham się sama do siebie, choć rozsądek podpowiada, że została dycha, godzina... Wszystko się może wydarzyć.

Wychodzi słońce. W wąwozie, w którym usytuowana jest ścieżka rowerowa mało ono operuje, ale świeci! Rozpuszczam włosy. Niech schną. Jeszcze parę kilometrów temu martwiłam się, że nie mam suszarki, a tu jest opcja że wyschną same. Jak się ma dużo czasu na myślenie, to głowę zaprzątają z pozoru prozaiczne, kobiece problemy...

Wbiegam do Torunia. Mijam kolejnych maratończyków. Chcę się w końcu podczepić pod kogoś i wspólnym tempem biec do przodu. Udało się! To był 37 lub 38 kilometr. Człap, człap razem. W ciszy, ale RAZEM. Naprawdę jest łatwiej. W pewnej chwili słyszę odgłosy ze Stadionu Miejskiego. Komentuję to głośno. W odpowiedzi słyszę: „Dobrze, że mi się trafiłaś. Ciężko mi się biegło samemu”. Na czterdziestym opuszczam towarzystwo.

Docieram na Bema. Mam tu być w czasie 04:24:00 od strzału startera. Jestem trzy-cztery minuty szybciej. Ostatnia przepojka i ostatnia prosta. Czekałam na nie obie. Prosta z agrafką, ale co tam. To końcówka. Zaczyna się bieg pod słońce odbijające się o mokrą ulicę. Nie widać nic dalej niż 100 metrów. Zastanawiam się, gdzie ta nawrotka, bo skręt na stadion już minęłam. Biegnie się ciężko. Chyba jest pod górę, nieznacznie ale jednak... Wypatrzyłam kres i po kilkunastu krokach zawracam. Jeszcze tylko światła i na stadion. Biegnę, truchtam bardziej. Czuję zmęczenie.

Tuż przed skrętem na stadion Kibicowska Brać z Elbląga macha do mnie z auta i krzyczy chyba na cały Toruń: „Ajaja!!!”. Macham do nich i wiem, że zostało już tylko pięćset metrów. Droga do stadionu, a potem ostatnie 350 metrów po bieżni...

fot. maratontorunski.pl

Meta, czas: 04:35:36, pozycja 559
Na ostatniej prostej przepełniała mnie całą niesamowita radość! Udało się! Spełniłam swoje marzenie, wieńczę swój pierwszy sezon biegowy maratońskim debiutem!

fot. datasport.com.pl
Unoszę ręce w górę i wbiegam na matę mety. Jestem maratonką!

Nieważne, że słyszę za chwilę, że „Medal prześlemy Pani pocztą” i dostaję jedynie toruńskie pierniki na osłodę. To nie jest ważne. Przebiegłam królewski dystans. Przez czterdzieści dwa kilometry i sto dziewięćdziesiąt pięć metrów biegłam! Zrobiłam to z przyjemnością. Nie miałam „ściany”, uśmiecham się na mecie i pękam z dumy!

Zapis trasy z Endomondo

Odchodzę na bok porozciągać się przy trybunach, od razu dostaję z depozytu swoje rzeczy. Nogi bolą, rozciąganie im pomaga. Przygląda mi się jakiś biegacz, pyta czy to pomaga i papuguje moje ćwiczenia. Na niepewnych nogach kroczę do szatni. Życie odzyskuję pod prysznicem. Ciepła woda sprawia, że zmywam z siebie cały trud trasy. Jeszcze ubieranie się sprawiało trudność, ale spacer na parking już nie. Po drodze zebrałam gratulacje od warszawskich biegaczy (w tym Kołcza, co nie dawał złamanego grosza za to że złamię pięć godzin), a także dostałam medal od Joli, bo jak to ujęła „Ja mam już kilkanaście, a to Twój pierwszy!”. Dziękuję!

Fot. martonypolskie.pl
Aha! Bogdan, kolega z obozu, złamał 03:30:00 i pewnie zdążył na wcześniejszy autobus do domu.


Relację można również przeczytać w serwisie magazynbieganie.pl