Pokazywanie postów oznaczonych etykietą półmaraton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą półmaraton. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 października 2015

Rabka: ostatnia Perła Małopolski czyli jak przeczołgało mnie zimno na trasie

To miał być ostatni mój bieg z cyklu Perły Małopolski. Zwieńczenie, dopełnienie. Tylko trzy tygodnie przerwy między półmaratonem w Kościelisku, treningowo między biegami słabo, bo a to choroba, a to zmęczenie... Uznalam, że ten ostatni to już przeczołgam się i metę zdobędę. Jak nie daleko byłam od tego właśnie, mogłam przekonać się na trasie.

Czemu? Zaskoczyła mnie pogoda. Jeszcze w sobotę spacer na Maciejową w komforcie cieplnym, a dzień później arktyczne powietrze i mimo trzech-czterech stopni na termometrze, to odczuwalna minus dziesięć. Nie wiem, jakim cudem zdjęłam z siebie kurtkę przed startem... W oczekiwaniu na sygnał do ruszenia na trasę tuliłyśmy się do siebie z dziewczynami, bo zęby szczękały nam aż miło...

Pierwsze dwa kilometry po asfalcie. Tradycyjnie łapię się na tym, że czekam, aż się zaczną podbiegi. Nie wyrywam z tłumem, tylko biegnę lekko około 6 min/km. To nie jest pora na zmęczenie. 


Wbiegamy w polną drogę i zaczyna się podbieg. Kontroluję tętno, aby utrzymywało się w granicach 172-177 uderzeń na minutę. Pod górę nie jest łatwo, czasem leci do 183, wtedy zwalniam, nawet jak idę zwalniam. Wśród łąk i pól można podziwiać widoki, niestety zaczyna wiać... Zimno wiać...


W lesie sytuacja się poprawia. Od piątego kilometra zaczyna być przyjemnie w dół. Po pierwszej wodopojce wybiegamy na ulicę i biegniemy wśród domostw. Gdy trasy biegu średniego i długiego rozchodzą się, przyjemnie gnam do przodu. Wyprzedzam dwie osoby i w oddali mam postać na czarno. Mijając wolontariusza pytam, czy przede mną jest kobieta czy mężczyzna, ale on nie wie... No, to się przekonam później, myślę...


Długo czekać nie muszę, bo wbiegamy w las i zaczyna być pod górę. Na skrzyżowaniu szlaków stoi gadatliwy wolontariusz i słyszę jak zagaduje do osoby przede mną, zwracają się żeńskimi formami. Do mnie też zagaja. Pyta czy nogi mnie bolą, proponuje gonić biegaczkę z przodu. Odpowiadam mu grzecznie, że poczekam, aż to ona się zmęczy i wbiegam na wąską ścieżkę. Zaczyna być bardziej stromo, aby później było jeszcze bardziej stromo... Jest mi nawet ciepło. Zdejmuję z uszu buff i pilnuję tętna.


Połowa dystansu za mną, czekam na 15 kilometr, aby z Maciejowej było już w dół. Od dwunastego zaczyna się zimnica. Trasa wiedzie szlakiem, który miejscami nie jest osłonięty. Wiatr wieje we wszystkie strony, nie jest mocny, ale przeszywający zimnem. Trudno się zaadoptować do tych warunków, zerkam na zegarek, aby wypatrzeć ten upragniony piętnasty kilometr, a tu jak na złość wolno płyną kolejne metry. Jest raczej prosto, więc można biec, staram się trzymać tętno, również po to, aby było mi ciepło... ale nie jest.

Naciągam buff na uszy, rękawy na dłonie i to wcale nie pomaga. Przemieszczam się do przodu, ale nie czuję się lepiej. Mechanicznie stawiam nogi, mam wyłączone myślenie, czuję, że zdrętwiał mi prawy bark i ramię. Ściana... Posuwam się do przodu, ale nie jest to świadome. Uznaję, że to moment na PowerBombę. Może kofeina mnie ocuci. 

Mijam wielu turystów, wyprzedzają mnie rowerzyści, ale nawet nie chce mi się ich pytac czy Maciejowa blisko czy nie. W końcu dobiegam do drugiej wodopojki na trasie, pod Maciejową właśnie, piję wodę, ale tylko aby zmienić smak w ustach i tłumaczę mojej głowie, ze została TYLKO piątka, w dół i do tego po znanej mi trasie.

Po drodze zaczynam doganiać biegaczy, wyprzedzać ich i odliczać kilometry do mety. Jest ciut cieplej, wiatr aż tak nie operuje na wąskiej ścieżce. Niestety wiem, że czeka mnie jeszcze etap między polami. Tam nie jest przyjemnie, truchtam na tętno i czekam, aż wbiegnę do miasta. Cieszy mnie, że trasa nie biegnie do końca szlakiem czerwonym, który mije się po części uzdrowiskowej. W Parku Zdrojowym dobiegam do ostatniego Nordic Walkera (trasa do przejścia 14 km), przypominam sobie, że na trasie wyprzedził mnie tylko jeden. Czyli załapałam się między pierwszym, a ostatnim - myślę. Potem wyprzedzam zrezygnowanego biegacza, a mety ani widu ani słychu.

W końcu zaczynam słyszeć doping klubowej koleżanki. Przekonuje mnie, że to już ostatnia prosta, no z zakrętem, ale końcówka. Biegnie chwilę ze mną, doganiam jeszcze jedną piechurkę z kijami i jestem na mecie! Ukończyłam w jednym sezonie pięć półmaratonów górskich w ramach cyklu Perły Małopolski!! Udało się! Nie było łatwo, ale zrobiłam to!

Założenia do czasu miałam tylko takie, aby biec krócej niż 8 min/km, udało się przebyć trasę ze średnim tempem 7:42 min/km i ukończyć dystans z czasem lepszym niż w Kościelisku. 


Moje lokaty:
czas netto: 2:34.33
open 208/221
open kobiet 41/47
kategoria 21/24
(strata do pierwszej kobiety 46 minut)
prędkość 7,8 km/h

A zmarźnięta sierota w amfiteatrze w Rabce po biegu wygląda tak, jak na zdjęciu niżej. Tylko dzięki grzańcowi nie odpokutowałam tego startu na L4.


niedziela, 14 czerwca 2015

półmaraton na Wyspach Owczych czyli falista trasa z widokami

Najpierw pojawił się pomysł wyjazdu na Wyspy Owcze, a jak się okazało, że ciut po planowanym terminie pobytu jest w stolicy maraton i półmaraton (strona biegu), to w tri miga zmieniałam wylot i powrót, aby się na nań załapać. Turystyka biegowa pełną gębą, a co! Wybrałam krótszy dystans, Torshavn Halfmarathon, bo na wyjeździe i tak każdy gol (ups! start) liczy się podwójnie, a ja oprócz biegania chciałam duuużo zwiedzać. Maraton mógłby pokrzyżować lub utrudnić te plany.

W kraju, gdzie średnia roczna temperatura wynosi siedem stopni Celcjusza, nie oczekiwałam upałów. W czerwcu trafiłam na wyżową pogodę i nie rozstawałam się z czapką i rękawiczkami. Do biegu zatem przygotowałam się "na zimowo". 

Słońce świecące na starcie w ciągu dwóch godzin zdążyło zajść, mocno powiało, popadało, a na koniec, na finisz, z powrotem wróciło. Zmienność pogody po trzech dniach od lądowania (przeżycie, które mocno i na długo zapamiętam) przestała mnie jednak dziwić, cieszyłam się, że mimo wszystko są przejaśnienia, bo w dniu przylotu poznałam możliwości chmur i mgły. Gdyby tak zostało na cały pobyt nie zobaczyłabym nic dalej niż na 100-200 metrów.
Na start, fot. z archiwum własnego
W biegach zagranicznych śmieszne są dla mnie chwile, gdy na początku przemawiają oficjele i/lub organizatorzy. Tylko na maratonie w Rotterdamie starano się o dwujęzyczność, na biegu w Berlinie czy też właśnie w Torshavn nikt nie zawracał sobie głowy turystami-biegaczami, których było całkiem sporo. Nie rozumiałam ni w ząb, o czym była mowa i czemu klaskano. W Polsce nie zwracam zazwyczaj zbytniej uwagi na to, co się przed biegiem mówi (chyba że to odprawa techniczna), ale gdzieś gdzieś to by się może i chciało wiedzieć, co mówią... No, ale nikt mi nie bronił uczyć się duńskiego, prawda?

Po oficjalnej części wystrzał startera i maratończycy wraz z półmaratończykami ruszyli na trasę. Najpierw pierwsza pętla po Torshavn, początkowo wzdłuż wybrzeża (góra, dół, góra, dół, góra, dół) z widokiem na Nolsoy, czyli wyspę, którą miałam możliwość oglądać codziennie z pokoju (na zdjęciu widać w oddali).


Potem powrót w okolice mety, gdzie widowiskowo oddałam na przechowanie rękawiczki. Jeszcze nie wiedziałam, że czeka mnie załamanie pogody...

fot. z archiwum własnego

Dalej zbieg do portu, wsród domów pokrytych trawą. W jednym z nich kultowa fereska restauracja (Polecam!). 

fot. z archiwum własnego

Znowu biegliśmy wzdłuż wybrzeża (góra, dół, góra, dół, góra, dół), widoki niebylejakie, choć się już chmurzyło...

fot. z archiwum własnego

...aż w końcu wybieg w kierunku miasta Hoyvik. Miejskie klimaty zostały w tyle, po drodze z jednej strony woda...

fot. z archiwum własnego

fot. z archiwum własnego

... a z drugiej wulkaniczne skały porośnięte mchem z wodospadami deszczówki (tu już mocno wiało i padało), która regularnie spływa do morza. Oczywiście trasa wiodła naturalnie góra, dół, góra, dół, góra, dół. 

fot. z archiwum własnego

Nawet jeśli po tygodniu takie widoki przestają robić wrażenie, bo przestają, zostają w sercu głęboko. 

Ten etap trasy jest wahadłowy, zatem z powrotem zmienia się tylko to, że woda po lewo, a skały z wodą po prawo. Plus w gratisie góra, dół, góra, dół, góra, dół. Owce (tu wszędobylskie) podpatrują biegaczy, czasem ignorują, czasem zabeczą. Generalnie kontaktowe nie są, ale zapomnieć o sobie nie dają.

fot. z archiwum własnego

Tutejszy asfalt jest mocno kamienisty. Żwirek można nawet miejscami lekko kopać. Podłoże jest do biegania słabe. Od czasu do czasu asfalt dzielą metalowe rurki, które uniemożliwiają spacery owcom, a wodzie swobodne przedostanie się do zlewiska.

Gdyby ktoś się zastanawiał, którędy wracaliśmy do mety, to trasą wzdłuż wybrzeża, oczywiście (góra, dół, góra, dół, góra, dół). Szczęśliwie wiatr i deszcz odpuścił. Przy skansenie (na zdjęciu), skąd do mety było 600-700 metrów postanowiłam zacząć finisz. Nie zmęczyłam się zbytnio na trasie, więc akcent na koniec mógł się udać.

fot. z archiwum własnego

Wbieg na starówkę od nasłonecznionego portu robił wrażenie. Przyjemność była tym większa, że było w dół.

fot. z archiwum własnego
Upatrzyłam sobie daleko przed sobą kobietę w różowej koszulce i postanowiłam, że ją dogonię. 

fot. z archiwum własnego
No i tak się puściłam do mety intensywnie, że niemal leciałam. Krok wydłużałam i im bardziej balon mety się zbliżał, to Różowa Koszulka zbliżała się jeszcze bardziej... Bach! Trach! Trafiony zatopiony!



A i wynik (na zegarze czas brutto) całkiem całkiem, bo na luzaka biegłam, bez spiny, a trasa do łatwych nie należała (wiadomix: góra, dół, góra, dół, góra, dół). W Torshavn Halfmarathon liczyła się widokowa wartość dodana.

niedziela, 29 marca 2015

jak zającowałam w Półmaratonie Pabianickim

Pomysł zającowania na czas 2:15 w Półmaratonie Pabianickim pojawił się nagle. Przeczytałam o poszukiwaniach zajęcy u Krasusa i... chęć przeżycia tej przygody była tak wielka, że nie wypadało się nie zgłosić. Przy moich obecnych czasach przelotu na tym dystansie uzyskanie tego wyniku na mecie było dość pewne, a mocniejsze wybieganie jeszcze nikomu nie zaszkodziło, prawda?



Tak trafiłam do grona zajęcy, a swoją grupę miałam prowadzić razem z Magdą. Jak gminna wieść niosła (tu niosła >>link<<<) stworzyłyśmy tandem urody i wdzięku, a jak się później okazało również i biegowej skuteczności w negative split (dla nie-biegaczy: biegłyśmy tempem narastającym)!



Przywdziane w koszulki i baloniki stanęłyśmy na stadionie MOSiR w Pabianicach, a przy nas grupka chętnych do biegu na ten sam, co my czas. 
Przed startem z Asią, którą namówiłam i przywiozłam na półmaratoński debiut do Pabianic
Start!

Wystrzał dał znać do startu i.... jak to na zawodach bywa, ruszylismy w półmaratońską drogę. Na początku, gdy ruszyły konie po... yyyy... stadionie, okazało się, że biegniemy za szybko, zatem mocno zwalniałam, aby trzymać się planu. Opaska z międzyczasami widniała na mojej ręce jak sierżant i mówiła do mnie, jak biec, a jak nie biec. Na drugim kilometrze wyrównałam tempo do 6:33-6:35 min/km, w tym czasie sporo osób mijało nas, bo przecież to taaak wolno. 

Po drodze mijalismy Zamek, zastanawialiśmy się, czy nie skręcić na trasę Biegu na Piątkę, która w pewnej chwili odbijała w ul. 3 Maja, wesoło gaworzyliśmy gromadnie. Byli tacy, co to cieszyli się, gdy rozmieniliśmy dwudziesty kilometr, a droga prowadziła nas lekko unosząc się za Pabianice...

3 km - plan: 19:45, czas na moim zegarku: 19:43

Dotarliśmy na trzeci kilometr. Wszystko szło z planem. Wystarczyło przyspieszyć do 6:28 min/km i dalej unosić się z drogą, bo podbieg był odczuwany. W końcu skręt i pierwszy wodopój. Humory dopisują, uformowała się grupka, która biegnie z nami równym tempem. Staramy się z Magdą trzymać razem.

6 km - plan: 39:09, czas na moim zegarku: 39:00

Szósty kilometr pojawił się dość szybko, czas mamy dobry, znowu przyspieszamy. Pogoda jest rześka, słońce niby próbuje przebijać się spoza chmur, ale jest około 8-9 stopni, czasami mocno zawiewa wiatr. Na ósmym kilometrze wieje nam centralnie w twarz, zaczyna mi być zimno, czego efektem jest kolka... Psioczę pod nosem i czekam, aż zmienimy kierunek biegu za kolejnym zakrętem i może się wyciszy. Wbiegamy do lasu i... uspakaja się wiatr, jest odczuwalnie cieplej.

Biegniemy już tempem półmaratońskim (6:24 km/km). Grupa daje radę, nadal atmosfera sielska anielska, opowiadamy sobie anegdoty, nie tylko biegowe tematy nas zajmują. Zaczynamy się już zwracać do siebie po imieniu. Jest sympatycznie.


9 km - plan: 58:21, czas na moim zegarku: 58:25

Lecimy wśród rzadkich zabudowań, w oddali widać Pabianice. Na połówce Mariola nie chce wiedzieć, że to już tak daleko od startu, więc przed kolejnymi oznaczeniami z kilometrami proponujemy jej zamykanie oczu. Basia, która biegła rok temu wspomina trasę, porównuje pogodę. Opowiada też o tym, jak to z Mężem (biegnie z nami) sprzedawali dzień wcześniej samochód. Czas i kilometry lecą nie wiadomo kiedy.

12 km - plan: 1:17:33, czas na moim zegarku: 1:17:35

Jesteśmy już po kolejnej wodopojce, w grupie ciszej. Słychać głośne oddychanie i powiewające na wietrze numery startowe. Część grupy zaczyna zostawać w tyle... Mówimy coraz mniej. Czuję, że potrzebuję doenergetyzowania. Kolejna przepojka ma być na 15 km, zatem na czternastym planuję przyjąć żel. Podziwiam Magdę, bo nie pije po drodze nic... Czeka na kolejny punkt żywieniowy, aby napić się łyka.

Dobiegamy do S8, pojawia się słońce, ale przebieg pod wiaduktem jest trudny, bo jest tam zimno i okrutnie wieje. Zaraz za tą atrakcją widzimy wiadukt, na który mamy podbiegać! Część grupy czekała na tą atrakcję przez cały czas. Cieszą się, że to już.

15 km - plan: 1:36:45, czas na moim zegarku: 1:36:32

Cieszę się, że jesteśmy na międzyczasie ciut wcześniej. Jest zapas na wiadukt. Na ostatniej prostej ma być podbieg, zawsze będzie z czego urywać... 

Na podbiegu tracimy część grupy, tych co zostali z nami namawiam, aby biegli po wewnętrznej, trzeba oszczędzać kroki i biec po ateście... Przy wbieganiu na wiadukt mój zegarek mocno sygnalizuje, że zbliżam się do tętna 180 uderzeń na minutę, co oznacza, że zaczynam trzeci zakres... Uspakajam się, gdy na zbiegu uspokaja się, a my gnamy. Staram się ciut stopować towarzystwo, bo to jeszcze nie finisz. 


Docieramy do nawrotki na 16 km. Jest śmiesznie krótka, a my możemy się pozdrawiać z tymi, którzy zostali w tyle. Basia i Mariola mają nam za złe, że im uciekliśmy... Humory ich nie opuszczają.

Doganiamy dwoje biegaczy. On widząc baloniki na 2:15 pyta: Czy nie biegniecie za szybko? Słysząc odpowiedź, mina mu rzednie... Wyprzedzamy ich, zaczynamy powoli zbierać osoby, które były z przodu. Z grupy z samego początku bieganie z nami tylko Chłopak, który na 17 kilometrze wyrywa do przodu, bo ma siły i chce zawalczyć o lepszy czas,

Na trasie jest miło, ale już mało konwersacyjnie. Zaczynamy ostatnią prostą do MOSiR Pabianice, gdzie jest meta.

18 km - plan: 1:55:45, czas na moim zegarku: 1:55:46

Dość niespodziewanie na osiemnastym kilometrze biegniemy SAME! Zaczynamy przyspieszać do 6:17 min/km. Widzimy przed sobą pojedyńczych biegaczy, mówię do Magdy, że to będzie nasze zadanie na końcówkę.

Pierwszego doganiamy Starszego Pana. Ciut się zmartwił, widząc baloniki na 2:15, bo liczył na lepszy czas, ale decyduje się z nami dotrwać do końca. Kolejno zbieramy dwóch kolegów, którzy mocno się nawzajem motywują i żaden nie chce zostawić drugiego na trasie. Biegną do końca razem. Potem dobiegamy do Dziewczyny, która tydzień wcześniej pobiegła Marzannę (półmaraton w Krakowie) na dwie godziny i dzieli się z nami refleksją, że jednak nie wypoczęła...

Reakcja na baloniki na tym etapie jest mocno wystękana i przerażona. Niekażdy jest w stanie z nami utrzymać tempo i część osób zostaje. Starszy Pan utrzymuje się do końca. Doganiamy Edytę, poznałyśmy się jeszcze w czasie rozgrzewki, gdy jej znajomy podpowiedział jej, aby pobiegła w naszej grupie. Jest zmęczona i ma dość... To jej debiut. Zostawiam Magdę ze Starszym Panem i namawiam dziewczynę, aby wykrzesała z siebie jeszcze trochę sił, bo skręcamy na stadion i zostało już niewiele do pokonania. Robi to bez przekonania... Razem wbiegamy na teren MOSiRu, razem wbiegamy na stadion.

21 km - plan: 2:14:25, czas na moim zegarku: 2:14:30

Dobiegamy do linii dwudziestego pierwszego kilometra, pokazuję Edycie, że zostało już tylko pół stadionu i minuta do czasu na 2:15. Zaczyna pięknie finiszować. Unosi wysoko kolana i biegniemy równym tempem. Konferansjer wyczytuje Edytę, a potem mnie i gratuluje nam dobiegnięcia na metę.


Sama nie wierzę, gdy po wbiegnięciu na matę pomiaru czasu widzę czas na swoim zegarku 2:14:57! Udało się!!!!!! ZADANIE WYKONANE! 

Po kilku łykach wody wracam na 21 kilometr, aby kibicować tym z naszej grupy, którzy zostali w tyle, a także czekać na Asię, aby pokonać z nią ostatnie metry Jej pierwszego półmaratonu.

W oczekiwaniu na biegaczy rozciągam się i... rozmyślam. Kurde! Czy Edyta przekroczyła linię startu przede mną czy po mnie? A jeśli moje złamane 2:15, to nie jest Jej 2:15... Zaczynam rozmyślać, czy zając nie powinien biec na czas brutto... Choć prze dużych imprezach, to byłoby trudne, bo można startować i 10-15 minut po elicie... 

Moje rozkminki uspokoiły się dopiero w poniedziałek, gdy sprawdziłam na liście wyników czas Edyty - 2:14:55. Ufff! Rola zająca jakkolwiek odpowiedzialna, bardzo przypadła mi do gustu. Mocne wybieganie z zadaniem w tle i mocnym aspektem towarzyskim mogłabym powtarzać częściej.

sobota, 19 października 2013

(pół)maraton kampinoski

8°C
Aktualnie: Bezchmurnie
Wiatr: płd. z szybkością 14 km/h
Wilgotność: 46%

Wstać się nie chciało bardzo! Kto to słyszał się zrywać przed siódmą, w sobotę! Szczęśliwie mam zwyczaj przygotowywania się do zawodów przed pójściem spać, więc nawet z zamkniętymi udało mi się ogarnąć do wyjścia. Wcześniej tylko jeszcze szybkie śniadanie: półbagietka z dżemem malinowym i kawa. Banan i woda zabrane jako prowiant na drogę.

Jazda wzdłuż Wisły w masakrycznej widoczności. Mgła jak mleko. Zapowiadane słońce o ósmej było zgoła nierealne... Zaraz za zjazdem z siódemki w Dziekanowie Leśnym zauważyłam rześko maszerującego młodzieńca z torbą. Oglądał się na jadące auta, więc przystanęłam i przygarnęłam kropka. Chłopak szedł na maraton. Dobry uczynek z rana jak śmietana!

Na miejscu w Kampinosie lekki cyrk z zaparkowaniem. Wizyta w biurze zawodów - odbiór numeru startowego, mapki trasy (poniżej), talonu żywieniowego i karty rabatowej na produkty Merrell (sponsora biegu). No i zimnica. A ja w spodniach 3/4! Nie miałam wątpliwości, że po 2-3 kilometrach będzie już mi ciepło, ale jak ja wytrzymam do startu?!
fot. maratonkampinoski.pl
Jako że przed zawodami życie towarzyskie toczy się w okolicach toalet, to tam spotkałam Piotra oraz dziewczyny, z którymi zamierzałam biec ich półmaratoński debiut - Zuzię z drużyny obozybiegowe.pl i Agatę. Okazało się przy okazji, że nie pobrałam mocnowanego do buta chipa. Po chwili zaopatrzona w obręcz z chipem, pozbyłam się kurtki i poszliśmy pobiegać. Na rozgrzewkę.


Półmaraton startował równo 30 minut po maratończykach. Wspólnie odliczyliśmy czas do startu i... poszły konie po leśnym dukcie! Pierwszy kilometr w sporym tłumie. W końcu peleton się uformował i spokojnie można było biec swoje.

Biegłyśmy we cztery, bo dołączyła do nas Kasia. Pierwszy kilometr jak zwykle na adrenalinie, potem stabilizowałam tempo. Udało się mi utrzymać narastającą prędkość do końca. Biegłam zupełnie treningowo, więc miałam czas na podziwianie widoków!


Przy punkcie kontrolnym nr 2, w najdalej wysuniętym punkcie trasy zostawiłyśmy Zuzię. Agata biegła do 15-16 kilometra z przodu, a Kasia noga w nogę do 18-19 ze mną, później została razem z Agatą.

Jesienny las powalał swym pięknem. Tuż po starcie, gdy pierwsze promienie słońca przebiły się przez chmury mokradła na ok. 3 kilometrze wyglądały mrocznie, zielono i tajemniczo. Później gdy słońce już na dobre operowało nad lasem, uaktywniło żółcie, brązy i czerwienie liści. Biegło się głównie po ścieżkach wysłanych liśćmi, czasem było ślisko, dlatego cieszyłam się, że przywdziałam Mizunki. W startówkach bym się ślizgała lub zapadała w piach lub błoto. Miejsc piaszczystych i błotnistych wiele nie było, ale las pokazywał całą swoją paletę opcji na podłoża. 


Największym zaskoczeniem trasy nie były wcale "kocie łby" w Palmirach, bo ktoś wspominał że będą, ale wydmy na dziewiątym kilometrze. Faliście było bardzo, więc tempo spadło nam na podbiegach do 6:50, ale szybko to odrobiłyśmy.

fot. silne-studio.pl

Bieganie w lasie ma to do siebie, że na trasie nie spotyka się kibiców. Cisza i spokój. W dwóch miejscach na zielonym szlaku mijaliśmy się z zuchami. Pierwsza grupka, myślę, że trzydziestoosobowa, profesjonalnie zachęcała do wysiłku, krzyczała "BRAWO" w podziale na głoski i przebijała piątki. Druga była tylko akustyczna, na nasz widok, ale też było miło.

W czasie całego biegu kontrolowałam tętno. Utrzymywało się przez cały czas między 170-177 uderzeń na minutę. Wzrosło do ponad 200 na finiszu, bo około 50 metrów przed metą, gdy wydawało mi się, że nikt nie biegnie za mną, a usłyszałam kroki i ciężki męski oddech. Przyspieszyłam wtedy i nie pozwoliłam się wyprzedzić przed matą z pomiarem czasu.

Medal za sobotę na medal dla maratończyków i (pół)maratończyków był taki sam. Chwilę po mnie na mecie zameldowały się szczęśliwe: Agata i Kasia, a po rozciąganiu spotkałam i Zuzię! Mój cel na dzisiejszy bieg to czas 2:15-2:17, cieszę się że nawet przy trudnej trasie udało mi się dotrzeć do mety w czasie: 2:14:41. Mogę być zającem.

fot. maratonkampinoski.pl

niedziela, 25 sierpnia 2013

na zachodzie bez zmian

21°C
Aktualnie: Bezchmurnie
Wiatr: płn. z szybkością 5 km/h
Wilgotność: 46%

Dotarcie na start III Półmaratonie Powiatu Warszawskiego Zachodniego im. Janusza Kusocińskiego w niedzielę rano nie było może trudne, bo ruch na ulicach i trasach wyjazdowych niewielki, ale i tak czasochłonne, bo mieszkam daleko. W drodze porozumiałam się z Ally, aby poinformować ją, że dziś biegnę dla Niej. Wzruszyłyśmy się przy tym obie. 

Od rana w Błoniu, skąd startowałam, inna organizacja ruchu. Mimo objazdów dotarcie na parking i do biura zawodów jest łatwe. Wszędzie na ulicy Lesznowolskiej tablice informacyjne, sporo wolontariuszy.

Plakat półmaratonu

Biuro zawodów zlokalizowane w budynku Ludowego Klubu Sportowego (dla mnie nowość zupełna, a twór abstrakcyjny). Obsługa to uczniowie. W pierwszej chwili zaskoczenie, w drugiej dochodzę do wniosku, że pomysł dobry. Dzieciaki mają dużo energii i entuzjazmu. Przypominają mi się znudzeni wydawacze pakietów i w Błoniu podoba mi się zdecydowanie to rozwiązanie.

Biuro zawodów w LKS
Najpierw dostaję numer z chipem i agrafki, a potem maszeruję obok po pakiet (koszulka, izotonik, torba depozytowa i garść ulotek w torbie Urzędu Gminy w Błoniu) do tego bon konsumpcyjny.

Biuro zawodów w LKS
Wracam na parking, mentalnie przenoszę się na trasę. Wcinam banana, poję specyfikiem z glikenem i tak mija czas do startu. Zanim rozgrzewka - toi toi. Kolejka niewielka. Szybko poszło i w długą. 

Podreptałam do startu, pokręciłam się wokół. Porozgrzewałam i znowu.... siku! Powrót do toi toi przy parkingu, bo przy starcie nie było żadnego... Jest 20 minut do startu a tam kolejka nad kolejki! No, ale co zrobić... Czekam. Toi toi cztery, chętnych sporo... Oceniam, że z 10 minut i będzie po wszystkim. Tymczasem organizatorzy chodzą ze szczekaczkami obwieszczając konieczność przejścia na start.  Udało mi się ogarnąć problem do za pięć. No i długa na start.

Tam akuratnie trwała rozgrzewka. Nie uczestniczyłam w niej, tylko się rozglądałam i... wypatrzyłam kolegę z obozu biegowego. Po przywitaniu załatwiliśmy biznesy (wymiana obozowych zdjęć, rzecz święta) i na znak startera ruszyliśmy ku mecie. Miło gawędziliśmy o tym i owym, patrzę na zegarek, a ja gnam tempem 5:50!!!

Strategię na bieg niby miałam taką, aby tym razem równo biec od startu do mety, ale nie tyle! Zaczęłam zwalniać. Drugi i trzeci kilometr cały czas 5:57, na czwartym dopiero zaczęłam schodzić poniżej 6. Czułam wówczas już że ja całości tak nie pociągnę. Równo, to ja bym mogła i biec, ale 6:20-6:30, a nie z piątką z przodu. Nawet jeśli słowo na niedzielę Kołcza było takie, aby w warunkach pogodowych poniżej 20 stopni ustawiać się na 2:05. Temperatura dopisała jednak, więc chciałam pobiec podobnie jak ostatnio.

Na chwilę między trzecim a czwartym kilometrem zostałam sama, poanalizowałam co ja dziś wskóram, a co nie i kolega wrócił, aby napoić mnie swoją wodą. "Pij, sucho jest", nie patrz na przepojki... Do tego pobawił mnie jeszcze swoim towarzystwem trochę, sfotografował mnie na trasie i pobiegł w siną dal.

Foto by Włodek

 Foto by Włodek

Szósty kilometr to był. Biegłam zatem dalej sama. Zwolniłam wydatnie i spokojnie rozglądałam się za towarzystwem do biegania. Samemu jednak nudno. Kandydatka pojawiła się niebawem. Doganiałam ją rytmicznie. Zrównałyśmy krok na długą chwilę, ale zaczęła zwalniać, więc znowu zostałam sama.

Przy ósmym kilometrze doścignął mnie pan, który przy pierwszym mijanym wspólnie za Wąsami kierunkowskazie, oznajmił, że w Uniechowie to on w czasie wojny mieszkał. Gadatliwy nie był, choć przedstawił się grzecznie. Spędziliśmy razem na trasie kolejne osiem kilometrów. Biegło się nam dobrze. Czasem ciągnął on, czasem ja. Po napojkach doganialiśmy się bez słów i dalej podążaliśmy wspólnie. Na 16 kilometrze uznał, że dla niego za szybko. Nawet nie wiem, kiedy a zaczęłam przyspieszać...


Jako że życie nie znosi pustki, zostałam dogoniona przez kolejnego jegomościa. Tym razem zdecydowanie młodszego. Biegliśmy razem bez słów, pociągaliśmy tylko nosami. W radzymińskim półmaratonie również brakowało mi chusteczki na trasie, że też nie pomyślałam o tym! Szczęście, że chlipaliśmy razem. Wydawało się, że nie ma w tym niestosowności...

W końcu dobiegliśmy do pierwszej na trasie agrafki. Pierwsza jej część w cieniu, a nawrotka w spiekocie słoneczka. Pozdrówki dla Run Jaro, run!, którego mijałam w przelocie w tym miejscu. Biegowy kumpel zaczął się lekko oddalać, więc zaczęłam go gonić. W końcu już 18 kilometr nastał, więc zostawać w tyle nie wypada... 

Na dwudziestym kilometrze, na zakręcie, stała trzyosobowa kobieca grupa kibiców. Z flagą. Dziewczynka kibicowała w skrytości ducha, jej mama gratulowała kobiecie na trasie i zapewniała, że już niedaleko, a najstarsza z nich na mój widok uznała "Ale pani zmęczona!" i że zawisło to tak niewygodnie dodała "... ale za to jaka zgrabna". Uśmiechnęłam się tylko i pomachałam do nich. Z tyłu jakaś biegaczka dodała tylko, że słonko mnie złapało.

Foto organizatora

Nie było to jednak ważne, bo za tym zakrętem zobaczyłam metę!!! Ucieszyłam się bardzo, ale przypomniałam sobie, że nie było drugiej agrafki. No i ciut zmarkotniałam. 

Scena w Borzęcinie Dużym

Dystans pokazywał, że to już końcówka, więc o co z tą dobiegówką chodzi... Kolejny zakręt przyniósł odpowiedź. Agraweczka była mała (góra 50-60 metrów), szybko ją obiegłam i do mety!!!

Foto z mety w Borzęcinie Dużym
Czas oficjalny 02:11:41 (czyli 7 sekund lepszy od radzymińskiego). Na mecie miałam już dość. Chciałam odpocząć.

Trasa płaska, malowniczo wiodła między polami głównie, ale mnie zmęczyła bardzo. Od czasu do czasu wbiegaliśmy do miejscowości, w zabudowania. Im bliżej południa, to słońce wychodziło spoza chmur coraz śmielej i miejscami przypiekało. Cienia jak na lekarstwo. Nie to jednak było najgorsze. Wiał wiatr! W twarz. Od siódmego do osiemnastego kilometra dawał się we znaki...


Po otrzymaniu medalu oraz skosztowaniu żurku (posiłek regeneracyjny) marzyłam tylko o przebraniu... Łydki i kostki zaczęły mnie pobolewać później. Rozciąganie pomogło tylko tym pierwszym. Wieczór spędziłam z nogami na poduszce.


Lokaty: 
open: 477/538
K30: 19/30
K open: 46/68
W połowie trasy czas: 1:02:48 i lokata 504/538.



czwartek, 15 sierpnia 2013

Półmaraton Uliczny CUD NAD WISŁĄ


24°C
Aktualnie: Bezchmurnie
Wilgotność: 0%

W biurze zawodów pod szkołą w Ossowie zameldowałam się ok. 7:30. Wstałam o szóstej, więc jak sprawdzano moją tożsamość bardzo przydał się dowód osobisty. To nie są moje pory dnia do funkcjonowania. W tygodniu poprzedzającym start wstawałam rano-rano, aby się przestawić na inny tryb choć trochę...

















Kolejka po numer z chipem i agrafkami jeszcze żadna, ale kwadrans później już trzeba było odczekać swoje. A ja miałam mnóstwo czasu (start o 9:00) na podziwianie ekspozycji taktycznej walk z 1920 roku...


... a także podziwianie grup rekonstrukcyjnych, przygotowujących się do występów. W tle grała orkiestra z Węgier. Magiczna atmosfera z boiska w Ossowie wprowadziła mnie w patriotyczny nastrój.


Między biegaczami i żołnierzami w historycznych mundurach przewijała się ekipa "Kawy czy herbaty", ale nosa do celebrytów to Państwo to nie mają. Nikt nie chciał wywiadu z radosną biegaczką. Ich strata...

Po kilku wizytach w szkolnej toalecie (siusiam na potęgę, gdy się stresuję), wielu rozmowach z biagaczami spotkanymi gdzieś wcześniej, przyszła pora na rozgrzeweczkę. Do samego startu występowałam w twarzowym żółto-zielonym sweterku, bo mimo słońca było dość rześko. Został on na przystanku w Ossowie, bo i taki był na niego plan (mam w domu stosik sweterków na zimne przed-startowe poranki).

W końcu nastąpiła godzina zero. Pierwszy strzał startera dla wózków, kolejny minutę po dla biegaczy. Poszły zatem konie po betonie. Powerbomba dumnie prężyła się w kobiecym schowku podtrzymywana na pasku od tętnomierza. Żelik łyknęłam jeszcze przed biegiem.

Wystartowałam jako jedna z ostatnich. Tempo zegarek mierzył średnie per 5 kilometrów. Pierwszy wystrzeliłam z katapulty na 6:08, wiedziałam, że pora na zwolnienie. Co ja zrobię, że adrenalinka ciągnęła do przodu, biegło się dobrze i wszyscy uciekali... Do piątki udało się zejść na 06:15-6:24 na kilometr (nie pamiętam ile pokazywał zegarek na trasie). Podczepiłam się pod grupkę dziewczyn 100-krotek. One się pilnowały, aby wolniej a nie szybciej, więc uznałam że tędy droga.



Minęła Leśniakowizna, wpadliśmy do Majdanu - a tam agrafka. Psychicznie ciężko mi ją się znosiło, bo tłumy biegaczy już wracały a ja ciągle nie widziałam nawrotki. Były momenty na pozdrowienia, przebijanie piątki.

Na 6,5 kilometrze w końcu zwrot. A wody jak nie widać, tak nie widać. Minęłam 100-krotki i mając przewagę nad tymi, co biegli do agrafki - radośnie wracałam. Z Cięciwy do Majdanu. Na tym etapie dogoniła mnie Małgosia, jedna ze 100-krotek. Zaczęłyśmy biec razem, rozmawiając o startach, treningach, wyczekując wody.

Za rondem w Majdanie pierwszy wodopój i gąbki. Na ulicy w drugą stronę mega korek, biegniemy w spalinkach, ale to jeszcze nic bo w pewnym momencie zaczyna się ruch w naszą stronę. Wymijanie, biegaczy lub jazda za. Fuj! Na szczęście, ruch się rozładował i tylko pojedyncze samochody się pojawiają.

Trasa biegnie przez miejscowości, dużo zabudowań, choć często lasy. Sporo drzew po bokach, jest cień. W słońcu coraz cieplej. Wiatru mało. Aby do Wołomina. Tam będzie dyszka. Ciekawe co z przejazdem. Zamkną czy nie zamkną... Biegniemy, wspominamy starty. Zaczynamy wyprzedzać!!! Pierwsze moje takie doświadczenie, że na luziku, że bez spinki i TAK wcześnie.



Kibiców sporo. Najczęściej przy rondach lub przed bramami. Rodzinne kibicowanie. Czasem pod sklepowe lub przy przejściach dla pieszych. Jedna z pań bijąca brawo podkreśliła, że dziś kibicuje kobietom. Miłe to. Biegniemy. Dziękujemy za brawa, odmachujemy.

Tempo wzrasta (między 6:09 a 6:14), ale delikatnie. Jesteśmy w Wołominie. Biegnę bez spinki, ale przy 10 kilometrze przychodzi pora na PowerBombę. Wypiłam, teraz szukanie kosza na ampułkę. No i oczekiwanie na wodopój. Dychę zrobiłam w tempie Orlenu. Czas gorszy raptem o 2 sekundy od tego z kwietnia.

Przejazd kolejowy już widać. Biegniemy oczekując co się zdarzy... Sto metrów przed uznałyśmy zgodnie, że teraz to nas nic nie zatrzyma! Jednak pociągu ani widać ani słychać!

Pojawia się wiatr. W twarz. Niby przyjemnie owiewa, ale mocniejsze podmuchy nie są przyjemne. Jesteśmy obie mokre i robi się zimno...

Nastał trzeci wodopój, a my zdecydowanie łykamy kolejnych zawodników. Dwóch mężczyzn, których zdążyłyśmy wyprzedzić przed przepojką, ruszyło wcześniej po piciu oznajmiło nam "Teraz to my Was wyprzedzamy!", widać że nie jest to dla nich komfortowe, że laski są szybsze. Gdy znowu ich wyprzedzamy za jakiś czas, dostajemy informację o zmianach w regulaminie o nie wyprzedzaniu. Odcięłam się, że nie doczytali tych zmian, bo chodziło o wyprzedzanie kobiet i pognałyśmy z uśmiechem do przodu.

Do 15 kilometra tempo 06:04-06:14. W Czarnej przy rondzie dziewczyna ze stoiskiem z wodą. Fajna inicjatywa. Dziękujemy. Pijemy. Biegniemy dalej. Co jakiś czas podjeżdża do nas support Małgosi na rowerze. Podaje jej wodę, banana. Chwilę z nami rozmawia. Potem jedzie do 100-krotek, które zostały w tyle stawki.

Małgosia wspomina, że jak mam siłę, to żebym biegła, a ona mnie gonić będzie. Nie mam chyba tyle poweru żeby zostawić ją w tyle, poza tym... Biegnie się nam dobrze. Szybko przebiegamy przez Helenów i Nowy Janków. Wbiegamy do Ciemnego. Tu kolejna przepojka i oczekujący na mnie kibice. Sama myśl, że ktoś na trasie będzie kibicował unosi mnie nad trasą.

Biorę wodę, widzę że przed zakrętem stoi spora rodzinna grupka. Słyszę "59 bierze wodę", no i się zaczęło "Reno!", "Dajesz", "Super!", "Jeszcze dwa kilometry.". Brawa i wiwaty. Rzucam w nich gąbką i do mety. Małgosia została w tyle, ale dogoniła mnie. 19 kilometr za nami.

W oddali widać wiadukt. Będzie podbieg. Biegniemy bliżej 6:02, jak 6:08 z planu. No ale dajemy radę. Pod górę było ciężko, w dół już lepiej. A mi się chce siku! Przecież nie zejdę z trasy. Nie na 20 kilometrze! Po drodze sporo biegaczy schodziło na bok... a mnie jest szkoda życiówki! Dam radę. Muszę!

Ostatnie krzaki nadające się do skorzystania, mijamy przy Mazurze Radzymin. Jednak nie chce z nich skorzystać biegnę. Lecimy już 5:55. Wiem, że to kibice i adrenalinka mi podskoczyła, jest coraz ciężej. Małgosia to widzi i mówi "Chodź! Nie zwalniaj. Pociągnę Cię, jak Ty ciągnęłaś mnie wcześniej." No i człapałam za nią. Zmęczona, ale na widok mety chciałam dać z siebie wszystko, co jeszcze mogłam. Tętno mi skakało, ale ja patrzyłam tylko na czas.




Przed metą Małgosia lekko wyrwała, a między nas wbiegło dwóch zawodników. Ostatkiem sił utrzymywałam tempo ostatnich metrów. Aż usłyszałam "Dajesz, Renata!", to zaprzyjaźniony kibic z Radości. No i tak, na ostatnich metrach znowu motywacja wzrosła...

Foto organizatora z mety
Oficjalny czas 02:11:48! Życiówka z lutego poprawiona o 10,5 minuty! W końcu! Stoper nie wyłączył się od razu albo później załączył znowu, stąd to 2:17 poniżej...


Na mecie uściski i całusy z Małgosią, chwila odsapki i do toi toi. Wpadłam do kabiny przed facetem w kolejce, za co go po wyjściu przeprosiłam, ale to były ostatnie sekundy mojej wytrzymałości. Teraz mogłam spokojnie udać się po medal i wodę. Wodę pobierało się samemu, nowa moda czy jak? Medal zakładała na szyję blondyna. Potem jeszcze do OSP po pakiet (koszulka, piwo, talon na zupę, mała woda w okolicznościowej torbie) i byłam wolna....


Trzeci półmaraton za mną! Yupiii! Do tego udało mi się spowalniać się na początku by później przyspieszać! Nowe doświadczenie. Budujące!

Byłam 342 na mecie (biegły 654 osoby). Po 6,5 km wyprzedziłam aż 46 osób!!! Wśród kobiet mam 44 (na 65) lokatę, a w swojej kategorii wiekowej jestem 20 (na 28 kobiet). Średnie tempo wyszło 6:13. Miodzio.