Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plan do maratonu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plan do maratonu. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 października 2016

miał być trzeci maraton czyli relacja z tygodni przygotowczych

Nie będzie krótko, bo zamierzam podobnie jak przed maratońskim debiutem podzielić się szczegółowo tym, jak okres przygotowawczy przebiegał. W zasadzie potrzebne jest to głównie dla mnie, aby śledzić postępy i wyciągać z nich odpowiednie wnioski. O tym, jak wyglądały tygodnie przez maratonem w Toruniu w 2013 roku można poczytać w relacji, która jest pod linkiem TU, a o samym uśmiechniętym maratonie TU. O biegowych zmaganiach przed Maratonem Kampinoskim w 2016 roku, który w połowie września jednak odpuściłam, poniżej.

15 tygodni do startu
Jestem po urlopie, bardziej wyleżana niż wybiegana. Powrót do aktywności zaczynam startem w biegu na orientację pod Wyszkowem, gdzie marszobiegiem przemierzam trasę od punktu do punktu. Zajmuje mi to ponad trzy godziny. Dzień po decyduję się na krótki rower, ale zamknięty mostek na Jeziorce wydłuża czas i dystans. Jestem po zbyt aktywnym weekendzie padnięta. 
Podsumowanie tygodnia: 16,5 km biegania, 38,5 km na rowerze.

14 tygodni do startu
Najbliższe dwa tygodnie to czas, gdy nie mam auta, zatem przesiadam się na rower. Przejazd dwa razy w tygodniu na Ursynów załatwia sporą dawkę pracy dla nóg. Nie jestem jeszcze przyzwyczajona do takich obciążeń. Po powrocie drzemkuję, choć rzadko potrzebuję tego w ciągu dnia.

Dni rowerowe (wtorek i czwartek) przeplatam bieganiem. W środę załatwianie sprawunków biegiem i tętno, jakie potrafię mieć w czasie półmaratonu! Dobrze nie jest... W piątek test w terenie, na wydmie w Falenicy. Staram sie przebiec okrążenie, wiem, że jak to się uda, to zaplanowany na za tydzień start w Złotym Półmaratonie w Lądku będzie miał sens. Udaje się dwukrotnie obiec wydmę, więc z uśmiechem od ucha do ucha wracam tam jeszcze w niedzielę i robię wybieganie, pokonując trasę czterokrotnie.
Podsumowanie tygodnia: 31,5 km biegania, 95 km na rowerze.

13 tygodni do startu
Dni poprzedzające wyjazd do Lądka, nijak nie pozwalają pobiegać. Udaje się za to rowerować, poćwiczyć z trx'em i to na półmaraton musi wystarczyć...

Złoty Półmaraton przebiegam w 3:03:04 (tu relacja), choć ustalam jeszcze przed startem sama ze sobą, że każdy czas przy przewyższeniu 1000 metrów poniżej 3,5 godziny będzie dobry. Tętno utrzymuję między 172-186 uderzeń na minutę i w zasadzie tylko na stromych podejściach idę.

Nie ma to, jak zaprzyjaźnieni kibice na mecie. Dzięki, Wero!
Forma wyjściowa do maratonu nie jest katastroficzna, ale aby zrobić życiówkę jest nad czym pracować.

Dzień po starcie w Lądku wycieczka na Trojak. Pewnie gwarancja tego, że zakwasy pojawią się dopiero po powrocie do domu.
Podsumowanie tygodnia: 25 km biegania (w tym start w zawodach 20,5 km), 30 minut z trx oraz 56,2 km na rowerze.

12 tygodni do startu
Ostatni tydzień lipca przebiega pod hasłem REGENERACJA, jednak nie jest to leniuchowanie, ale aktywne spędzanie czasu. Bolą jeszcze czwórki po górskiej połówce w Lądku, pomaga im rozbieganie we wtorek. W środę w planie była siła biegowa (skipy i wieloskoki), ale organizm wybrał drzemkę i się temu poddałam. W czwartek i niedzielę cross, a w sobotę sprawdzian na płaskiej piątce w ramach Parkrun w Parku Skaryszewskim. Szaleństwa nie ma. Czas z mety: 28:40.

Rozmyślając o swoich planach startowych, zupełnie przypadkiem wchodzę na stronę organizatora i... na liście startowej z przerażeniem widzę tylko 12 miejsc na maraton! Nie ma innej opcji, jak zapisać się i opłacić. Natentychmiast! Spekulowanie, że jeszcze zobaczę jak będą przebiegać przygotowania i zdążę z wpisem na listę niniejszym się skończyły. Dostałam przydziałowy numer: 82.

Sobotnie wypadki ułatwiają wybór miejsca na wybieganie, na które wyznaczam część trasy maratonu w Kampinosie. Nic to, że zapominam zegarka treningowego, oswajanie z lasem rozpoczęte. Start w Palmirach, potem czerwonym szlakiem w kierunku Karczmiska i Wierszy, gdzie skręcałam do Zaborowa żółtym i dalej do Karczmiska szlakiem zielonym. Wyszło 14 km. Obiegałam trasę od PK2 do PK3/5 i do PK6, czyli odcinki od 9 km do 16,5 km oraz od 27 do 34 km maratonu.

Trasa maratonu, schemat ze strony organizatora zawodów

Wrażenie, że to nie będzie płaski maraton wrażeniem już nie jest. To fakt. Pomijając Ćwiekową Górę (wzniesienie tuż przy cmentarzu w Palmirach), która jest spora sama w sobie, w kilku miejscach na czerwonym szlaku są podbiegi, to samo zresztą na żółtym. Zielony szlak był najbardziej łaskawy, ale płasko też tam nie jest. Obawiam się, że na pozostałej części trasy jest podobnie.

fot. Elżbieta Bakusia

Podsumowanie tygodnia: 38 km biegania (w tym start w zawodach 5 km), zero roweru.
Do maratonu 76 dni.

11 tygodni do startu
Rytm treningowy złapany, widzę to nie tylko po ilości prania, ale również apetycie i chęci do spania.
Lipiec przepracowany dobrze, po aktywnościach widać cezurę urlopową. W sierpniu budujemy bazę.

Lipiec: 88 km przebiegnięte i 191,5 km przejechane na rowerze
Mimo gorącego okresu w pracy i domu, biegam przynajmniej trzy razy w tygodniu, a do tego dokładam ogólnorozwojówkę. Treningi skonsultowała mi Patrycja z Życia na przełaj.

W tym tygodniu za mną dwuminutówki i ciąg czterokilometrowy oraz wybieganie w lesie w średnim tempie 6:46 min/km. Założyłam sobie, aby ostatnie półgodziny biec raźnie i się udało!

Sobota w południe, a las tylko dla mnie!
Podsumowanie tygodnia: 32 km biegania, jedna ogólnorozwojówka, zero roweru.
Do maratonu 69 dni.

10 tygodni do startu
Nadszedł tydzień lenia, może nawet nie lenia, ale działo się i biegania wyszło mniej i nie tak jak miało być... W poniedziałek wyszłam biegać dwuminutówki zaraz po obiedzie, zatem zielona i bliska wyrzygu wróciłam do domu po piątce. W środę skorzystałam zaproszenia na I Bieg Kanałem Żeranskim i treningowo zrobiłam dyszkę w 59:41. Reszty kilometrażu dobiegałam w ramach wybiegania.

Podsumowanie tygodnia: 30 km biegania, jeden terning ogólnorozwojowy, zero roweru.
Do maratonu 62 dni.

9 tygodni do startu
Tydzień z rodzaju trudnych. Niby biegałam, ale bolał gruszkowaty. Na spięcia (moim zdaniem) bardziej pomogła ogólnorozwojówka niż rozciąganie. Nabyłam piłeczkę do ping-ponga i roluję sobie stopy. Strzałem w dzisiątkę było też zabranie ze sklepu do domu taśmy, bo rozciąga dwójki i łydki jak trzeba. Bolączki mięśniowe to rezultat kilometrażu, aby się nie pogorszyło, bo niedzielne wybieganie bardzo przyzwoite i po też bez spięć.

Treningowo biegałam ciąg (piątkę po 6:01 min/km) oraz czterysetki, kóre wyszły od 2'16" do 2'00". Wybieganie po trasie Blankenese Heldenlauf (mimo, że trudne, bo pod górę) szło. Kryzys był w okolicach 6-7 kilometra, ale to raczej z nudów niż z niemocy. Wybiegania wolę biegać w towarzystwie, zdecydowanie.
Suunto pokazuje mi wzrost wydolności tlenowej w ciągu dwóch tygodni od 36 do 40.
Podsumowanie tygodnia: 36 km biegania, jeden trening ogólnorozwojowy, zero roweru.
Do maratonu 55 dni.

8 tygodni do startu
Żarty się chyba skończyły, bo po zabawie biegowej w poniedziałek, przyszedł moment na "szarpnięcie". No, nie powiem, bo w środę trening kończyłam marszem, a ostatni kilometr się nie kończył. Miałam dość, chciałam do domu, zastanawiałam się po co mi to... W czwartek noga na lekkim rozruchu podawała i samopoczucie po bieganiu było mega. Taki biegowy standard.

Miłe złego początki, bo jak dostałam do piecyka na treningowym półmaratonie crossowym, to można poczytać sobie tutaj. Chęć do zbliżenia się do tempa maratońskiego spęzła na niczym, średnie tempo 6:30 min/km, a w zamyśle było chociaż po 6:15-6:10 polecieć... Pewnie winna temu pogoda, tak czy inaczej wiem, jak jest i pracy sporo przede mną. Oglądam magiczne tabele Danielsa, o których w pigułce można poczytać na Arek biega, Blog tu. Z wartości VDOT 33 chciałabym wskoczyć w październiku na poziom 35... Niby na płaskim maratonie mam życiówkę już teraz... ale trasa w Kampinosie płaska nie jest, trzeba mieć zapas... Dobrze wróży, że tempówki i interwały biegam we wskazanych tempach, jeszcze tylko wytrzymałości złapać... Dobra, mniej myśleć, więcej biegać!
Podsumowanie tygodnia: 51 km biegania, jedna ogólnorozwojówka, zero roweru.
Do maratonu 48 dni.

7 tygodni do startu
Tydzień REGENERACJI głównie. Półmaraton dał popalić i ciału i psyche.
Dwa treningi godne uwagi - bieg progresywny, bo nie sądziłam, że będę w stanie przyspieszać, oraz zakładka, tj. rower (45 min z testem na 5 km), a zaraz potem bieganie (30 minut), które wyszło mocno, bo w tempie 5:50 min/km. Zadowolonam, że po rowerze noga się kręciła. To dobry znak przed duathlonem. Słabo wyszedł test rowerowy. 5 kilometrów 20 lipca pojechałam w 10'28", a dziś w 10'56". Wiało, to fakt... no i cały miesiąc nie jeździłam, to też fakt.
Podsumowanie tygodnia: 33 km biegania, dwa treningi ogólnorozwojowe, 16,5 km rowerem.
Do maratonu 41 dni.

6 tygodni do startu
Tydzień rozpoczęty wyciaczką rowerową - 57 km, w piątek kolejne 18 km, ale z szybkimi piątkami. Biegowo powtórzony bieg progresywny, było BNO na Gocławiu i wybieganie. Zauważam, że wybiegania zaczynam robić poniżej 7 min/km. To cieszy.
Podsumowanie tygodnia: 28 km biegania, 75 km na rowerze.
Do maratonu 34 dni.

5 tygodni do startu
Jestem w gazie. W poniedziałek sala, we wtorek trzy crossowe pętle w Łazienkach, w środę rower dwa razy po 23 km, w czwartek krótki, ale szybki trenig, bo trzysetki, a w piątek wybieganie. W niedzielę start w duathlonie w Makowie Mazowieckim. Wyniki bez poprawy. Kolejny, półmaraton w Hamburgu nie pokazał progresu treningowego również. Zaczynam rozmyślać, czy postawiony cel maratoński jest realny...
Podsumowanie tygodnia: 45 km biegania, jeden trening ogólnorozwojowy, jedna wizyta u fizjo, 68 km na rowerze.
Do maratonu 27 dni.

4 tygodnie do startu
Tydzień poprzedzający start w Półmaratonie Noteckim. Biegania było sporo - najpierw Łazienki ciemną nocą, to w ramach siły, potem było luźne bieganie z Avą, a na dwa dni przed startem 8km i seteczki.
Puszcza Notecka zachwyciła mnie swoim urokiem, jednak wynik oscylujący wokół hamburskiego (oficjalny czas 2:17) nie zadowolił mnie wcale. Jak na możliwości i tętno, to ruszałam się jak mucha w smole.


Podsumowanie tygodnia: 47 km biegania, jeden trening ogólnorozwojowy, zero roweru.
Do maratonu 20 dni.

3 tygodnie do startu, który nie nastąpi
Odpowiedź na moje "dziwne" dyspozycje ostatnich tygodni dały badania kontrolne krwi. Brak witaminy B12 powodował zmęczenie, osłabienie i mega pocenie. Przestałam się wysypiać, mimo że spałam długo. Zwalałam to na karb treningów, a także gorącego wrześniowego lata, a to pokłosie rezygnacji z mięsa, które we wrześniu początkowo odstawiłam (dziewięć dni jaglanego detosku bez mięsa, glutenu i nabiału), a potem nie miałam apetytu na włączenie go do codziennego jedzenia. Przestało mi ono smakować. Wyniki poleciały, a suplementacja zanim zadziała, to chwilę potrwa.

Decyzja o zmianie dystansu, choć tliła się już kilka tygodni, została przypieczętowana. Biegnięcie 42 kilometrów w tym stanie to nie jest dobry pomysł. Nawet gdyby wyniki polepszyły się do 15. października, to moje obecne osiągi maratońskie dałyby rezultat w postaci blisko pięciogodzinnego dreptania po lesie. Tego chcę zarówno ciału, jak i psyche oszczędzić.

O tym, że w tym roku wszystkie moje biegowe plany spełzają na niczym będzie w podsumowaniu sezonu. W zasadzie mogę już się za nie brać. Nie planuję już startów w tym roku, co nie oznacza, że biegać nie będę. Koniec z ambicjami, chcę mieć z biegania radość.

czwartek, 10 kwietnia 2014

jak to było przed drugim maratonem

Łatwo nie było. Rok zaczęłam z kontuzją pasma i w zasadzie zakazem biegania od ortopedy. Szczęśliwie, fizjoterapeutka była dla mnie mniej pesymistyczna biegowo. Nakazała rozciąganie i zestaw ćwiczeń, a także zachęciła do truchtania. Udało mi się wybiegać w styczniu tylko 16 km, ale poświęciłam dużo czasu i uwagi na wzmocnienie siłowe. Pod koniec miesiąca dokonałam zmian w mojej biegowej filozofii (mniej startów), plany zostały bez zmian. Szczegóły tu: kliku-kliku.

Przygotowania maratońskie rozpoczęły się w lutym, bo wróciłam do normalnych treningów z początkiem tego miesiąca. Obóz biegowy odwołałam, bo zbyt mocnym akcentem się mógł okazać na etapie, na którym po styczniu byłam. Jednak pod koniec lutego wyjechałam indywidualnie w Gorce, aby górskiego biegania zakosztować. W tym miesiącu udało się zrobić 157 km. Nadal często chodziłam na cross-fity. Podsumowanie miesiąca kliku-kliku.

Marzec zaskoczyłam z 180 kilometrami. Działo się sporo. Przyszły życiówki, ale i zapalenie oskrzeli z kilkudniową pauzą w bieganiu. Półmaraton Warszawski ukończony z wynikiem 02:04:30, mimo zakusów na brak dwójki z przodu. Ewidentnie nie do zrobienia przy 56 minutach na dychę. Cele maratońskie urealnione pod te czasy. Więcej kliku-kliku.

W kwietniu pierwszy tydzień z 36 kilometrami, kolejny już tylko z jedenastoma zamykam. Ostatni raz biegałam w środę, teraz przede mną podróż do Holandii. Jutro (w piątek) chciałabym chwilę potruchtać po Rotterdamie. Jest też opcja, że postawię na spacery, aby się "stęsknić" za bieganiem do niedzielnego startu... Zdecyduję na miejscu.

Mało miałam czasu na wizualizacje trasy, ale chwilę na relacje innych z maratonu w Rotterdamie znalazłam. Google podpowiedział mi te napisane przez Ania biega, Piotra Falkowskiego (pamiętam naszą rozmowę przed jego wylotem rok temu, wówczas maratony były dla mnie jak kosmos) i Mariusza Giżyńskiego, którego znam z organizowanych przez niego zawodów Warsaw Track Cup. Znalazłam jeszcze "obcego" bloga biegowego z relacją, aż na koniec okazało się, że Roberta też kojarzę... Świat biegowy jest jednak mały... Tak czy inaczej po lekturze złapałam ducha imprezy, przekonałam się, że szaleńczych podbiegów brak. Choć zmierzyć się trzeba z mostami, tunelami i... i wiatrem na ok. 31 km, który zaskakuje po wybiegnięciu z lasku Kralingse.

fot. marathonrotterdam.org
Trudno mi podsumować przygotowania do ABN AMRO Marathon Rotterdam. Biegałam sporo, nie zapominając o treningu siłowym i rozciąganiu. Podobnie jak przed pierwszym maratonem miałam poczucie, że treningowo dzieje się dużo. Zaskakuje mnie brak obaw, oczekiwań... Myśląc o niedzieli mam w głowie pustkę i zapamiętane tempa na kolejne czternastki. Jadę z ogromną ciekawością wzięcia udziału w dużej imprezie. Tyle.

niedziela, 30 marca 2014

marcowe treningi

I tydzień
Po powrocie z osobistego obozu biegowego z Gorców (marcowe relacje ze Starych Wierchów i Boru na czerwonem) we wtorek na treningu klubowym podbiegi. Moje łydki strajkowały, co manifestowały bólem, gdy tylko było pod górę. Mimo to udało się wybiegać zabawę biegową po 5-7-10-7-5 minut na pętli 1,3 km (podbieg schodami przy Trasie Łazienkowskiej i zbieg Agrykolą).

W środę wróciłam do pompek. Udało się wypompować w sześciu seriach 110, a już w piątek było ich 141. 

Czwartkowy trening szybkości był lekki, ze względu na planowany start w Grand Prix Warszawy w sobotę. Po Parku Ujazdowskim biegaliśmy minutówki, podłączyłam się pod mocniejszą klubową koleżankę i zrobiłam te tempówki mocno, aby w sobotę w Kabatach poprawić o dwie minuty czas trasy. Biegłam ciągle poniżej 6 min/km!

II tydzień
Wtorek - Agrykola. Kolejno: rozgrzewka/rozciąganie/cd. rozgrzewka/podbiegi/ 5 x 1,2 km w tempie 5:12-5:19 (yes, yes, yes!!!!) i schłodzenie. Wykres tętna idzie w parze z tempem, jestem zatem zadowolona.


Już we wtorek kaszlę mocno, pojawił się też katar i osłabienie. Udało mi się wystartować w biegu na orientację na Ursynowie Północnym. Rezygnuję jednak z czwartkowego treningu klubowego. Czuję, że potrzebuję odpoczynku. W piątek też nie biegam, ale pompuję i brzuszkuję, choć tych ostatnich to ja bardzo nie lubię.

W sobotę ostatni bieg z tegorocznego cyklu Zimowych Górskich Biegów w Falenicy. O pół minuty poprawiłam czas trasy na 6,6 km, a później odbieram medal. W oczekiwaniu na puchar klubowy (II miejsce drużynowo) moknę i marznę. Infekcja trwa...


Niedzielę rozpoczynam rozruchem z Babskim Klubem Biegowym "Gazele i Pumy". Wspólne 8 kilometrów po lesie w świetnym towarzystwie. Czuję osłabienie, utrzymuję interwałowo tempo 5:30 min/km, ale męczę się okrutnie i pocę jak norka.

Z dumą oglądam statystyki marca. Połowa miesiąca, a ja mam nabiegane już 100 kilometrów. Po Gorcach utrzymuję tygodniowe trzydzieści kilka. W pierwszym tygodniu marca było to zabieg specjalny - na odpoczynek, a w tym tygodniu przez przeziębienie zwyczajnie więcej już nie dałam rady wybiegać.

III tydzień
Tydzień rozpoczęty wizytą lekarską. Diagnoza: zapalenie oskrzeli. To już wiadomo czemu, ja tak się męczyłam przy bieganiu... Przerwa w treningach do czwartku.

Się wyszłam sprawdzić (w czwartek właśnie), jak to po chorobie ze mną jest. Miało być lajtowo, bo w sobotę start, więc wymyśliłam sobie "zabawę maratońską" - utrzymać po dwa kilometry tempo, jakie ma być w Rotterdamie (kolejno 6:16, 6:08, 6:02 i 5:54) i potem sześć dwusetek jako akcent na koniec. Dwusetki wyszły od 3:50-4:17, były na krótkim odpoczynku. Nie jest ze mną źle.


Sobotnie GPW w Kabatach skończone z czasem 56:53, czyli ciut gorzej niż dwa tygodnie temu (było 56:24). Analizuję, co wskóram z takim czasem na dychę w połówce za tydzień w Warszawie. Ciężko będzie złamać dwie godziny... Mam etap "nie dam rady", "to niewykonalne". Beznadzieja...

IV tydzień
Może nie jest kolorowo, ale biegać trzeba. Teoretycznie miałam wyjść potruchtać przed południem, aby się zregenerować na wtorkowy trening, ale... ja nie potrafię wychodzić na trening jak jest widno. Ciężko mi było się zmobilizować nawet o 17:00 do wyjścia... Wybieganie skróciłam, bo ITBS (pasmo) się odezwało. Po powrocie sporo rozciągania i jestem dobrej myśli.



Wtorkowy klubbing na Agrykoli. Miał być lajt, bo półmaraton blisko, a tymczasem ciągnęłam jedenaście kilometrów w tempie narastającym (trening właściwy od 5:52 do 5:30). Czułam, że będzie jakiś puchar od Endomondo, a dostałam aż cztery! Zaczynam wierzyć, że utrzymam tempo półmaratońskie na poziomie 5:41. Lepiej mi!


Aha! Przebiegłam już 150 km.

W środę dorzuciłam do puli 7,5 km w damskim towarzystwie Babskiego Klubu Biegowego "Gazele i Pumy". W ciągu dnia, gdy pojechałam po zapas odżywkowy na półmaraton i maraton, dorwał mnie w sklepie Trener (dzień wcześniej poskarżyłam się, że pasmo ma czkawkę i zdarza mu się wracać) i chodziłam po macie (mądrze nazywając co mnie spotkało: wykonano mi badanie posturograficznego przy pomocy platformy podometrycznej Footwork PRO, ufff zapamiętałam). Na widok moich usłyszałam tylko: "takiego przypadku nawet na szkoleniu nie było". Wyszło, że przetaczam bardzo szybko lewą stopę, a co się w niej dzieje pod kątem środka ciężkości, to jest majstersztyk. Prawa jest bardziej obciążana i nic dziwnego, że się odzywa bólem pasma... Jutro idę do magika-fizjoterapeuty. Trzeba stwierdzić, gdziem zblokowana.

Czwartek. Odczułam ciąg treningowy. Wpakowałam do auta torbę z rzeczami na trening, jadę i myślę... Biegałam w poniedziałek, we wtorek, wczoraj... To już wyjaśnia, czemu bolą mnie nogi. Czas odpocząć. Zupełnie mi się rozjechały dni tygodnia, a że biega mi się dobrze, to z przyzwyczajenia uznałam, że warto pobiegać...

Po wizycie u Fizjo mam wrażenie, że nic właściwie nie wymyślił w temacie moich stóp i kroków. Wiązadła w porządku, rzepki ciut lecą do środka (ale mam wkładki), lewa strona mniej rozciągnięta, a obciążanie stóp - taki nawyk. Mam wyciągać krok i uczyć się inaczej wybijać z lewej. Masował mi pasmo w prawym udzie i pośladku (bolało jak nie wiem!), otapował mnie i życzył powodzenia w półmaratonie. Jak docinał paski na udo, poprosiłam, aby były takie w sam raz na łamanie dwóch godzin.

W piątek postawiłam na rower. 20 km z Warszawską Masą Krytyczną. Totalny lajcik. Bolą mnie nadgarstki od hamowania. Relacja wkrótce.

Pakiet na PZU Półmaraton Warszawski już w domu. Robi wrażenie Biuro Zawodów i EXPO.



Sobotni, przedstartowy labing. Przeszlo mi przez mysl, aby przy tak sprzyjajacej pogodzie umyc okna, ale wybilam sobie to z glowy. Skutecznie.

Miałam dwa sny. Pierwszy - zapomnialam ubrań biegowych i SKMka pojechala, a ja zostalam... Drugi - ktoś zabrał mi buta w przepojce (w jakimś domu, więc zdejmowali wszyscy z kulturą). Zostawił swojego, ale miałam dwa prawe. To bylo w połowie i miałam szansę na życiówkę. Znowu zostałam z poczuciem rezygnacji i złosci, tyle ze na trasie, a zające z balonikami pobiegły dalej... Emocje, emocje, emocje. Podświadomość szaleje!

Niedziela. Start. Oficjalny czas: 02:04:30 w półmaratonie. Zakasałam rękawy na pozbycie się dwójki z przodu, ale wiem, że dałam z siebie wszystko. Czas z ostatniej dychy nie kłamał, ambicję należało schować do kieszeni. Poprawiłam wszystko, co mogłam. Czułam moc!


Kończę marzec z 180 km w nogach. Urealniam plany maratońskie. To jeszcze nie czas na łamanie 4:15, ale 15 minut z życiówki na królewskim dystansie urwę.

sobota, 16 listopada 2013

cele i plany na 2014

Po zamknięciu pierwszego sezonu biegowego w maratońskim stylu, dobiegałam jeszcze na oparach ostatni bieg z cyklu GPW. Potrzeba odpoczynku była duża, ale chęć planowania kolejnego sezonu była większa. W końcu można leżeć na kanapie i marzyć, planować...

Co z tego powstało? Przede wszystkim przekonanie, że bardziej cieszą mnie biegi przełajowe niż uliczne. Będzie miało to ogromne znaczenie w przygotowywaniu terminarza na nowy sezon. Ale do konkretów!

Cele biegowe na wiosnę 2014:
- 10 km w czasie 54:59 (marzec/kwiecień),
- półmaraton w czasie 01:59:59 - Warszawa (marzec),
- maraton w czasie 04:14:59 - Rotterdam (kwiecień).
O celach na jesień pomyślę w maju/czerwcu. Są już pewne zalążki myśli o kolejnych życiówkach, ale nie ma co aż tak daleko spoglądać w przyszłość.

W pierwszym półroczu planuję starty w następujących imprezach:
- Korona Półmaratonów Polskich 2014 - konkretne zawody w ramach cylu nie zostały jeszcze ogłoszone przez PSB. Będę chciała pobiec na pewno półmaraton warszawski i półmaraton jurajski - reszta do uwzględnienia w terminarzu;
- Grand Prix Warszawy 2014 (10 km);
- XI Zimowe Górskie Biegi w Falenicy - dystans 6,66 km;
- ABN AMRO Marathon w Rotterdamie;
- Bieg Chomiczówki (15 km);
- Mienia Winter Trail (14 km);
- bieg na orientację, jeszcze nie wiem gdzie i kiedy, ale śledzę terminarze BnO zapalczywie;
- Bieg Łosia (17 km);

Cele nie-biegowe, choć z bieganiem mocno związane, na pierwszą część sezonu 2014:
- wzmocnienie siłowe organizmu,
- poprawa kondycji ogólnej,
- zrobienie szpagatu.

Plany treningowe już dzierżę w dłoni. Oficjalny start treningów: 9 grudnia. Do tego czasu gimnastykuję się i rozciągam, chadzam na cross-fity. Biorę też udział w pompkowej rywalizacji całego biegowego świata ogłoszonej przez Krasusa. Mało kanapuję w tym roztrenowaniu. Lada dzień zamierzać ciut potruchtać, tak aby nie zapomnieć jak się to robi...

*********


niedziela, 27 października 2013

przed maratonem

O moich przygotowaniach do biegu na dystansie 42.195 metrów. Chronologicznie. To będzie dłuuugi wpis. Osoby o słabych nerwach i kobiety w ciąży proszone są o odejście od odbiorników.

55 dni
Wracam do planu treningowego pod maraton na 4,5 godziny, który skończyłam w lipcu, a nie skonsumowałam, bo brak startów w tym czasie, bo urlop i inne priorytety. Po drodze był sierpień z obozem biegowym i dwiema połówkami... Maraton Warszawski odpuszczony, ale że smaczek został na dokończenie tego roku z dystansem królewskim, to znalazłam opcję na koniec października, czyli maraton toruński. Siłowo więcej przez dwa miesiące zrobię niż przez miesiąc. A przecież jestem już dalej jak w pół drogi, więc szkoda odpuścić...

Pobiegnie razem ze mną elbląski zaprzyjaźniony biegacz (zakłada dotarcie do mety godzinę wcześniej niż ja). Opłata wniesiona, kibice zapewnieni. Zostaje tylko trenować.

50 dni
Ogłoszono trasę. Wygląda jak balonik. Biegnie z Torunia przez dwie gminy: Łubianka i Łysomice i powrót do miasta. Płasko, po ulicy.


47 dni
Wybieganie w tempie maratońskim. Nie było łatwo, ale udało się w czasie 19 kilometrów utrzymać tempo 6:35 min/km. 
Mail od Kołcza: Dobrze, dobrze… jak dajesz rade 19 km to i 30 km na adrenalinie i w towarzystwie tez dasz… potem zostaje jednak 12 km dla „psychicznych”, tam się wszystko wydarza! Byle tam nie pęc i nie dyskutować ze sobą (tak jak ja czasem…)! ... Ale będzie git! Widzę to.

46 dni
Opublikowano tegoroczny projekt medalu dla uczestników. W kształcie kojarzącego się z Mikołajem Kopernikiem astrolabium. Ładny, podoba mi się.


Na samą myśl o maratonie boli mnie brzuch. Niewykluczone, że pobiegnie ze mną Kołcz. W tym samym biegu, bo przecież nie moim tempem.

44 dni
Czytanie poradników zaprzyjaźnionych blogerów: Krasusa (cz.1 i cz.2), Warszawskiego Biegacza (o taktyce, jedzeniu i piciu). Jak również relacji Leszka, garści rad u Justynki czy przeżyć Bo. Nie będę wracać do tego ostatniego wpisu, bo drżę na ciele od tego, co przeczytałam i o "ściance" na trasie i o tym co na mecie...

Zerknęłam też co na ten temat pisze mistrz polskiego maratonu - Jerzy Skarżyński. To czego mi zabrakło, to wskazówek praktycznych, ale znalazłam w końcu wpis o wyprawce. Ponoć warto mieć ze sobą tabletkę magnezu i coś przeciwbólowego... Pomyślę!

42 dni
Udało się złamać godzinę w biegu na dychę. Trasa, co prawda, bez atestu, ale jednak. Na mecie na zegarku 58 minut i 15 sekund.

40 dni
Nie ma trenera, który by mi nie odradzał startu na królewskim dystansie w tym roku. Nikt nie pyta, ile biegam czy jak przebiegają przygotowania, tylko od razu sugestia, że za wcześnie... Jestem zatem jedną wielką wątpliwością. Tylko Kołcz wspiera i uważa, że to przesadna ostrożność z ich strony...

37 dni
Oprócz dreptania stawiam na siłę. Pompki i przysiady są na porządku dziennym. Do tego raz w tygodniu dołożyłam trening funkcjonalny na Polu Mokotowskim.

30 dni
Jest dobrze. Tak myślę. Kilometraż września optymistyczny. 10 x 400 metrów po Agrykoli wczoraj utrzymane w tempie 4:44-4:59, mimo zmęczenia. Czułam moc.

Dziś dopadłam kolejny tekst o maratońskich przygotowaniach. Za trzy dni biegnie Warszawa. Większość biegaczy tylko o maratonie... Zapamiętałam to zdanie: "Maraton ma w sobie niewyobrażalną energię. Kusi jak śpiew syren, ale nie zabija". Popłakałam się czytając dalej: "To doskonałe odbicie życia. Przyjmij zatem strach z całym dobrodziejstwem inwentarza, weź pod pachę jak starego przyjaciela i razem ruszcie po nowe wyzwania". Końcówka tekstu widziana zza łez. Dobrze, że dziś pracuję w domu i nikt nie widzi tego wybuchu emocji. 

29 dni
... a za mną tydzień z zakwasami. Maraton nie wybacza nieodbytych treningów, więc biegam swoje.

28 dni
Wiadomość dnia: Elblążanin kontuzjowany. Nie biegnie. Kibice pozostają bez zmian, ale będą się koncentrować TYLKO na mnie. Jest presja. 

Udało mi się zarezerwować nocleg na Starym Mieście w Toruniu.

27 dni
Dłuuugie (26,2 km) wybieganie za mną. A biegowy świat żyje dziś życiówkami maratońskimi w Warszawie i Berlinie. Kołcz z Jolą podjęli decyzję o biegu. Będę miała kogo gonić...

23 dni
Oprócz jedzenia większej liczby owoców, łykam witaminę C1000 i witaminę B complex (efekt: malownicza żółć siuśków). Przybyło arktyczne zimno, a ja nie mogę się przeziębić.

19 dni
Weekend w Tartach i życiówka na 10 km na wcale niełatwej trasie z atestem. Czas jak w planie treningowym, 58 minut złamane!

16 dni
Kolejne relacje z tegorocznych maratonów biegaczy czytam. U Pawła (dzięki za zwrócenie uwagi na tętno!) i Jaro, który potwierdza, że walka zaczyna się po 30 kilometrze, a ja również mam podejrzenia że moje nogi będą chciały strajkować... Eh... a jak czytam "Tak jak od trzydziestego któregoś kilometra mówiłem sobie, że to już ostatni maraton, to przy wieczornym piwku zacząłem już snuć plany na następny", to zastanawia mnie, co w sobie ma ten bieg?!

15 dni
Od trzech dni odpoczywam. Potrzebuję tego. Mam wrażenie, że ciągle tylko trenuję. Chodzę jak zaprogramowana, objuczona torbami z ciuchami na przebranie. Cieszę się na myśl o maratonie, ale jeszcze bardziej marzę o roz-tre-no-wa-niu. Biorąc pod uwagę moje plany na 2014, to spokojnie do Nowego Roku mogę odpocząć od planowego treningu: poćwiczyć i pobiegać na pół gwizdka (treningi funkcjonalne zostaną na bank!).

12 dni
Za mną kolejne 25 km wybiegania i sportowy poniedziałek, a także przeczytane maratońskie relacje z Poznania tym razem: Marysi, Błażeja i Emilii. Mam w myślach ciągle swój pierwszy półmaraton, który POBIEGŁAM po trzech miesiącach od wstania od biurka. Wtedy dałam radę, to i teraz dam. Ciągle pamiętam ten ból w udach i pośladkach...

11 dni
Oglądam trasę. Dokładnie. Nie lubię wahadeł pod koniec trasy. A tu proszę...


Już jesteś w ogródku, już witasz się z gąską, ale nie... jeszcze dymasz tam i z powrotem! Na 40 z hakiem kilometrze mijasz stadion, po to aby wybiec do końca ulicy i wracać. Kibiców będzie tu tłum na tym etapie, z pewnością... 1, 2, 3 i jestem spokojna. Szukamy pozytywów: dystans ładnie się dzieli na trzy czternastki. Dwie proste i balonik.

9 dni
Czuję wielkie odliczanie (już jednocyfrowo, brrr!). Tik, tak, tik, tak...

Wczoraj na treningu drużyny obozybiegowe.pl po raz pierwszy nie biegałam z Puchatkami. Byłam w grupce oczko wyżej - taki mój mały, WIELKI osobisty sukces.

8 dni
Podświadomość zaczyna pracować. W nocy miałam tego wyraz. Śniło mi się, że dobiegłam z bardzo dobrym (pewnie nie możliwym dla mnie) czasem 04:17:00. Duma mnie rozpierała i tylko to uczucie pamiętam. Nic z biegu. Zero "potu, krwi czy łez", tylko przepełniające szczęście.

Zakupiłam już żele. Czekają. 

7 dni
Pobiegnięty treningowo półmaraton kampinoski. Tempo ciut wyższe niż maratońskie. Ostatnie wybieganie w jesiennej aurze i świetnej atmosferze.

Wieczorem lecę w miasto, a jutro będę czytać pod kocem a przy kominku "Bezcennego", Miłoszewski czeka już chyba z trzy tygodnie aż nadejdzie tydzień odpoczynkowy. Can't wait!

5 dni
Zwalniam treningowo, dziś akurat w planie cross-fit. Mam apetyt, szczególnie na słodycze. Czekolada w każdej postaci wchodzi gładko. Nie odmawiam sobie niczego, no może alkoholu.

4 dni
Pogoda sierpniowa. Prognozy na weekend są podobne. Liczyłam w niedzielę na start na kilka stopni, a może być nawet 18, szczęśliwie z zachmurzeniem!

Strategia... Najważniejszy cel to DOBIEC do mety. Czas jest drugorzędny. Jednak, aby nie biec tak zupełnie towarzysko i bez motywacji, postaram się potruchtać  wg tego kalkulatora maratońskiego. Podobają mi się te komentarze: "You know that you can run 10 km faster than 1:07:00. But, the main thing here is not completing a short distance race, but rather "finishing" a marathon in the target time of 4:35:40." lub "You now notice that you are constantly "swallowing" other runners and are no longer being passed". Piękna konwersacja z biegaczem. Kołcz mówi, że wszystko co zrobię poniżej pięciu godzin będzie sukcesem.

Na blachę wykułam etapy z tempem i tętno! W głowie mam też tysiące rad wyczytanych w książkach i internecie... Ja nawet pływać uczyłam się z lektur.



3 dni
Staram się spędzać sporo czasu w ciągu dnia na świeżym powietrzu i przyzwyczajać się do ciepła na zewnątrz. Dziś trening biegowy z przedmaratońskim uprzywilejowaniem, nabiegałam ponad 6 km w tym 5 w tempie 5:45. 

1 dzień
Byłam u lekarza. EKG jak malowanie. Serce jak dzwon. Czuję zmęczenie i senność... Za mną też ostatnie truchtanie (6 km). Spociłam się jak norka! Postarałam się pobiegać w słońcu, czyli w warunkach zbliżonych do niedzielnych. Uprałam ciut buty z wierzchu, bo po środowej Agrykoli całe w czerwieni od rozciągania na bieżni. W końcu maraton to święto biegania, głupio tak w brudnych wystąpić!

Wszyscy pytają czy się stresuję... A ja mam wrażenie, że się przygotowałam i o sam  bieg jestem spokojna. Rozsądku mi nie brakuje, robię to wyłącznie dla siebie. Jestem dobrej myśli, choć wiem, że zaboli.

Wieczorem pakowanko od razu w podziale na etapy, by ogarniać całość, ale w szczegółach...
(1) Na bieg:
- koszulka na ramiączka New Balance,
- podkolanówki kompresyjne Viking,
- spodenko-spódnica z Lidla,
- czapka lub opaska,
- narzędzia do ogarnięcia włosów,
- buty Puma Faas,
- stara bluza H&M (do zdjęcia po starcie i wywalenia zarazem),
- taśma na numer startowy z saszetką na małe żale (na co 5 km), Powerbombę, chusteczki higieniczne i tabletką przeciwbólową (na wszelki wypadek),
- zegarek Garmin 110 i pasek do pulsometra (lubię zapominać).
W łapkę będzie izotonik (co by go wypić do 30 min przed startem).
(2) Do depozytu - cywilne ciuchy wraz z bielizną, ręcznikiem i żelem pod prysznic.

Mniej niż 24 godziny do startu
Sobota. Wyspałam się! Wyjazd do Torunia przed południem. Dużo piję. Wizyta w Biurze zawodów. Spacery w Toruniu nad Wisłą. Pasta party. Próba przespania nocy.

Pamiętać o zmianie czasu! Pamiętać o zmianie czasu! Pamiętać o zmianie czasu!

czwartek, 13 czerwca 2013

statkiem do mnie biegnij, statkiem!

19°C
Aktualnie: Bezchmurnie
Wiatr: płd.-wsch. z szybkością 8 km/h
Wilgotność: 49%


Zaczęło się od tego konkursu, cośmy nań swe trasy składali... Wygrał Maciek. Wybiegał trasę w kształcie statku. Na Tarchominie. 


Dziś Maciek jako Bosman poprowadził całą zgraję biegaczy STATKIEM właśnie.


Dość niechętnie jechałam na to wspólne bieganie. Tarchomin daleko, a spraw w czasie dnia do załatwienia wiele. Czułam zmęczenie... Jednak plan wskazywał dziś na 10 kilometrów w tempie maratońskim. Bieganie czekało mnie tak czy inaczej, a w kupie jakby raźniej.

Około kilometra zrobiłam rozgrzewkowo już na miejscu, a potem osiem "statkiem". Udało mi się od początku zająć pozycję na przodzie peletonu i równo utrzymywałam z panami tempo ciut powyżej 6:00, a ostatni kilometr nawet 5:28. 


Ukontentowana byłam z tego, że daję radę i biegnę jak na siebie wybitnie, a do tego w biegu byłam w stanie prowadzić pogawędki od czasu do czasu. Ot, jakam biegaczka-gadaczka!

niedziela, 9 czerwca 2013

półmaraton jurajski

27°C
Aktualnie: Bezchmurnie
Wiatr: wsch. z szybkością 6 km/h
Wilgotność: 82%


To drugie moje półmaratońskie podejście. Wiązowna w zimowej scenerii, wybiegana na 2:22:56, to już historia. Półmaraton warszawski przeleżany z półpaścem w łóżku, więc nawet go nie liczę. Od początku maja realizuję plan pod maraton, w którym dziś akurat wypadł półmaraton z czasem 2:08. 

Plan planem, a życie toczy się po swojemu. Standard. Nie było mowy o uzyskaniu takiego czasu na tej trasie i przy takiej pogodzie. Łudziłam się chociaż, że uda się poprawić czas z płaskiej jak stolnica wiązowskiej trasy, ale pół kilometra przed metą i to okazało się nierealne. Został niedosyt  niepokonanej życiówki.

Od początku profil trasy jurajskiego półmaratonu przerażał mnie, ale jak bardzo potrafiły te podbiegi zmęczyć przekonałam się dopiero biegnąc.


Miałam, co prawda, słowo na niedzielę od Kołcza nadane: 

"Najważniejsze jest aby na tych kilkunastu kilometrach, które są na początku pod górę się nie zmęczyć (i nie zakwasić mięśni!), żeby po jedenastym kilometrze móc przyspieszyć na zbiegu (wyprzedzić stu leszczy i parówek) i zrobić dobry wynik. Tak więc: pod górę na 90% mocy a na zbiegach na 105% i tak to działa. Wszystko po asfalcie wiec FAASki i nic więcej! I nie bój się, że to 21km. To jest bieg na 11km! Potem to już zbieg, wiec się nie stresujesz. No i biust do przodu na zbiegach!… bo to zawsze pomaga… w życiu i w biegu!"


Te wspomniane przez niego jedenaście kilometrów podane w taktyce nijak mi do profilu trasy nie pasowało. Zwyczajowo postanowiłam biec swoje, bez szaleństwa jednak na początku, aby siły zostały na tę zwyżkę wysokościową na drugiej połówce trasy.

Organizatorzy przed biegiem przestrzegali aby "mierzyć siły na zamiary", podkreślali trudność trasy do 16 kilometra, a także uwrażliwiali na warunki pogodowe. Upały, jakie przyszły po deszczowym i zimnym tygodniu, do których nie były jeszcze przyzwyczajone nasze biegowe ciała mogły płatać w pełnym słońcu figle.

Trasa półmaratonu przebiega w całej rozciągłości po asfalcie. Prowadzi pętlą od startu w Rudawie obok firmy „MOSUR”, następnie przez centrum Rudawy oraz miejscowości: Brzezinka, Więckowice, Zielona Mała, Bolechowice, Karniowice, Kobylany, dalej Doliną Będkowską i powrót przez Brzezinkę do Rudawy.

Trasa - foto ze strony Organizatora

Wybiegana przeze mnie trasa z Endo

Jak widać na wykresie międzyczasów i statystyki mojego biegu do pomiaru czasu na dziesiątym kilometrze było dobrze. Biegłam leciutko i równo, w swoim tempie. Korzystałam z punktów zraszających, aby ochłodzić się trochę, ale nie miałam wrażenia że upał mi doskwiera. Wszystkie podbiegi, jak wskazuje nazwa podbiegnięte, jednym słowem: radość na twarzy, pełnia biegowej rozkoszy.




Tragedia nadeszła za chwilę przy podbiegu na pierwszy z dwóch najwyższych punktów trasy. Wydaje mi się, że to był jedenasty kilometr. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa, a sił zabrakło. Przeszłam na marsz. Nie byłam w tej decyzji osamotniona, wszyscy jak okiem sięgnąć na trasie maszerowali, a zdarzały się osoby, które przystawały i łapały oddech. Otuchy dodawało mi w tym marszu jednak to, że idąc wyprzedzałam innych.

W końcu na zbiegu ruszyłam dalej truchtem. Do kolejnego podbiegu dałam radę biec, ale szczyt wysokościowy trasy na 14 kilometrze był osiągany marszem. Był to długi podbieg i ten kilometr był najbardziej "żółwi". Ciągnęłam pod górę noga za nogą, mijała mnie wówczas karetka do kogoś bliżej mety. Odliczałam chwile do zakrętu, który kołatał mi się na końcu uliczki, na skraju lasu.


Ten zakręt, choć tego wcale nie wiedziałam, dał ukojenie. Za nim było ostro w dół. W końcu też pojawił się cień! Na trochę zdjęłam z głowy czapkę, ale gdy wybiegłam z powrotem na pełne słońce wróciła na głowę. Chłód jakby mnie orzeźwił trochę, bo po wybiegnięciu z zagajnika gnałam jak szalona. Na przepojce na 15 km chwyciłam półlitrową butelkę z wodą i gnałam dalej. Tym razem karetka jechała na sygnale do kogoś z tyłu stawki. A mnie niezwykłą frajdę sprawiało mi wyprzedzanie wszystkich idących, a było płasko lub tylko ciut pod górkę. Sesja to idealnie oddaje!




W końcu dogonił mnie Ósemka (przy okazji serdecznie pozdrawiam i dziękuję!). Sporą chwilę biegliśmy razem noga w nogę, aż Ósemka zaproponował wspólny prysznic z węża ogrodowego z lewej strony i jakoś tak zaczęliśmy pogawędkę. Potem był prysznic ze strażackiej sikawki z prawa, a my gnaliśmy! Zerknęłam z niepokojem na zegarek i swoje tempo! Było coś 5:40, więc mówię Ósemce, że chyba przeginam, bo to nie jest moje maratońskie i zaraz niechybnie polegnę z kretesem. W odpowiedzi dostałam instrukcję, że spokojnie możemy pociągnąć tak do następnego podbiegu (bo wcale dobrze mi idzie), który niebawem (Ósemka jest mieszkańcem Rudawy, więc trasę miał opanowaną), a potem będziemy maszerować. Tak zrobiliśmy.

Marsz przysporzył nam jeszcze dwóch kompanów. Jeden w koszulce z orlenowskiej dychy. Szliśmy pod górkę i gadaliśmy, nawet już nie pamiętam o czym. Chyba o życiówkach... Na 18 kilometrze odłączyłam się od chłopaków i pognałam przed siebie. Zarówno Ósemka, jak i Orlenowska Koszulka przegonili mnie potem. Jeden na 19 kilometrze, drugi na finiszu. Biegłam do końca już sama.

Moje ambitne plany wyniku 2:08 zostały zaprzepaszczone jak byłam na 18 czy 19 kilometrze. A 2:22 z Wiązownej minęło, gdy zbiegałam z wiaduktu kolejowego pięćset metrów przed metą. 

Po wbiegnięciu na ostatnią prostą, w ul. Legionów Polskich, ciągle patrzyłam w przód wyczekując zobaczenia mety! Jeden z biegaczy, który maszerował wzdłuż trasy z medalem na szyi chyba wyczuł te moje wypatrywania, bo rzucił krótko "Jeszcze 300 metrów, za zakrętem jest meta!". Łatwo powiedzieć, a ja miałam wrażenie, że na tych ostatnich metrach słońce dogrzewało niemiłosiernie, a powietrze stanęło w miejscu. Pomyślałam, że gdyby taka żarówa była na trasie, nie dałabym rady...

W końcu ją zobaczyłam! Meta!!! Jeszcze krok, jeszcze kolejny i jest! Garmin policzył mi czas idealnie, jak netto. Najważniejsze, że dobiegłam! Czas netto 2:26:31. Trasa wymagająca, a z nieba żar. Przekroczyłam linię mety jako 1279 z 1420 osób, wśród 233 kobiet byłam 181.


Kolejny półmaraton zaliczony! Z jednej strony ogromna satysfakcja, a z drugiej widzę, jak ważna jest siła biegowa, nad którą ciągle trzeba pracować...


Zanim jednak udałam się po posiłek regeneracyjny, najpierw wylegiwałam się na trawie gawędząc z mieszkańcem Bochni o przedsiebioczości, a potem ustawiłam się w kolejce do urządzonka, które miało mi dobrać idealne treningowe buty Mizuno dla mnie. 


Wraz z grochówką wykorzystałam przydział na napój, którym okazało się piwo o tajemniczej dla mnie nazwie Pivson. 


Przebrana, najedzona i nawodniona (nie Pivsonem jednak), spędzałam miło czas oglądając dekorację zwycięzców w kategoriach rożnych, przeróżnych. Tego dnia odbywały się Mistrzostwa Polski w Półmaratonie dla policji, nauczycieli, bankowców, studentów i sama jeszcze nie wiem dla kogo...




Wszyscy jednak czekali na rozstrzygnięcie konkursu dla sklasyfikowanych zawodników. Nagrodą główną była ta oto Dacia Logan. Poszła w ręce Krakowianina.


O 15.oo wsiadłam w autobus, który odwiózł mnie na parking do mojej strzały! Abym mogła wrócić na obiad i prysznic (kolejność odwrotna) do Krakowa. W autobusie usłyszałam od jednego z pasażerów, że pod Krakowem działa tzw. Grupa Ostatniej Minuty, która biega z najsłabszymi zawodnikami, motywując ich do biegu tak, aby zmieścili się w limicie czasu! Fajna inicjatywa.


Po przybyciu na parking okazało się, że zostały już ostatnie auta biegaczy. O 9.oo było ich pełno....



A na koniec tradycyjne zdjęcie bohaterek dnia. Tym razem po biegu, dlatego z medalem.


piątek, 31 maja 2013

podsumowanie maja

Czas na podsumowanie maja. To, jak dotąd, miesiąc z największym kilometrażem. Przebiegłam 94 kilometry! Plan treningowy nie przewiduje jeszcze długich wybiegań, w ich etap wejdę w czerwcu. Pierwsza dwudziestka odbyta w ramach Mazowieckiej Piętnastki.


Jak widać poniżej tygodniowo wychodziło średnio lekko ponad 20 km. Przed półmaratonem jurajskim, to powinno być wystarczające. Dwa razy byłam na wydmach, raz lajtowo, ale drugi raz cztery kółka były i łydki bolały... Krosowy był Bieg Wisły, a tam życiówkę na dychę wybiegałam, czego nawet w Berlinie nie dałam rady po ulicy!


Jako trening alternatywny grany był rower. Najczęściej dwugodzinny. Co dawało ok. 33 kilometrów. Mimo długich dystansów i średniej prędkości 17 km/h nie wracałam z tych treningów zmęczona. Czasem pobolewały kolana tylko...


Najbardziej spektakularnym rekordem maja jest 1 kilometr w 4:39, ale udało się złamać godzinę na dychę oraz poprawić lekko 5 km.


Będąc szczerą sama ze sobą przyznaję, że najmniej produktywny był tydzień 20-26 maja, który z powodu wyjazdu służbowego uszczuplił moje treningi znacznie (miało być 12 km). Nie przewidziałam, że na wyspie może być TAK zimno odpuściłam bieganie z obawy przed przeziębieniem. Nadrobiłam to ciut bieganiem na bieżni w siłowni, gdzie pobiegłam 5 km w 35 minut.

Odpuszczam sobie Krafttreningi, co widać w sile biegowej. Nawet pompki przestały mi sprawiać radość... Trzeba pomyśleć nad motywacją. Wiem, że to ważny element (i wpływa na wyniki na mecie), ale ciężko się przełamać...

Aby skończyć optymistycznie - w maju udało mi się dwa razy biegać rano! W Elblągu o 7:00, a na Ursynowie z A. o 6:00! Bliscy mnie nie poznają, ja sama również.

wtorek, 23 kwietnia 2013

rowerem na Wał


14°C
Aktualnie: Bezchmurnie.
Wiatr: zach. z szybkością 21 km/h
Wilgotność: 46%


Zmiany, zmiany, zmiany. W sensie urozmaicenia. Dziś trening biegowy został zastąpiony rowerowym. Godzinka jazdy, 17 kilometrów. Cel został oznaczony na Most Siekierkowski. Tam i z powrotem. Jechałam szczytem, powrót trochę "poskracałam", bo szukam innej samochodowej drogi do domu i chyba nawet ją znalazłam...


W tamtą stronę było pod wiatr, to wałowa rutyna, rzekłabym. Zawsze jest w jedną stronę pod wiatr. Najczęściej tam (a nie z powrotem). Dłużyło mi się okrutnie do Bronowskiej, zaczęłam więc liczyć rowerzystów, biegaczy, kijkarzy i spacerowiczów. 

Statystyki przemówiły dziś między 19.oo a 20.oo na korzyść rowerzystów. Było ich 28, biegaczy 6, kijkarzy 2, a spacerowiczów 8. W obliczeniach byłam bardzo skrupulatna, nikogo nie policzyłam dwa razy, a z niektórymi się mijałam. Jeden rowerzysta mijał (i wyprzedzał) mnie chyba w sumie z cztery razy, to był na 100% ten sam, bo rozpoznawałam go po zielonych bokserkach, które wystawały mu z dżinsów. Proszę nie pytać, skąd wiem, że to nie były slipy, takie rzeczy kobieta po prostu widzi!


Zatem wśród liczenia i obserwowania osiągnęłam cel. Chwila przerwy na sesję foto na potrzeby blogowe i powrót. Obliczenia statystyczne są z całej trasy, więc nie będzie oddzielnych wartości liczbowych z drogi powrotnej.


Mój rumak prezentował się na pierwszej w tym roku przejażdżce znakomicie. Licznik ciut nie stykał, ale i tak liczyłam bardziej na Endomondo. Są pewne sugestie dla mechanika, co do przerzutek, ale to już załatwię w zaciszu warsztatu. Nie będę wywlekać słabości pojazdu z czasu moich studiów na światło dzienne.


Wracając do jazdy... Oprócz aktywnych ruchowo na samym Wale na tych górkach, pagórkach i wertepach jeździło dwóch motorzystów. Z powrotem nie było już ich tutaj, bo pomagali w dojeździe do pożaru straży pożarnej.

W okresie wcześniej wiosny za Wał straż wjeżdża przynajmniej raz dziennie. Ten dym dziś był widoczny od strony Siekierek i wcale nie łatwo strażakom dotrzeć do palących się tam traw. Piłami tarasowali sobie drogę... Czerwony pojazd wdać w oddali.


Pora na wrażenia z samej jazdy. Hmmm... lekko pobolewały mnie kolana. Pod koniec treningu odczuwałam już w czterech literach siedzenie na siodełku. Podejrzewam, że dotkliwiej jutro to odczuję... Zmęczyłam się mniej niż biegając, ale jednak trochę tak. Przemieszczanie się szybciej (a do tego pod wiatr) wymaga okrycia głowy, dobrze że wzięłam czapkę, bo inaczej zatoki by się odzywały. Minusem jest brak możliwości zabierania ze sobą psa, nie był zadowolony gdy wróciłam, domagał się wyjścia. Pewnie za karę podgryzał mnie w stopy.