Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trening na bieżni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trening na bieżni. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 października 2013

ostatni WTC w tym roku

4°C
Aktualnie: Przewaga chmur
Wiatr: płd.-wsch. z szybkością 10 km/h
Wilgotność: 81%


To był wtorek z niedoczasem. Kilka spotkań, które się przedłużyły i korek w miejscu, gdzie go zwykle nie ma! Czas na zjedzenie i przebranie w domu niebezpiecznie topniał. Udało się jednak stawić o czasie w biurze zawodów ostatniego cyklu zawodów Warsaw Truck Cup na Agrykoli, zrobić rozgrzewkę i pokibicować znajomym, biegnącym w ostatniej serii na 3 km.

Było zimno. Nie zdecydowałam się na zdjęcie drugiej warstwy. 1,5 kilometra to w sumie nie jest długi bieg, więc się nie zgrzeję, pomyślałam.

Nadszedł moment startu. Puściłam się pędem przed siebie. Biegłam dwa pierwsze kółka na trzeciej lokacie. Zerkałam na zegarek tempo 4:20. Za szybko! Miało być 4:40-4:45. Myśl tę potwierdza trener, który stoi i kibicuje. Ciut zwalniam. 


Wyprzedza mnie jedna osoba, a potem druga (na zdjęciu widać moje ostatnie chwile na trzeciej pozycji). Po kilometrze czuję zmęczenie, ale chcę utrzymać prędkość, bo zostało przecież raptem okrążenie! Nikt już mnie nie wyprzedził, nawet Messi, który ograł mnie na ostatniej prostej w maju.

Ostatecznie pobiegłam na 07:20:01. 


Na rozdanie nagród i pasta party pod For Pro nie czekałam. Wróciłam do domu po lekkim schłodzeniu na stadionie, kaszląc jak gruźlik. Medal wręczono mi na treningu drużyny. Zespołowo zajęliśmy trzecie miejsce na Warsaw Truck Cup 2013!

fot. obozybiegowe.pl


piątek, 27 września 2013

na zakwasach

Ostatni tydzień września: w poniedziałek trening funkcjonalny z elementami cross-fit, w środę trening biegowy drużyny, a w piątek kolejny trening biegowy, już indywidualny. Zakwasowo ostatni tydzień prezentuje się następująco:
- we wtorek i środę zakwasy po poniedziałku (plecy i ramiona), 
- w czwartek i piątek zakwasy po środzie (łydki, uda i pośladki), 
- w sobotę nadal problem stanowi poruszanie nogami...
Poruszam się z gracją, nie z wrodzonej elegancji, ale z bólu. Zakwasy świadczą o tym, że nie obijam się treningowo. 

Poniedziałek
Na cross-ficie znowu wygraliśmy, choć zupełnie się nie spodziewaliśmy. Poniżej papierek po wygranej. Tym razem działaliśmy w trzyosobowym zespole plus wirtualny zawodnik (bo reszta zespołów czteroosobowa). 

Stacje:
- brzuszki z podparciem na ręce i nodze,
- skakanki,
- pompka z podparciem na kettlu i pociągnięcie kettla w górę jak w martwym ciągu, ale wyżej,
- tor przeszkód: przeciągnięcie szarfy, dżdżowniczki wokół pachołka, raczki, bieg,
- wyciskanie opony z workiem piasku (jako jedyna miałam przyzwolenie na wyciąganie worka),
- TRXy - trzy cykle: przysiady na jednej/drugiej nodze, naciąganie ramion z tyłu.
Dwa cykle po 2 minuty z przerwą 5 minut.

Słabam nie tylko w wyciskaniu ciężkiej opony (samą podnosiłam nawet 70 razy), ale również w raczkach. Skakanka też pozostawia sporo do życzenia (tylko 120 powtórzeń). Cóż, trening czyni mistrza.

We wtorek po raz kolejny we wrześniu rozbieganko z A. Robiłyśmy 8, 6 i 4,5 kilometra po Ursynowie. Fajnie by było, aby nam te wspólne biegania weszły w krew. Motywacja zupełnie inna, gdy się wychodzi razem na trening. Nawet jeśli na krótki. Mam cichą nadzieję, że A. się rozbiega i będziemy śmigać dłuższe dystanse, bo jest miło.


Środa
Wymagający trening biegowy na Agrykoli. Były nawet schody w czasie rozgrzewki, a potem 10 x 400 metrów z krótkimi (50 sek) przerwami. Moje okrążenia miały mieć czas ok. 1:58. No i miały. Było ciężko, ale udawało mi się do końca utrzymać tempo 4:44-4:59! Jestem z siebie zadowolona, bo po kryzysie w czwartej czterysetce, kolejne szły już z lekkością. Nie wiem, skąd znalazła się siła. Dawno mnie po treningu nogi aż tak nie bolały...

Piątek
Poruszam się jak robot. Wstawanie i siadanie przypomina jeszcze o środzie i chyba o schodach... W planie 10 kilometrów w tempie maratonu. Ciężko było wyjść, a jeszcze ciężej biec pierwsze dwa kilometry. Czułam mięśnie nóg mocno, a potem... jakby się rozgrzały i jak ręką odjął ból i dyskomfort odszedł. 

Trening udany. Dystans w tempie 6:30 zaliczony. Nawet na bolących początkowo nogach się da. Po powrocie poświęciłam dłużej niż zwykle uwagi i czasu rozciąganiu. Teraz grzeję mięśnie pod kocykiem.

Niedziela
Szykuję 32 kilometrowe wybieganie... Ma być mega wolno.

sobota, 10 sierpnia 2013

obóz lato 2013: dzień 8

Sobota rano. Po śniadaniu pakowanie. Pogoda zmienna. Trochę słońca, sporo chmur. Wygląda jakby miało zacząć lać. Góra 24 stopni. 

Ostatni trening to technika biegowa. Poniżej zdjęcie z rozgrzewki i dostawianka tańczona na lewą nogę. Po całym tygodniu ganiania, miałam już dość. Cieszyłam się na samą myśl o PRAWDZIWYM odpoczynku.

Foto: obozybiegowe.pl

Skipy A, B, C i D powtórzone.

Foto: obozybiegowe.pl


Zaprawa przed płotkami zakończona na przeskakiwaniu płotka. W górę to jeszcze skaczę, ale w górę i w przód - awykonalne! Marsz ze skipem B z nogą nad płotkiem z zapasem, ale już sam bieg przez płotki nie udał mi się. Mam zbyt małą skoczność i obawę, że się wyrżnę. Ćwiczyłam obok.

Fotografia własna

Między ćwiczeniami w kolejce obsiadały nas gzy, które szczególnie upodobały sobie moje pośladki. 

Foto: obozybiegowe.pl

Ekipa II turnusu (prawie) w komplecie. Dużo wrażeń, wiedzy i doświadczeń zdobytych. Pora wracać do domów... Na podsumowania przyjdzie czas. Jutro.

Foto: obozybiegowe.pl

wtorek, 4 czerwca 2013

WTC - sztafeta 4x400

21°C
Aktualnie: Bezchmurnie
Wiatr: płn.-wsch. z szybkością 14 km/h
Wilgotność: 60%

Gdy na Endomondo zobaczyłam, że grupa Biegam na Tarchominie szuka obsady do sztafety, pomyślałam sobie "Czemu nie?". Zgłosiłam się, trójka chętnych już była. Przez płciową aklamację zostałam wybrana kapitanem drużyny i tak nie pozostało nic innego, jak stawić się na Agrykoli i pobiec.

Miejsce i zawody WTC mi znane, w końcu to tu wyżyłowałam życiówkę na kilometr. Z nowości, trafiłam przed startem do szatni (tam dostępne były toalety) i chyba do dziś pozostaję pod wrażeniem. Nie ważne, że o mały włos nie weszłabym do męskiej, bo pomyliłam lewo z prawo. Oko mi zbielało, że można udostępnić tzw. pełen węzeł sanitarny.

Przy rejestracji sztafety ustaliliśmy kolejność. Nie chciałam być pierwsza ani ostatnia. Wpisałam się jako druga, przede mną był Kamil, po mnie Mirek, na końcu Wojtek.



Kilka fotek sprzed biegu poniżej.






Atmosfera rywalizacji unosiła się jak zwykle w powietrzu, a mnie brakowało strategii na bieg. To że dam z siebie wszystko było wiadome, ale jak się biega 400 metrów? Ze szkoły średniej pamiętam tylko, że 300 metrów to był dystans, którego wybitnie nie lubiłam. Wypluwałam płuca, bo chciałam go przebiec sprintem jak mój koronny dystans 60 metrów...

Zaczęłam zatem od rozgrzewki z dwójką ze sztafety... Pobiegliśmy do Łazienek. Wspólne trzy kilometry, mnie starczyło, panowie wrócili dokręcić więcej.


Wylegując się na leżakach czekałam, aż nadejdzie godzina zero. Na starcie był szybki instruktaż zmian. Wyznaczono nam strefę przekazania pałeczki. No i START! Kamilowi udało się skończyć okrążenie na drugiej pozycji. Bardzo sprawnie przekazaliśmy sobie pałeczkę. Zaczęłam lekko biec a on finiszując przekazał mi ją. Myślę, że na pierwszych 10 metrach zostałam wyprzedzona przez jednego z zawodników. Gnałam przed siebie, aby nikt inny nie dał rady mnie wyprzedzić i... w połowie stadionu miałam wrażenie, że straciłam siłę do biegu. Poczułam się jak na zwolnionych obrotach kasety VHS... Głowa chciała szybciej a nogi nie dawały rady. Zaczęłam oddychać. Niby proste, a jednak miałam poczucie, że do tej pory biegłam beztlenowo. Kilka haustów powietrza i lepiej, choć tej pary co na początku już nie dałam rady z siebie wykrzesać... Na ostatniej prostej dołożyła mi inna biegaczka.

Przekazałam pałeczkę Mirkowi i mogłam w końcu pooddychać! Dwie minuty z kawałkiem intensywnego wysiłku a potem płuca bolą okrutnie!

Mirek zmieniał się z Wojtkiem. Nie wyszło im przekazanie pałeczki, bo każdy z nich myślał, że to się "samo" robi, ale Wojtek szybko ją chwycił z ziemi i w nogi! Skończyliśmy na trzeciej pozycji wśród pięciu zespołów sztafetowych.  Nasz wynik: 5:08,0. Jedenaste miejsce na szesnaście zespołów.

Wychodząc ze stadionu zastanawialiśmy się kiedy kolejna edycja, tak nam się ta sztafetowa rywalizacja spodobała.

wtorek, 14 maja 2013

na bieżni


15°C
Aktualnie: Bezchmurnie
Wiatr: płn. z szybkością 10 km/h
Wilgotność: 59%


Jak się biega najczęściej na swojej dzielni, to się nie wie, jak tętniąca sportowym życiem jest wieczorami Agrykola! Warsaw Track Cup, jest dziś oczywistością, ale zupełnie synchronicznie po parku biegał zaprzyjaźniony Klub Biegowy JacekBiega By Powergym. Dorotka zdążyła zapytać w przelocie: "Czy już była życiówka?!", ale wtedy jeszcze nie była...


Po numer stawiłam się ok. 20.00, więc miałam sporo czasu na rozbieganie po Agrykoli, pooglądanie wcześniejszych startów, poodganianie komarów oraz wypróbowanie się na dwóch okrążeniach na stadionie. O koncentracji nie wspomnę. Czasu było sporo! Na koniec zagapiłam się jednak na finisz najszybszych biegaczy na 1500 metrów i na swój start podążałam raźnym truchtem.




Po sprawdzeniu obecności i wyjaśnieniu, że biegniemy 1,5 okrążenia, padł strzał startera! Wystrzeliłam za panami jak strzała, tempo pierwszego okrążenia to 3:20 do 4:00. Ułańska fantazja mnie ponosi. Oj, ponosi! Potem przyszła śmierć i wolniutko zjechałam do 5:00, finalnie nawet do 6:00. Finisz 5:05. Na początku wyprzedziłam jakąś dziewczynę i Messiego i utrzymywałam swoją pozycję, aż na ostatnich 50 metrach Messi (chyba 8-10 latek) pokazał mi kto na tysiaka rządzi! Przypomniały się szkolne lata i sprinty na 60m, które kochałam!



Tak czy siak... średnia wyszła dobra i życiówka jest! Czekam na oficjalny czas. Endomondo podało coś 5:11. Wyniki podane przez Komisję Sędziowską zawyrokowały absolutną życiówkę na 1 km - 4:39,3!!

Bieżnia jest milutka i mięciutka, ale jak się ruszy z kopyta, to ciężko nie mieć zejścia. Cieszę się jednak, że nie odpuściłam i biegłam przez cały czas. Głębokie wdechy nie dotleniały jednak mnie tak mocno, jak organizm potrzebował. Całą drogę do domu kasłałam dziwnie.

W zasadzie było ciepło, ale im bliżej mojego startu zaczął się robić przyjemny chłodek. Wiedziałam, że koszulka na ramiączka będzie idealna. W czasie biegu komary nie doskwierały (Ach! Ten pęd!!). Czułam komfort cieplny, nie przeszkadzały mi nawet spodnie 3/4.

Następne ściganie na bieżni już 4 czerwca!