Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trening biegowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trening biegowy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 czerwca 2014

czerwiec miesiącem trudu i znoju

Czerwiec był intensywny. Wiele treningów, wybiegane 142 kilometry i powrót do formy. To twało i na to trzeba było zapracować. Ciężko zapracować.



Z obozu biegowego z Pienin w Bieszczady wróciłam bez kontuzji (relacja >>tu<<). To cieszyło. Powoli zaczęłam się wdrażać do treningów, początkowo samodzielnie, później wróciłam na klubowe spotkania.

Niejako z marszu wystartowałam 7 czerwca w GPW na Siekierkach (>>tu relacja<<). Dzięki zającom wybiegałam nawet przyzwoity czas. Tego samego dnia miałam jeszcze przygodę z BnO (relacja ze Starego Miasta >>tu<<) i to dla mojego kolana było już ciut za dużo. Skończyłam kuśtykając. Dość szybko jednak się z tego utykania wykaraskałam, bo w sobotę za tydzień byłam już w Złotoryji, aby w niedzielę bawić się w najlepsze w błocie. Bieg Szlakiem Wygasłych Wulkanów wymęczył mnie i wybawił maksymalnie (relacja >>tu<<). Był moment, gdy kolano lekko się odezwało, ale zaraz potem przemierzałam rzeczkę i wychłodziłam je. Od tamtej pory cisza...

Bieg Wulkanów pokazał moje słabości i obiecałam sobie, że moje wizyty na treningach BootCamp będą regularne. Moje ręce, plecy, obręcz barkowa pozostawiają wiele do życzenia... Komandosem może i nie będę, ale w bieganiu mocny korpus się przydaje.

Pod koniec czerwca na Pozdamczu chadzałam zatem jak kaczka...


... trzymałam podpory tyłem...

... aby potem biegać po skarpie między skarpami i sapać niemiłosiernie ze zmęczenia.

Czerwiec ogłaszam miesiącem trudu i znoju. Pauza spowodowana bólem lewego pasma (drugi maraton, drugie pasmo) nie była długa, ale nadwątliła jakość moich treningów. Bieganie jednostek treningowych przychodziło z trudem, dużo mnie to kosztowało. Chęci były, ale sił za grosz. Po dwudziestym, treningi w Łebie (czterysetki), krosowe wybieganie w Elblągu, czy też wizyty na trasie Zimowych Górskich Biegów w Falenicy, szły już w miarę, ale ciągle czułam, że to nie to... Ostatni czerwcowy start to BnO na Morskim Oku w Warszawie (relacja>>tu<<) udowodnił mi samej, że potrafię i przyspieszyć jak trzeba i wspiąć się biegiem na skarpę również.

Na lipiec patrzę z nadzieją, że będzie łatwiej...

czwartek, 22 maja 2014

majowe treningi

Tydzień I
Początek weekendu majowego. Wszyscy biegają, a ja nie. Pasmo po smarowaniu Ketonalem i odpoczynku od treningów ma się lepiej. Korci, aby zmierzyć się z piątką w Parkrunie. Spróbowałam. Wyszło, jak wyszło. Rozgrzewka bez podejrzeń, że cokolwiek się wydarzy. Pobolewanie wróciło około trzeciego kilometra. Do złamania życiówki zabrakło 8 sekund (tu relacja). Kolano nie przeszkadza w chodzeniu i innych życiowych aktywnościach. Biegać nie będę. Póki co.

Tydzień II
Wtorek. 8:00. Pola Mokotowskie. Słońce i dużo przyjemności na treningu z BootCamp Polska. Jak widać trafiła nam się opcja Exclusive - sam na sam z trenerką. Po rozgrzewce podpory w trawie na różne sposoby, a potem wspinanie się na ławkę, pompki tradycyjne i szwedzkie, burpeesy, brzuchy i sama już nie wiem, co jeszcze. Na koniec porządna porcja rozciągania na trawie znowu. Fajny początek dnia!


Udało się zamienić dystans w sztafecie maratońskiej Ekiden z dychy na piątkę. Nie chcę rezygnować, a półgodzinki to dam radę choćby na rzęsach. Emocje i magia sztafety pomogą.

Czwartek. Start treningu o 6:15. Sama się sobie dziwię, że wstałam TAK rano. Deszcz przestał padać akuratnie, gdy zaczęliśmy. Kolejny poranek z przysiadami, pompkami, burpeesami, podporami, brzuchami, wymachami nóg, pajacami i innymi wygibasami. Kawa niepotrzebna!


Popołudniu planowany masaż feralnego pasma u fizjo. Bolało... Znowu tejpy i nakaz oszczędzania, ale i wzmacniania.

W niedzielę piknikowa sztafeta Accreo Ekiden z Blog@czami i moja piątka w maratońskim dystansie zespołu. Cudowne popołudnie, wspaniała impreza. Oto relacja.

Tydzień III
Wtorek rozpoczęty pompkami na różne sposoby. Trening mnie nieźle przeczołgał. Zmęczona byłam mocno.


Kolejny poranny trening na Górce Szczęśliwickiej w czwartek. Ziewałam nań mocno. Obwód dał mi się we znaki dopiero w piątek. Bolały pośladki i barki (od wiszenia).

Weekend niebiegowy, ale udało mi się podsumować sezon wiosenny i poczynić plany na lato i jesień.

Tydzień IV
Wtorkowy trening na Polu Mokotowskim dał mi w kość. Podskoki zaatakowały mój brzuch na środę i czwartek. Zakwasy nie pozwalały się nawet śmiać. W środku tygodnia BNO na Chmielnej, biegałam! I to całkiem rześko. Kolano współpracowało. Za to w czwartek 2 x 24 km na rowerze.

No, to pora w Pieniny i Bieszczady.

niedziela, 30 marca 2014

marcowe treningi

I tydzień
Po powrocie z osobistego obozu biegowego z Gorców (marcowe relacje ze Starych Wierchów i Boru na czerwonem) we wtorek na treningu klubowym podbiegi. Moje łydki strajkowały, co manifestowały bólem, gdy tylko było pod górę. Mimo to udało się wybiegać zabawę biegową po 5-7-10-7-5 minut na pętli 1,3 km (podbieg schodami przy Trasie Łazienkowskiej i zbieg Agrykolą).

W środę wróciłam do pompek. Udało się wypompować w sześciu seriach 110, a już w piątek było ich 141. 

Czwartkowy trening szybkości był lekki, ze względu na planowany start w Grand Prix Warszawy w sobotę. Po Parku Ujazdowskim biegaliśmy minutówki, podłączyłam się pod mocniejszą klubową koleżankę i zrobiłam te tempówki mocno, aby w sobotę w Kabatach poprawić o dwie minuty czas trasy. Biegłam ciągle poniżej 6 min/km!

II tydzień
Wtorek - Agrykola. Kolejno: rozgrzewka/rozciąganie/cd. rozgrzewka/podbiegi/ 5 x 1,2 km w tempie 5:12-5:19 (yes, yes, yes!!!!) i schłodzenie. Wykres tętna idzie w parze z tempem, jestem zatem zadowolona.


Już we wtorek kaszlę mocno, pojawił się też katar i osłabienie. Udało mi się wystartować w biegu na orientację na Ursynowie Północnym. Rezygnuję jednak z czwartkowego treningu klubowego. Czuję, że potrzebuję odpoczynku. W piątek też nie biegam, ale pompuję i brzuszkuję, choć tych ostatnich to ja bardzo nie lubię.

W sobotę ostatni bieg z tegorocznego cyklu Zimowych Górskich Biegów w Falenicy. O pół minuty poprawiłam czas trasy na 6,6 km, a później odbieram medal. W oczekiwaniu na puchar klubowy (II miejsce drużynowo) moknę i marznę. Infekcja trwa...


Niedzielę rozpoczynam rozruchem z Babskim Klubem Biegowym "Gazele i Pumy". Wspólne 8 kilometrów po lesie w świetnym towarzystwie. Czuję osłabienie, utrzymuję interwałowo tempo 5:30 min/km, ale męczę się okrutnie i pocę jak norka.

Z dumą oglądam statystyki marca. Połowa miesiąca, a ja mam nabiegane już 100 kilometrów. Po Gorcach utrzymuję tygodniowe trzydzieści kilka. W pierwszym tygodniu marca było to zabieg specjalny - na odpoczynek, a w tym tygodniu przez przeziębienie zwyczajnie więcej już nie dałam rady wybiegać.

III tydzień
Tydzień rozpoczęty wizytą lekarską. Diagnoza: zapalenie oskrzeli. To już wiadomo czemu, ja tak się męczyłam przy bieganiu... Przerwa w treningach do czwartku.

Się wyszłam sprawdzić (w czwartek właśnie), jak to po chorobie ze mną jest. Miało być lajtowo, bo w sobotę start, więc wymyśliłam sobie "zabawę maratońską" - utrzymać po dwa kilometry tempo, jakie ma być w Rotterdamie (kolejno 6:16, 6:08, 6:02 i 5:54) i potem sześć dwusetek jako akcent na koniec. Dwusetki wyszły od 3:50-4:17, były na krótkim odpoczynku. Nie jest ze mną źle.


Sobotnie GPW w Kabatach skończone z czasem 56:53, czyli ciut gorzej niż dwa tygodnie temu (było 56:24). Analizuję, co wskóram z takim czasem na dychę w połówce za tydzień w Warszawie. Ciężko będzie złamać dwie godziny... Mam etap "nie dam rady", "to niewykonalne". Beznadzieja...

IV tydzień
Może nie jest kolorowo, ale biegać trzeba. Teoretycznie miałam wyjść potruchtać przed południem, aby się zregenerować na wtorkowy trening, ale... ja nie potrafię wychodzić na trening jak jest widno. Ciężko mi było się zmobilizować nawet o 17:00 do wyjścia... Wybieganie skróciłam, bo ITBS (pasmo) się odezwało. Po powrocie sporo rozciągania i jestem dobrej myśli.



Wtorkowy klubbing na Agrykoli. Miał być lajt, bo półmaraton blisko, a tymczasem ciągnęłam jedenaście kilometrów w tempie narastającym (trening właściwy od 5:52 do 5:30). Czułam, że będzie jakiś puchar od Endomondo, a dostałam aż cztery! Zaczynam wierzyć, że utrzymam tempo półmaratońskie na poziomie 5:41. Lepiej mi!


Aha! Przebiegłam już 150 km.

W środę dorzuciłam do puli 7,5 km w damskim towarzystwie Babskiego Klubu Biegowego "Gazele i Pumy". W ciągu dnia, gdy pojechałam po zapas odżywkowy na półmaraton i maraton, dorwał mnie w sklepie Trener (dzień wcześniej poskarżyłam się, że pasmo ma czkawkę i zdarza mu się wracać) i chodziłam po macie (mądrze nazywając co mnie spotkało: wykonano mi badanie posturograficznego przy pomocy platformy podometrycznej Footwork PRO, ufff zapamiętałam). Na widok moich usłyszałam tylko: "takiego przypadku nawet na szkoleniu nie było". Wyszło, że przetaczam bardzo szybko lewą stopę, a co się w niej dzieje pod kątem środka ciężkości, to jest majstersztyk. Prawa jest bardziej obciążana i nic dziwnego, że się odzywa bólem pasma... Jutro idę do magika-fizjoterapeuty. Trzeba stwierdzić, gdziem zblokowana.

Czwartek. Odczułam ciąg treningowy. Wpakowałam do auta torbę z rzeczami na trening, jadę i myślę... Biegałam w poniedziałek, we wtorek, wczoraj... To już wyjaśnia, czemu bolą mnie nogi. Czas odpocząć. Zupełnie mi się rozjechały dni tygodnia, a że biega mi się dobrze, to z przyzwyczajenia uznałam, że warto pobiegać...

Po wizycie u Fizjo mam wrażenie, że nic właściwie nie wymyślił w temacie moich stóp i kroków. Wiązadła w porządku, rzepki ciut lecą do środka (ale mam wkładki), lewa strona mniej rozciągnięta, a obciążanie stóp - taki nawyk. Mam wyciągać krok i uczyć się inaczej wybijać z lewej. Masował mi pasmo w prawym udzie i pośladku (bolało jak nie wiem!), otapował mnie i życzył powodzenia w półmaratonie. Jak docinał paski na udo, poprosiłam, aby były takie w sam raz na łamanie dwóch godzin.

W piątek postawiłam na rower. 20 km z Warszawską Masą Krytyczną. Totalny lajcik. Bolą mnie nadgarstki od hamowania. Relacja wkrótce.

Pakiet na PZU Półmaraton Warszawski już w domu. Robi wrażenie Biuro Zawodów i EXPO.



Sobotni, przedstartowy labing. Przeszlo mi przez mysl, aby przy tak sprzyjajacej pogodzie umyc okna, ale wybilam sobie to z glowy. Skutecznie.

Miałam dwa sny. Pierwszy - zapomnialam ubrań biegowych i SKMka pojechala, a ja zostalam... Drugi - ktoś zabrał mi buta w przepojce (w jakimś domu, więc zdejmowali wszyscy z kulturą). Zostawił swojego, ale miałam dwa prawe. To bylo w połowie i miałam szansę na życiówkę. Znowu zostałam z poczuciem rezygnacji i złosci, tyle ze na trasie, a zające z balonikami pobiegły dalej... Emocje, emocje, emocje. Podświadomość szaleje!

Niedziela. Start. Oficjalny czas: 02:04:30 w półmaratonie. Zakasałam rękawy na pozbycie się dwójki z przodu, ale wiem, że dałam z siebie wszystko. Czas z ostatniej dychy nie kłamał, ambicję należało schować do kieszeni. Poprawiłam wszystko, co mogłam. Czułam moc!


Kończę marzec z 180 km w nogach. Urealniam plany maratońskie. To jeszcze nie czas na łamanie 4:15, ale 15 minut z życiówki na królewskim dystansie urwę.

piątek, 28 lutego 2014

a luty minął jak z bicza trzasł

Luty zaczęłam od biegania po leśnych zaspach z mapą (relacja), ale już dnia kolejnego saneczkowałam w najlepsze z Boot Camp Polska w Parku Skaryszewskim.



Powrót do wtorkowych treningów klubowych przyniósł niespodziankę - już 4 lutego! Pojawiły się życiówki. W końcu! ...bo od październikowej poprawionej dychy w tej kwestii posucha. Trening tempowy wycisnął ze mnie poty.


Pierwsza w tym roku dyszka - GPW na Kabatach, 8 lutego, a dzień później kolejna niedziela w Parku Skaryszewskim. W roli głównej: gumki. Moje pośladkowe i przywodziciele pamiętały długo ten trening, rzadko zakwasy ma się już dwie godziny po ćwiczeniach.


Na zdjęciu część osób odwodzi nogę po skosie do tyłu na zmianę z przysiadem, a druga część grupy robi szwedzkie pompki - na triceps do sukienki na lato.

tydzień II

Wtorkowy trening. W czasie tych 11 kilometrów przeszłam przez wszystkie możliwe stadia zadyszek i umiejscowienia kolek, skończyłam z pulsometrem na brzuchu (co mnie mega denerwowało i przeszkadzało). Myślałam często o tych słabościach, co to biegacze pokonują, bo to był TEN dzień... Ciekawe jednak było to, że ani przez chwilę nie pomyślałam żeby skończyć... Wytrwałam do końca.

Dwa tygodnie po debiucie na orientację drużynowo, sprawdziłam się jeden na jeden z mapą. Na Mariensztacie. Przypomniałam sobie, jaką radość bieganie może nieść. Na myśl przyszła mi pierwsza dycha, pierwszy półmaraton, maraton... Kolejne nie są już tak emocjonujące!

Powrót na falenicką wydmę przyniósł poprawę życiówki na trasie 6,6 km o całe 2 minuty. Widać efekty styczniowo-lutowych treningów siłowych. Zatem w niedzielę rano stawiam się w Skaryszewskim, aby  robić wypady nogami, pracować nad łydkami i pośladkami, skakać po schodach,  a także nosić i być noszoną - też na schodach.

fot. Asia z Boot Camp Polska (to już koniec treningu, więc noszenie dla chętnych)
A na niedzielny deser - wybieganie ze zwiedzaniem Warszawy z trasą w kształcie serca. A ja odliczam dni do wyjazdu w Gorce.

tydzień III

Kolejny tydzień mocny. We wtorek podbiegi na Belwederskiej. Gnałam je tempem mniej niż 6 min/km. W szoku byłam! W czwartek pierwszy raz zrobiłam całą klubową rozgrzewkę przed salą, czyli 5,5 km. Do tej pory było jedno lub dwa kółeczka. Yes! No a od soboty do poniedziałku cross-fit.

W sobotę z Boot Camp Polska trening do Runmageddonu, tu relacja. Barki i kark od podnoszeń i zwisów na rękach czułam całą niedzielę i poniedziałek. Krytycznie było po południu w niedzielę, więc przed udało się w Skaryszewskim zaliczyć kolejny Boot Camp, tym razem light, dla biegaczy. Po nim czułam lekko nogi. Komplet zatem zakwasów w gratisie.

fot. Asia z Boot Camp Polska
tydzień IV

W poniedziałek kolejny z rzędu cross-fit. Tym razem z obozybiegowe.pl. Było sześć stacji (martwy ciąg z kettlem 18 kg (sic!), TRX z wiosłowaniem, opony - rzucanie, wchodzenie na ławkę, burpeesy i wykroki z workami z piachem na karku. Na stacjach ćwiczyliśmy po trzy minuty, a w przerwach truchcik dookoła jeziorka na Polu Mokotowskim. Całkiem przyjemnie. Było bez rywalizacji. Byłam w parze z Ulą, moją czytelniczką. (Pozdrawiam!)

Wtorek klubowy. Siła i szybkość. Podbiegamy pod Agrykolę i wybiegamy do Belwederu. Powrót odpoczynkowy. Jestem zadowolona, z tego co widzę w statystykach po tym treningu.

... ale, ale! Sponsorem tego tygodnia są góry. Gorce. Nadrabiam nieobecność na obozie biegowym. Na miejscu (w Warszawie) było trenowane siłowo i funkcjonalnie, pora na wybiegania w pięknych okolicznościach przyrody. Matę do rozciągania spakowałam zaraz po butach i książkach.

W czwartek zdobyłam Turbacz (1310 m n.p.m), w czasie powrotu pokombinowałam skróty i skończyło się jak zawsze... Za to w piątek pobiegłam z Rabki na Maciejową (815 m n.p.m), już szlakami, jak Pan Bóg przykazał.

A to mój gorczański widok z okna.



Podsumowanie

Kilometraż lutego dobija do rekordowych miesięcy (wrzesień i październik 2013). Wyniósł 157 km. Koncentowałam się głównie na sile, pora zatem pomyśleć o szybkości.

Kalendarz treningowo wygląda imponująco, tak intensywnie to nie bywało...



Aha, żeby nie było, że tylko biegam i cross-fituję... nad rozciąganiem i szpagatem nadal pracuję. Od czasu do czasu zerkam na filmik instruktażowy spod Tower Bridge i drugi flmik nasz rodzimy z parku, jakich wiele na youtubie.

No i najważniejsze - przy tak aktywnym trybie mam APETYT jak ta lala. Pochłaniam sporo, a i tak ciągle rozglądam się za czymś do jedzenia. Pasek od pulsomierza nadal się zsuwa w czasie biegania, pora zadziałać nitką i igłą.

wtorek, 21 stycznia 2014

nocny trening w grupie

Dzień był mroźny. Na termometrze minus siedem, ale odczuwalna minus szesnaście. Brrr! Trzęsłam się jak osika cały dzień i ze sporą dozą niedowierzania widziałam się na wieczornym treningu Night Runnersów i Boot Camp Polska... Stwierdziłam jednak, że tylko aktywność może mnie rozgrzać skutecznie. Ubrałam się w dwie warstwy, ciepłe spodnie, kurtkę, buff, czapkę. Rękawiczki wzięłam zwykłe...

Pod Narodowym byłam sporo wcześniej, więc pokusiłam się na samotną rozgrzeweczkę wokół korony. Na poziomie, na którym biegałam jest akuratnie wyznaczona trasa jednego kilometra z oznaczeniami co sto metrów. Zrobiłam dwa i pół kilometra i akurat nadszedł czas zbiórki.

O 21:00 wystartowaliśmy z rozgrzewką Piotra z Boot Camp Polska. Sporo pajacyków na różne sposoby. Z moją koordynacją nie jest najlepiej. Jak ręce robią jedno, a nogi drugie nie jest dobrze. Mylę się i mam poczucie rozerwania. Mózg nie ogarnia. Pajacyki dzielone różnymi ćwiczeniami w parach. Świetna zabawa!

Fot. Boot Camp Polska
Na koniec rozgrzewki ustawiliśmy się w szeregu (co druga osoba tyłem, co druga przodem) i przeciągaliśmy się. Dziś czuję jak mnie bolą plecy i ręce od tego ćwiczonka...

Fot. Boot Camp Polska
W końcu podzieliliśmy się na grupy tempowe (5:00, 5:30 i 6:30 - chętnych na marszobieg nie było) i zaczęliśmy wspólny trening biegowy. Okazało się, że BootCampowcy "znają" mnie z internetu, kojarzyli nawet imię! Przystąpiłam do najwolniejszej grupy. Towarzysko gnałam z kolegą z innych treningów i pod koniec pierwszego okrążenia myślałam, że wyzionę ducha. Niby biegłam, ale przerwa dała mi się we znaki. Szczęśliwie zwolniliśmy czekając na resztę grupy. To pozwoliło mi jednak dobiegać drugie kółko. Zakończyłam trening biegowy na dystansie 6,5 km. Kolano nie odzywało się. Kondycja tylko spadła ciutkę.

Na koniec Boot Camp Polska przeprowadził jeszcze trening funkcjonalny i rozciąganie. Było już bardziej statycznie niż w czasie rozgrzewki i zaczeliśmy marznąć. Trening skończył się o 22:15 i pełna endorfin udałam się do domu.

sobota, 16 listopada 2013

cele i plany na 2014

Po zamknięciu pierwszego sezonu biegowego w maratońskim stylu, dobiegałam jeszcze na oparach ostatni bieg z cyklu GPW. Potrzeba odpoczynku była duża, ale chęć planowania kolejnego sezonu była większa. W końcu można leżeć na kanapie i marzyć, planować...

Co z tego powstało? Przede wszystkim przekonanie, że bardziej cieszą mnie biegi przełajowe niż uliczne. Będzie miało to ogromne znaczenie w przygotowywaniu terminarza na nowy sezon. Ale do konkretów!

Cele biegowe na wiosnę 2014:
- 10 km w czasie 54:59 (marzec/kwiecień),
- półmaraton w czasie 01:59:59 - Warszawa (marzec),
- maraton w czasie 04:14:59 - Rotterdam (kwiecień).
O celach na jesień pomyślę w maju/czerwcu. Są już pewne zalążki myśli o kolejnych życiówkach, ale nie ma co aż tak daleko spoglądać w przyszłość.

W pierwszym półroczu planuję starty w następujących imprezach:
- Korona Półmaratonów Polskich 2014 - konkretne zawody w ramach cylu nie zostały jeszcze ogłoszone przez PSB. Będę chciała pobiec na pewno półmaraton warszawski i półmaraton jurajski - reszta do uwzględnienia w terminarzu;
- Grand Prix Warszawy 2014 (10 km);
- XI Zimowe Górskie Biegi w Falenicy - dystans 6,66 km;
- ABN AMRO Marathon w Rotterdamie;
- Bieg Chomiczówki (15 km);
- Mienia Winter Trail (14 km);
- bieg na orientację, jeszcze nie wiem gdzie i kiedy, ale śledzę terminarze BnO zapalczywie;
- Bieg Łosia (17 km);

Cele nie-biegowe, choć z bieganiem mocno związane, na pierwszą część sezonu 2014:
- wzmocnienie siłowe organizmu,
- poprawa kondycji ogólnej,
- zrobienie szpagatu.

Plany treningowe już dzierżę w dłoni. Oficjalny start treningów: 9 grudnia. Do tego czasu gimnastykuję się i rozciągam, chadzam na cross-fity. Biorę też udział w pompkowej rywalizacji całego biegowego świata ogłoszonej przez Krasusa. Mało kanapuję w tym roztrenowaniu. Lada dzień zamierzać ciut potruchtać, tak aby nie zapomnieć jak się to robi...

*********


czwartek, 31 października 2013

październik: sezon u schyłku

Mój pierwszy sezon biegowy dobiegł końca i to w jakim stylu! Niespodziewałam się, że będzie tak spektakularnie. Pamiętam, jak w grudniu zakładałam sobie, że chciałabym przebiec półmaraton i było to marzenie odległe o lata świetlne (zrealizowane po trzech miesiącach)! A teraz mam za sobą już NAWET maraton. Po 11 miesiącach od wstania od biurka! Zupełnie niespostrzeżenie, choć wiem że pracy w przygotowania włożyłam sporo.

O maratonie myślałam od kwietnia (wynik dopingu Orlen Maratończykom). Plan trengowy realizowałam od maja do lipca, a potem po sierpniowym obozie i dwóch półmaratonach wróciłam do niego, aby dokonać realizacji w Toruniu. Udało się! Co zaskakujące, mój organizm nie jest po tym startcie zmasakrowany. W poniedziałek czułam lekkie zakwasy w udach, pobolewały kolana i kostki. Odczucia jak po cięższym treningu. Chyba po półmaratonie kampinoskim bardziej bolało niż po królewskim dystansie. Sporo śpię, ale to raczej wynik dwóch bezsennych nocy zaraz po starcie. Endorfiny nie dawały zasnąć i budziły wcześnie!

W październiku przebiegłam tyle samo kilometrów co w sierpniu (wtedy był obóz), teraz było kilka wybiegań (jedno w Tatrach, po Warszawie oraz półmaraton kampinoski) i wiadomo NAJWAŻNIEJSZY START SEZONU, który rozbił system. Aha! Udało mi się zrobić życiówkę na dychę.


Co poniedziałek dzielnie walczyłam na cross-fitach (galeria poniżej a relacja w linku). Pogoda w październiku nas rozpieszczała. Sucho i ciepło było co tydzień. 

Wyskok z głębokim przysiadem, foto: obozybiegowe.pl

Low row na TRXsie , foto: obozybiegowe.pl
Odkąd ćwiczę siłowo, mam wrażenie że moja forma biegowa rośnie. Racją jest, że bieganie samych kilometrów to za mało. Trening biegowy MUSI być wsparty dobrą kondycją całego ciała.

W czasie maratonu przebiegłam swój tysięczny kilometr. Fanfary wówczas nie grały, ale pierwsza myśl jaka przyszła, to taka aby sprawdzić "przebiegi" butów. Faaski są ze mną ok 700 km, zimowe Asicsy przebiegły coś około 200 km a trialowe Mizunki pewnie 100. Do wymiany letnich startówek sporo czasu, szczególnie że nadchodzi sezon, kiedy idą w odstawkę.

Zapis rekordów z Endomondo.

Pierwszy sezon kończę z następującymi wynikami:
5 km - 28:07 (Parkrun Warszawa Praga, lipiec),
10 km - 57:51 (Sądecka Dycha, październik),
półmaraton - 02:11:41 (Błonie, sierpień),
maraton - 04:35:36 (Toruń, październik).

Zapis rekordów z Endomondo.
Cieszy mnie, że od lipca średnie miesięczne treningowe tętno spada. Garmina z pulsometrem mam od maja zapis wygląda następująco:
- maj: 151 uderzeń na minutę,
- czerwiec: 143,
- lipiec: 175,
- sierpień: 166,
- wrzesień: 164,
- październik: 144.

Nie snuje teraz żadnych konkretnych planów na 2014 rok. Mam w głowie pewne zarysy tego, czego chciałabym dokonać, ale potrzebuję czasu, aby to ułożyć w realne cele i starty. Wiem już co w bieganiu lubię bardziej a co mniej. Spróbowałam w tym roku wielu biegowych opcji: starty masowe i lokalne, biegi uliczne i crossy, biegałam po bieżni krótkie dystanse i dłuuugie po górach. Mam teraz możliwość ukierunkowania zawodów pod kątem własnych preferencji.

Przede mną jeszcze tylko GPW 9 listopada (brakuje mi siódmego biegu, więc pobiegnę) i miesiąc zasłużonej biegowej laby. Zasłużyłam na roztrenowanie, czyli istotny element treningu. Poniedziałkowo będę się trenować funkcjonalnie na sali, ale biegać do połowy grudnia nie zamierzam.

A na koniec... MOJE MEDALE!

Wieszak zakupiony w dlabiegacza.pl

piątek, 4 października 2013

w Tatrach

12°C
Aktualnie: Częściowe zachm.
Wilgotność: 64%

Pierwszy weekend października wygnało mnie w Tatry. Wg planu czekało na mnie długie wybieganie, chciałam aby w ruchu być blisko 4 godziny. Opcje na spędzenia dnia były różne, ale aby i wilk był syty i owca cała, zdecydowaliśmy obrać kierunek nad Morskie Oko. Ja miałam biegać, piechurzy chodzić.

Ruszyliśmy z Palenicy Białczańskiej. Zaczęłam od razu biegiem, przez co wkroczyłam na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego bez biletu wstępu. Kontrola przy bramie nawet nie zanotowała, że im przemknęłam... Struś Pędziwiatr, normalnie!

Pierwszy kilometr biegłam spokojnie, trzymałam tempo wolne ale równe, ale im dalej zaczęłam czuć, że jest pod górę i będzie trudno wytrzymać w biegu 9 km. Wodogrzmoty Mickiewicza omiotłam jedynie okiem, minęłam konny zaprzęg przy brawach pasażerów i truchtałam dalej. "W ruchu" przyjęłam żel, co po kwadransie dało mi powera. Przy piątym kilometrze zaczęły się "skróty", szlak nie prowadził asfaltową drogą ale kamiennymi schodami. Przeszłam do marszu, ale energicznego marszu. Wyprzedzałam wszystkich wspinających się. Zarówno mój bieg jak i energiczny marsz był przyczyną (głośnego i niemego) podziwu. "O maj god! Szi is soł kjud!", "Zobacz! A ta Pani biegnie, a my ledwo idziemy! Skąd Pani jest?" 

Po szóstym kilometrze przywykłam do warunków i podbieg nie sprawiał już problemu. W ciągu godziny dotarłam do Morskiego Oka. 


Chwilę odetchnęłam, popodziwiałam lazur wody. Pogrzałam twarz w słonku i postanowiłam obiec jezioro.



Radośnie skakałam po kamieniach i uwierzyłam, że ćwiczenia stabilizacyjne na beretach są po coś. Właśnie po to, aby pewnie przemierzać trudny kamienisty szlak. Przypomniałam sobie siebie z Karkonoszy, gdy ostrożnie stawiałam każdy krok. Minęły dwa miesiące, a jest postęp! Trasa wokół Morskiego zajęła mi półgodziny. Wróciłam z powrotem pod schronisko i w słońcu czekałam na piechurów.


Po obiedzie postanowiliśmy wspiąć się nad Czarny Staw pod Rysami. Wspinaczka tam i powrót do schroniska zajęło półtorej godziny. Warto było, ale widoków!


Morskie Oko z perspektywy podejścia pod Rysy też prezentowało się cudnie.


Powrót z Morskiego do Palenicy Białczańskiej wykonałam w ciągłym biegu. Osiągałam tempo maratońskie i nie korzystałam ze skrótów, tylko gnałam w dół asfaltem. Na mój widok jeden z turystów zakrzyknął "O rety! To znowu Pani! Chłopa by Pani znalazła a nie tak Pani biega i biega...". Propozycja jegomościa pozostała bez mojego komentarza jednak...

Na mecie, tj.na parkingu, czekał na mnie koc i gorąca herbata. Byłam po trzech godzinach i czterdziestu minutach w biegu! Zrobiłam raptem z 22 kilometry, ale teren trudny i trening liczę podwójnie. 

Następnego dnia miał być oddech, bo na niedzielę szykowałam się na życiówkę na dychę, więc dzień spędziłam w kolejce do kolejki linowej na Kasprowy (raptem trzy godziny oczekiwania na bilet) i na szczycie owego. Podróż w górę trwa ok 20 minut, porównując czas stania do kasy z jazdą - dysproporcja aż śmieszna. Zainteresowanym wjazdem i zjazdem polecam bilety online.


Widoczność na Kasprowym idealna. Aż chciało się iść dalej! Poprzestałam na kwaśnicy w schronisku i w dół - na Krupówki, które bardzo przypominają mi Monciak w Sopocie...



Po raz kolejny przekonałam się, że w górach zmieniam perspektywę i nabieram dystansu do rzeczywistości.

poniedziałek, 30 września 2013

koniec września

Najpierw konkrety. Przebiegnięte 140 km. Średnia tygodniowa przedstawia się następująco:


Początek umoczony względami rodzinnymi, poza tym intuicyjnie (jak mówi znajomy lekarz: "intuicję mają tylko kobiety i niektórzy sportowcy") chciałam odsapnąć po sierpniu. Później wzięłam się w garść i trzymałam planu.

Uzyskane rekordy:
10 km - 58:23, bez atestu. Kabaty przekładają się jednak na płaskie trasy ulicowe.
3 km - 15:53, na bieżni.

Oprócz biegania we wrześniu trzy poniedziałki były z cross-fitem. Tu przysiady na TRXach w moim wykonaniu.

fot. obozybiegowe.pl
Poza tym przyjęłam wyzwanie robienia przysiadów. Siłowo czuję się lepiej...



Nadal też robię pompki, jestem już przy 60 w trzech seriach. Zaskakiwać nikogo nie zamierzam, fajnie widzieć własne postępy.


No właśnie... Postępy. Biegam więcej, ćwiczę więcej i choć bywają tygodnie z bólem, to mam subiektywne poczucie, że forma rośnie. Czytam "Bez ograniczeń" Chrissie Wellington i odnajduję się w opisie "Stan wyczerpania towarzyszył mi codziennie (...) pomimo przejmującego wyczerpania, czułam się silniejsza niż kiedykolwiek. To było bardzo dziwne doznanie: miałam wrażenie, że moje ciało ewoluuje i pomimo oznak zmęczenia nabiera ogromnej siły".

Mądre głowy mówią, że rozszerzona aorta nie wpływa negatywnie na moje bieganie, niewykluczone że to długodystansowe bieganie wpłynęło na jej poszerzenie. Do stanu operacyjnego daleko. Jeśli nadal będę się kierować rozsądkiem, to żadna krzywda mi się nie zdarzy. Wyjaśniła się już kwestia "chłeptania przeze mnie powietrza" i kaszlu po startach. Prawie zawsze pojawiał się po bieganiu na falenickich wydmach, moich pierwszych cyklicznych zawodach.

niedziela, 29 września 2013

wycieczka biegowa na Pragie

14°C
Aktualnie: Częściowe zachm.
Wilgotność: 0%

Przed wyjściem z domu
Niechcemisie.
Plan pokazuje długie wybieganie.
Niby słońce, ale chłodno. Pod górę mentalnie mi.
Żel energetyczny zjedzony - sztuk 1.

3 kilometr
Jakby nie liczyć, to z domu na Wał mam 3 kilometry. Niezależnie od trasy.
Biegnę. Spowalniam się nawet. Średnie tempo 7:09.
Widoki wokół Wału cudne. Na ziemi i niebie.


Droga monotonna.
Wielu rowerzystów, biegaczy oprócz mnie zero... No tak, maraton.


10 kilometr
Jestem blisko Afrykańskiej.
Jest już godzinka biegu.
Przerwa na żel i wodę.
Jakiś rowerzysta mówi do mnie: "Dziękuję". Do teraz nie wiem, za co...

12 kilometr
Chwila dla fotoreportera nad Balatonem na Gocławiu.
Zero zmęczenia. Luziczek. Wyrywam się i tempo jest już 6:45.


14 kilometr
Plac Szembeka.
Słońca mniej, wieje.
Przystanek na wodę i foto.
Siedzący biegacz na mój widok się uśmiecha.
Pozdrawia mnie kierowca machając z auta. Odmachuję, biegnę dalej.


16 kilometr
Na Makowskiej, wzdłuż torów, mijam dwóch biegaczy. W końcu!

18 kilometr
Jestem na wiadukcie na Marsa, choć nie planowałam. Wykopy na "mojej" trasie.
Ostatni żel i woda.
Sporo przerw na skrzyżowaniu z Żołnierską, bo nie chciałam biegać po czerwonym.
Zaczyna się ostatnia prosta do Radości.

Półmaraton
Anin. Czas jak na jurajskim, 2:25:00.
Tempo ostatniej piątki: 6:47.

23 kilometr
Między Międzylesiem a Radością krysysowo.
Bolą kolana i lekko stopy w kostkach. Jestem w Lidlowych butach, bo startówki się suszą. Amortyzacja słaba.
Dopijam wodę.

Trasa dzisiejszego wybiegania
25 kilometr
Utrzymuję tempo.
Wiem, że dom blisko, więc gnam jak na skrzydłach.

Tabela pięciokilometrówek.

Koniec.
Biegłam trzy godziny.
Na liczniku 26,2 km.
Średnie tempo 6:52. Dałam sobie w kość. Mogło być wolniejsze.
Czuję nogi.
Rozciąganie dłuższe niż zwykle.
Zasłużyłam na lasagne.


**********
Dzień po nic nie boli. Już wieczorem pod kocykiem dyskomfort nóg przeszedł.

piątek, 27 września 2013

na zakwasach

Ostatni tydzień września: w poniedziałek trening funkcjonalny z elementami cross-fit, w środę trening biegowy drużyny, a w piątek kolejny trening biegowy, już indywidualny. Zakwasowo ostatni tydzień prezentuje się następująco:
- we wtorek i środę zakwasy po poniedziałku (plecy i ramiona), 
- w czwartek i piątek zakwasy po środzie (łydki, uda i pośladki), 
- w sobotę nadal problem stanowi poruszanie nogami...
Poruszam się z gracją, nie z wrodzonej elegancji, ale z bólu. Zakwasy świadczą o tym, że nie obijam się treningowo. 

Poniedziałek
Na cross-ficie znowu wygraliśmy, choć zupełnie się nie spodziewaliśmy. Poniżej papierek po wygranej. Tym razem działaliśmy w trzyosobowym zespole plus wirtualny zawodnik (bo reszta zespołów czteroosobowa). 

Stacje:
- brzuszki z podparciem na ręce i nodze,
- skakanki,
- pompka z podparciem na kettlu i pociągnięcie kettla w górę jak w martwym ciągu, ale wyżej,
- tor przeszkód: przeciągnięcie szarfy, dżdżowniczki wokół pachołka, raczki, bieg,
- wyciskanie opony z workiem piasku (jako jedyna miałam przyzwolenie na wyciąganie worka),
- TRXy - trzy cykle: przysiady na jednej/drugiej nodze, naciąganie ramion z tyłu.
Dwa cykle po 2 minuty z przerwą 5 minut.

Słabam nie tylko w wyciskaniu ciężkiej opony (samą podnosiłam nawet 70 razy), ale również w raczkach. Skakanka też pozostawia sporo do życzenia (tylko 120 powtórzeń). Cóż, trening czyni mistrza.

We wtorek po raz kolejny we wrześniu rozbieganko z A. Robiłyśmy 8, 6 i 4,5 kilometra po Ursynowie. Fajnie by było, aby nam te wspólne biegania weszły w krew. Motywacja zupełnie inna, gdy się wychodzi razem na trening. Nawet jeśli na krótki. Mam cichą nadzieję, że A. się rozbiega i będziemy śmigać dłuższe dystanse, bo jest miło.


Środa
Wymagający trening biegowy na Agrykoli. Były nawet schody w czasie rozgrzewki, a potem 10 x 400 metrów z krótkimi (50 sek) przerwami. Moje okrążenia miały mieć czas ok. 1:58. No i miały. Było ciężko, ale udawało mi się do końca utrzymać tempo 4:44-4:59! Jestem z siebie zadowolona, bo po kryzysie w czwartej czterysetce, kolejne szły już z lekkością. Nie wiem, skąd znalazła się siła. Dawno mnie po treningu nogi aż tak nie bolały...

Piątek
Poruszam się jak robot. Wstawanie i siadanie przypomina jeszcze o środzie i chyba o schodach... W planie 10 kilometrów w tempie maratonu. Ciężko było wyjść, a jeszcze ciężej biec pierwsze dwa kilometry. Czułam mięśnie nóg mocno, a potem... jakby się rozgrzały i jak ręką odjął ból i dyskomfort odszedł. 

Trening udany. Dystans w tempie 6:30 zaliczony. Nawet na bolących początkowo nogach się da. Po powrocie poświęciłam dłużej niż zwykle uwagi i czasu rozciąganiu. Teraz grzeję mięśnie pod kocykiem.

Niedziela
Szykuję 32 kilometrowe wybieganie... Ma być mega wolno.

środa, 11 września 2013

walka o szybkość odc. 3

12°C
Aktualnie: Deszcz
Wiatr: zach. z szybkością 13 km/h
Wilgotność: 94%

Kolejny trening w deszczu. Jesień, czy jak?! Faaski znowu zmokły, może nie tak jak na Agrykoli (bo żab w środku nie było), ale potrzebują kilku dni na całkowity wysech.

Najpierw rozgreweczka w górę Myśliwiecką do Pięknej. Nie powiem, podbieg sam w sobie był trudny a zacinający deszcz i wiatr nie ułatwiał. Potem kółeczko po parku z pompeczkami, dostawianką, wykrokami i pajacykami.

No i przeszliśmy do głównej atrakcji wieczoru. Tym razem robiłam dwa razy po 2 kilometry i raz kilometr. Przerwy pięciominutowe w marszu. Biegaliśmy po Parku Ujazdowskim, gdzie akuratnie jest jednokilometrowa pętelka z dokrętką przy fontannie.



Utrzymanie tempa na dziesięć kilometrów w pierwszym cyklu bezproblemowe. Gorzej z kolejnym. Wyszło 6:05, a miało być 6:00. Kilometr miał być na 5:50, a udało się ciut szybciej...

Cały czas chodził mi po głowie wiersz Staffa:
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
i pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny, 
dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
i światła szarego blask sączy się senny... 
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...


Powrót na Myśliwiecką w dół Agrykolą. Świetnie było puścić się w dół, biegnąc bez hamowania. Deszcz już pod koniec nie padał, więc ulica choć mokra nie była strumykiem ociekającym wodą. Na dole oko cieszył widok na Pałac na wodzie, a wcześniej na rozświetloną Alejkę Chińską w Łazienkach. Przypomniałam sobie, że obiecałam sobie kiedyś wycieczkę biegową po Warszawie. Pora ją zrealizować. Na finisz grupowe rozciąganko przy Kanale Piaseczyńskim i do domu.