Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maraton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maraton. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 maja 2014

Accreo Ekiden czyli maratońska sztafeta z Blog@czami

Jak podaje organizator zawodów: Accreo Ekiden to rywalizacja sześcioosobowych sztafet. Każda drużyna łącznie pokonuje dystans równy długości maratonu. Pierwszy zawodnik pokonuje odcinek 7,195 km, dwaj następni 10 km, a trzej kolejni - po 5 km. Razem – 42,195 km (...) Nazwa „ekiden”, jak i tradycja sztafet długodystansowych, pochodzą z Japonii.

Dostałam miłą i zaszczytną propozycję biegu w jednym z zespołów Blog@czy. Akurat ja dołączyłam do Blog@czy Wściekłych, byli jeszcze Blog@cze Szybcy (ze zrealizowanym celem pokonania dystansu w czasie krótszym niż trzy godziny). Zostaliśmy wyposażeni w niebieskie koszulki od Brubecka, aby dzielnie zmagać się z królewskim dystansem na raty. Jak widać na zdjęciach humory nam dopisują, część osób z medalami już po rywalizacji, inni przed...

Blog@cze Wściekli i Szybcy minus ci, co akurat biegną
Ku lepszej identyfikacji od prawej Marcin, Wojtek, na górze: Przemek, Krasus, Leszek, Staszek i Przyjemność biegania, na dole od prawej rusz-sie.pl (kapitan obu drużyn), Michał i Sportowa Mama.

A tu specjalna sesja biegających blogerek. Od prawej: Sportowa Mama, Do mety, Przyjemność biegania, ja czyli Radosne bieganie oraz Brykanie, na dole: rusz-sie.pl (kapitan obu drużyn).

Blog@czki
Po przyjemnościach przedstartowych (iluż to znajomych spotkałam) przyszedł czas na wykonanie zadania, jakim była w moim wypadku czwarta zmiana (widać na numerze poniżej). Miałam spinkę, aby nie spóźnić się do strefy zmian. Staszek, od którego przejmowałam szarfę, dość precyzyjnie wyliczył mi czas, kiedy to powinnam nań czekać, ale tak czy inaczej byłam wcześniej i mocno (i w skupieniu) go wyglądałam...


... aż precyzyjnie przejęłam szarfę i pobiegłam na trasę swojej piątki, która stanowiła dwie pętle warszawskiej Kępy Potockiej. 


Biegło się w miarę, co prawda od drugiego kilometra zaczęło pobolewać kolano, ale ból nie narastał i dało się utrzymywać tempo 5:58-5:48 min/km. Szybciej biegło się przy strefie zmian (tam gdzie doping), wolniej na podbiegu, który urozmaicał już pierwszy kilometr pętli. Po nim było już płasko lub w dół.


Na czwartym kilometrze dostałam propozycję łyku piwa, a że z niej nie skorzystałam, to otrzymałam wsparcie zająca na dystansie kilkudziesięciu metrów z odprawą na koniec: Teraz biegnij już w trupa. Pozwoliło to podciągnąć tempo ostatniego kilometra do 5:30 min/km. (Dzięki Naderek!)

Jak już było naprawdę blisko do mety pozwoliłam sobie (po dopingu Blog@czy, który wywołał na mojej twarzy uśmiech jak widać poniżej) na finisz w tempie 4:44! W strefie zmian szybkie przekazanie szarfy i upragniona meta!  Wykonałam swoje zadanie w czasie 29:24.

Szarfa już gotowa do przekazania
A na mecie medal, który prezentuje się w pojedynkę i zespołowo znakomicie. Niestety nie udało się nam złożyć samodzielnie swych medali w komplet, ale byli tacy, którzy wpadli na ten pomysł, np. zespół sztafety Dream Team (gratuluję wyniku!).

Medale sztafety w kompozycji z biografią Mohameda „Mo” Farah - fot. Marcin Dulnik 

Blog@cze z mojej Wściekłej drużyny pokonali królewski dystans w czasie 3:43:47 uzyskując 467 lokatę na 767 zespołów, natomiast Blog@cze Szybcy wybiegali czas 2:59:18 i 48 lokatę. Bawiliśmy się przy tym wyśmienicie. Piknikowa niedziela na Kępie Potockiej na długo zostanie w mojej pamięci.

Na koniec o koszulce Brubecka ATHLETIC. My wybraliśmy wersję bez rękawów, innych mamy sporo, opcja bez pozwoliła nam szukać się w tłumie po gołuch ramionach. Koszulka została wykonana w technologii bezszwowej z dwuwarstwowej, oddychającej dzianiny. Wewnętrzna warstwa wykonana z poliestru szybko odprowadza wilgoć od skóry. Zewnętrzna warstwa poliamidowa odbiera wilgoć i nadmiar ciepła z pierwszej warstwy zapobiegając przegrzewaniu się organizmu. Doskonale odczuwalne było to dla mnie zarówno w chwilach ze słońcem, jak i w czasie gdy wiał chłodniejszy wiatr. Specjalne strefy wentylacyjne w miejscach o wzmożonej potliwości oraz luźniejszy krój gwarantują prawidłową wentylację organizmu w trakcie wysiłku. W koszulkach zastosowano funkcjonalny poliester, gwarantujący żywe i trwałe kolory. Na klatce piersiowej i plecach umieszczono elementy odblaskowe. Odzież posiada właściwości antybakteryjne i antyalergiczne. Koszulka idealnie sprawdza się podczas biegania oraz wszelkich aktywności outdoorowych w wyższych temperaturach. Jednym słowem - polecam. Myślę, że odkryłam koszulkę idealną. Obcisłą i oddziałującą na to co się dzieje z moim ciałem i jednocześnie reagującą na warunki atmosferyczne.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Rotterdam Maraton

Na maraton w Rotterdamie zapisałam się kilka dni po moim maratońskim debiucie w Toruniu. Jest coś magicznego w tym dystansie, mimo że jest wymagający w przygotowaniach, męczy w trakcie, to jednak kusi, porywa, daje satysfakcję i radość. Plan na Rotterdam był ambitny (początkowo zakładałam nawet łamanie 4:15), im bliżej startu należało cele urealnić. Pobiegłam słabiej niż zakładałam, ale życiówkę przywiozłam. To się liczy!

Dzień przed startem wizyta w Biurze Zawodów, a tam tłumy, tłumy, tłumy! Maratoński weekend obfitował w zawody na dystansie mini-maratonu, biegu dzieci, na 10 km i sztafety maratońskiej. W tych biegach udział wzięło blisko 25 tys. osób. Stąd ten tłum!


Sprawny odbiór pakietu, w którym zaskoczyła bardzo przyzwoita koszulka New Balance i męski dezodorant. Mała sesja foto...


... i pomaszerowałam na EXPO. Ponoć w porównaniu do innych europejskich maratonów wcale nie było imponujące, ale ja nie mam porównania, więc wydawało mi się ogromne i bogate w ofertę. Sporo czasu spędziłam przy stoisku Maratonu Warszawskiego, gdzie dzieliłam się uwagami do organizacji Półmaratonu sprzed dwóch tygodni, a potem zwyczajnie gawędziłam z organizatorką. Wzięłam też udział w losowaniu maratońskiego pakietu Maratonu w Walencji, ale jak się kilka dni później okazało - szczęście mi nie sprzyjało. Poszwendałam się między stoiskami z ciuchami, ale jako że dopiero co uzupełniłam swoją biegową szafę o komplet klubowych ciuchów, nie byłam zainteresowana zakupami.

Zupełnie przypadkiem trafiłam na prezentację urządzonka o nazwie "Women's Peeing Help", czyli plastikowej teleskopowej rurki, która umożliwia damie siusianie na stojąco! Wystarczy odwrócić się tyłem do świata, umieścić rurkę, gdzie trzeba i robić, co fizjologia każe. A mocz spływa ekologicznie na trawkę. Jednym słowem - koniec z oczekiwaniem w kolejce do toalety! Nie, nie nabyłam tego cuda...


Po EXPO przyszła pora na pasta party w polskim blogowo-biegowym towarzystwie: Avy i jej koleżanki Eli, Ani, Małgosi oraz Krasusa z Najlepszą Kibicką Świata. Tematy przy stole mocno ograniczone. Wrażenia z EXPO, plany na jutro, opowieści o zawodach, kontuzjach, dietach, odżywkach.



Na 16 godzin przed startem prezentujemy się świeżo i energetycznie. Uśmiechy nie schodzą nam z twarzy (również dlatego, że z osiem razy powtarzaliśmy ujęcie, bo jak byłam nad Krasusem, to ucinało mi oczy i prezentowałam tylko swoje zęby). A po tej sesji mieliśmy w planach: deser i lody!


Noc przed maratonem w miarę spokojna, choć długo nie mogłam zasnąć. Start o 10:30, więc nie trzeba było się zrywać. Standardowo ubranie z numerem, żele oraz to co na przebranie miałam gotowe dzień wcześniej. Rano śniadanie: banany i buły z dżemem plus kawa. Do ręki mała woda i do metra.


W pociągu maratoński tłum! Udało się nam znaleźć ostatnie siedzące miejsca. Przyglądając się, jak wagonik zapełnia się coraz to nowymi biegaczami zaczęłam odczuwać stres. 42 km z hakiem, to nie przelewki...

Dotarliśmy na miejsce. Przy starcie z moją biegową ekipą umówiliśmy punkt zborny i poszliśmy do Strefy Zawodnika. Czytałam, że depozyt jest namiotem, gdzie zostawia się przy ławce swoje rzeczy, ale nie przewidywałam, że to samo miejsce będzie również koedukacyjną przebieralnią. Koszulkę startową miałam na sobie, ale jak przywdziać spodenki bez bawienia oczu innych maratończyków swą gołą pupą? Udało się, kurtki mogą służyć nie tylko jako kurtki.

Została już mniej niż godzina do startu. Pierwsze siku, pożegnanie z Dżol (każde z naszej wycieczki startowało z innej strefy), a potem wspólnie z Kołczem potruchtaliśmy rozgrzewkę i rozciągaliśmy się nad bardzo urokliwym kanałem. Mostek miał barierkę idealną do rozciągania pośladkowych i dwójek, a krawężniki ułatwiały pracę z łydką. Po chwili powrót na siku i marsz do strefy. 

Wejście do sektora wcale nie było łatwe i szybkie. Przy bramce szerokości 40 cm każdy okazywał numer startowy ze strefą. Tłumek bardzo wolno przesuwał się do przodu. W strefie też tłum. Biegnę z rzeszą 13 tys. maratończyków, nie powinnam się dziwić. Nadchodzi godzina 10:25. Jesteśmy witani przez oficjeli, zagrzewa nas do biegu hymn Feyenoordu "You will never walk alone", którego refren śpiewają wszyscy naokoło. Atmosfera jest kapitalna.

Powoli zaczynamy przesuwać się do startu, a mnie się chce siku! Kurka, staram się wyczuć czy to ochota tylko na nerwowe trzy kropelki, czy jednak pęcherz pełny. Wychodzi na to, że nie jestem w stanie tej potrzeby powstrzymać. Maszerujemy do startu. Są toi-toi'e, ale z trzyosobową kolejką. Rezygnuję. Start coraz bliżej, pewnie z 10 metrów i widzę samotnego toi-toia bez kolejki, z którego ktoś wychodzi i wskakuję doń ja. Tak, przekonuję się, że to była dobra decyzja. Nie utrzymałabym tej ilości zbyt długo. Wybiegam z toi-toi'a prosto na matę startu. 

To zaczynamy pierwsze 14 kilometrów. Podobnie jak w Toruniu, podzieliłam sobie maratoński dystans na trzy czternastki. Pierwsze metry przemierzam w tłumie. W końcu udaje mi się znaleźć luźniejszą dziurkę. Utrzymanie tempa 6:20 min/km nie jest łatwe, bo nogi rwą się za tłumem. Biegniemy nabrzeżem w kierunku mostu.

fot. marathonrotterdam.org
Po trzech kilometrach już za mostem przyspieszam do 6:15 min/km. Największy tłum się ciut rozbiegł. Ciągle biegniemy dwoma pasami drogi. Zdejmuję bluzkę, którą miałam dla utrzymania komfortu cieplnego. Ląduje przy jakimś koszu. 

Mijamy stadion Feyenoordu, a tłum śpiewa znowu "You'll never walk alone". Zagadują mnie czterej Włosi, proponują, aby biec z nimi, ale przyspieszają, więc zostaję. Trzymam się swoich wytycznych na ręku. Przed meczetem, na mostku oba pasy maratończyków schodzą się w jeden, ale nie powoduje to znaczącego zacieśnienia. Na dziesiątym kilometrze wyprzedzam grupkę biegnącą na czas 04:30.

Pierwsza czternastka mija niepostrzeżenie. Zaczynam kolejną, przyspieszam do 06:09 min/km. Trasa zaczyna robić się monotonna. Osiedla, biegniemy uliczkami otoczonymi drzewkami. Mam chwilami wrażenie, że "tu już chyba byłam", ale uświadamiam sobie, że wahadła nie były na tym etapie trasy. Kibice są niemal cały czas. Kilka razy słyszę swoje imię. Miłe to.

Im bardziej zbliżam się do 20 km zaczynam rozmyślać, czy ja dam radę po 28 kilometrze przyspieszyć. Utrzymanie obecnego tempa jest okey, mieszczę się w limitach czasowych na kolejnych piątkach, ale czuję zmęczenie. Niewielkie, ale czuję. Łyknęłam już dwa żele Agisko, niepokoi mnie, że organizatorzy proponuję na punktach odżywczych jedynie wodę i izotonik. Czy to oznacza, że nie będzie bananów?

Wracam na most. Myślami gnam do Krasusa, który jeszcze chwila (około 40 minut) i będzie finiszował. Myślę o Avie, co miała się w tłumie znaleźć z Kołczem. O Dżol, która samotnie wybiegała z sektora D. Ogarniam myślami tych, którzy z Polski trzymają za mnie kciuki. Jeszcze chwila i druga czternastka będzie za mną. Zostało coś około dwóch godzin biegu... 25 kilometr przebiegnięty w limicie, ale czuję że raczej nie przyspieszę za trzy kilometry. 

Zaczynam trzecią czternastkę. Od 28 kilometra czekam na punkt z wodą. Chcę popić PowerBombę. Zaczynamy wbiegać w okrążenie naokoło jeziora. Biegnę, ale czuję ogromną potrzebę doładowania energii. Ktoś stoi na ulicy z garnkiem z bananami. Biorę. Kurde! Gdzie ta woda.... Widzę w wahadle punkt na 40 kilometrze, no ale to akuratnie mi nie pomaga, bardziej złości, jak fatamorgana.

Trasa maratonu w Rotterdamie, zapis z Endomondo

Gdzieś na końcu ulicy widzę żółte tabliczki informujące, że woda za 200, 100, 50 metrów. Kurka, ale to daleko. Biegnę, ale nogi zaczynają ciążyć. Pobolewają kostki od zginania. Po trzech latach świetlnych docieram do wody. Piję odżywkę, tankuję wodę, chwilę maszeruję i w drogę. Ciągle otacza mnie tłum biegaczy, ale biegnę raczej sama. Ciężko mi się dostosować do czyjegoś tempa.

Jest ciężko, ale biegnę. Tempo 06:09 min/km jest nieosiągalne, cieszę się, jak udaje się biec 06:20. Doganiam Włochów. Nie wyglądają dobrze, ale żartują nadal. Tym razem to ja proponuję, aby biegli ze mną. Zostają. Do mety zostaje dziesięć kilometrów. Za chwilę doganiają mnie baloniki na 04:30, ale nie jestem w stanie się z nimi zahaczyć.

Przed wodopojem na 35 km przechodzę w marsz, ale mam wrażenie, że mi to wcale nie pomaga. Zaczynają pobolewać uda. Zbieram się do truchtu, na 37,5 km stoi serwis foto. Rozjechałam się z czasami na 04:20 na mecie, które mam na ręku. Życiówka ciągle jest osiągalna. Biorę się w garść trzy kilometry przed metą. Tłumaczę sobie, że tyle mam z domu do Wisły. To wcale nie długi dystans. Przyspieszam!

Międzyczasy maratonu w Rotterdamie
Szaleńczy wiatr we włosach to nie jest, ale biegnę ile jestem w stanie. Kibiców przy trasie już nie widzę, nie słyszę. Robię swoje, zerkając co i rusz na zegarek. Niech te metry ubywają.

41 kilometr
W końcu widzę na ulicy, że zostało już tylko 500 metrów. Mam siły na finisz. Radośnie gnam do mety. Pamiętam nawet o uniesieniu rąk w maratońskim geście. Udało się! Skończyłam! Czas netto: 04:31:57. Cztery i pół minuty lepiej niż w październiku, choć treningi trwały tylko dwa miesiące.


Dostaję medal i różę. Jeszcze w strefie mety zaczynam rozciągać pośladki, uda i łydki. Te ostatnie zaczynają mi samoistnie drżeć. Niesamowite uczucie. Powoli i dostojnie docieram do namiotu z depozytem (Kto wymyślił, aby po drodze były schody?), na odświeżenie i przebranie oraz kolejną porcję rozciągania. Marzę o obiedzie z piwem i łóżku.

czwartek, 10 kwietnia 2014

jak to było przed drugim maratonem

Łatwo nie było. Rok zaczęłam z kontuzją pasma i w zasadzie zakazem biegania od ortopedy. Szczęśliwie, fizjoterapeutka była dla mnie mniej pesymistyczna biegowo. Nakazała rozciąganie i zestaw ćwiczeń, a także zachęciła do truchtania. Udało mi się wybiegać w styczniu tylko 16 km, ale poświęciłam dużo czasu i uwagi na wzmocnienie siłowe. Pod koniec miesiąca dokonałam zmian w mojej biegowej filozofii (mniej startów), plany zostały bez zmian. Szczegóły tu: kliku-kliku.

Przygotowania maratońskie rozpoczęły się w lutym, bo wróciłam do normalnych treningów z początkiem tego miesiąca. Obóz biegowy odwołałam, bo zbyt mocnym akcentem się mógł okazać na etapie, na którym po styczniu byłam. Jednak pod koniec lutego wyjechałam indywidualnie w Gorce, aby górskiego biegania zakosztować. W tym miesiącu udało się zrobić 157 km. Nadal często chodziłam na cross-fity. Podsumowanie miesiąca kliku-kliku.

Marzec zaskoczyłam z 180 kilometrami. Działo się sporo. Przyszły życiówki, ale i zapalenie oskrzeli z kilkudniową pauzą w bieganiu. Półmaraton Warszawski ukończony z wynikiem 02:04:30, mimo zakusów na brak dwójki z przodu. Ewidentnie nie do zrobienia przy 56 minutach na dychę. Cele maratońskie urealnione pod te czasy. Więcej kliku-kliku.

W kwietniu pierwszy tydzień z 36 kilometrami, kolejny już tylko z jedenastoma zamykam. Ostatni raz biegałam w środę, teraz przede mną podróż do Holandii. Jutro (w piątek) chciałabym chwilę potruchtać po Rotterdamie. Jest też opcja, że postawię na spacery, aby się "stęsknić" za bieganiem do niedzielnego startu... Zdecyduję na miejscu.

Mało miałam czasu na wizualizacje trasy, ale chwilę na relacje innych z maratonu w Rotterdamie znalazłam. Google podpowiedział mi te napisane przez Ania biega, Piotra Falkowskiego (pamiętam naszą rozmowę przed jego wylotem rok temu, wówczas maratony były dla mnie jak kosmos) i Mariusza Giżyńskiego, którego znam z organizowanych przez niego zawodów Warsaw Track Cup. Znalazłam jeszcze "obcego" bloga biegowego z relacją, aż na koniec okazało się, że Roberta też kojarzę... Świat biegowy jest jednak mały... Tak czy inaczej po lekturze złapałam ducha imprezy, przekonałam się, że szaleńczych podbiegów brak. Choć zmierzyć się trzeba z mostami, tunelami i... i wiatrem na ok. 31 km, który zaskakuje po wybiegnięciu z lasku Kralingse.

fot. marathonrotterdam.org
Trudno mi podsumować przygotowania do ABN AMRO Marathon Rotterdam. Biegałam sporo, nie zapominając o treningu siłowym i rozciąganiu. Podobnie jak przed pierwszym maratonem miałam poczucie, że treningowo dzieje się dużo. Zaskakuje mnie brak obaw, oczekiwań... Myśląc o niedzieli mam w głowie pustkę i zapamiętane tempa na kolejne czternastki. Jadę z ogromną ciekawością wzięcia udziału w dużej imprezie. Tyle.

niedziela, 27 października 2013

czasem słońce, czasem deszcz. czyli mój debiutancki MARATON

19°C
Aktualnie: Pochmurno
Wiatr: płd.-wsch. z szybkością 11 km/h
Wilgotność: 82%

Na maraton toruński zapisałam się w sierpniu, zaraz po tym jak uznałam, że warszawski może być za wcześnie na stan moich przygotowań. 27 października idealnie wpisywał się w plan treningowy i założenia do poprawy mojej sprawności ogólnej.

To miał być "zimowy" maraton. Koniec października w Polsce to najczęściej czas jesiennej szarugi, przymrozków i pierwszego śniegu. Kto nie zna wietrzenia futer i premier kozaków na Wszystkich Świętych? Tymczasem AD 2013 przyniósł niespodziankę. 17-19 stopni w dzień, ciepłe wieczory i około 10 stopni w nocy. Początkowe założenia do rękawiczek i bluzy na trasie zmieniły się w letni biegowy outfit.

Przyjazd do Torunia w sobotę. W czasie podróży wszyscy w aucie dostajemy smsy z przydzielonymi numerami startowymi i zaproszeniem do biura zawodów. Na miejscu chwilę błądzimy w okolicy stadionu, bo ulice są zamknięte z powodu remontu. W końcu docieramy! Pierwsze zaskoczenie: możliwość wjazdu na teren stadionu. Pracownik tłumaczy „Stadion i teren jest otwarty dla Państwa, z okazji maratonu”. Biuro w ogromnym białym namiocie, strefa EXPO – drugie zaskoczenie, bardzo skromna (stoisko z odżywkami, dwa kramy z odzieżą biegową, stanowisko Festiwalu Biegowego). Odbieramy pakiety (numer z chipem, kilka batonów wyprodukowanych przez lokalnego potentata, ulotki i zniżki sklepów biegowych, pamiątkowa koszulka). W drodze powrotnej na parking rozmawiamy z pracownikiem stadionu o obiekcie i imprezach tu organizowanych. Dowiaduję się, że stadion miejski w Toruniu wyłożony jest wykładziną a nie tartanem, jak warszawska Agrykola.

Fot. radosne-bieganie.blogspot.com
Wieczorem pasta party w biegowym towarzystwie, potem grzecznie rozchodzimy się do hoteli odpoczywać przed tym co ma nastąpić jutro. Noc spokojna, w ogóle jestem spokojna. Mam przekonanie, że praca treningowa wykonana, że strategia na bieg jest. Wszystko pod kontrolą.

Niedziela. Poranek ciepły, ale pochmurny. Maratońskie śniadanie – bułka z dżemem i mała kawa. Około dziewiątej przybywam na stadion. W szatni poznaję inną maratońską debiutantkę, z którą umawiamy się, że jakby co... to na trasie będziemy się wspierać. W biurze zawodów spotykam znajomego z obozu biegowego, który biega od września maratony co dwa tygodnie i akurat w Toruniu musi pobiec na 03:30:00, bo... (uwaga!) 40 minut później ma autobus do domu i... nie ma innej opcji. Motywacja jest. Silna! 

Wspólnie szukamy depozytu, strzałki wskazują nie tam gdzie trzeba, a obsługa początkowo źle nas kieruje nie na trybuny ale do pomieszczeń pod... W końcu maszerujemy do autobusu, który przewozi nas ze mety na start. Tłum w autobusie pełen koncentracji. Cisza. Nieliczni rozmawiają. W ruchu są batony, ostatnie łyki wody. Po wyjściu na Stare Miasto tłum z autobusu trafia prosto w kolejkę do toalet... 30 minut do startu, a kolejka dłuuuga. Rezygnuję z niej i postanawiam potruchtać do pewnej sieciówki z zawsze czystymi toaletami, załatwiając za jednym zamachem i kwestie fizjologiczne i rozgrzewkę.

Minuty do 10.00 mijają szybko. Pada strzał startera! Zaczynamy! Maraton czyli trzy czternastki.

Start, grzeję tyły
Wybiegam ze strefy startu usytuowanej przy samym pomniku Kopernika. Kibice biją nam brawa, część biegaczy macha, jakby wyruszała w długą podróż, też macham i mam łzy w oczach. Zaczynam przygodę. Wkraczam w świat dystansu, jakiego do tej pory nie znałam... Już na pierwszych metrach pierwsza kolizja – w rozbiegany tłum wjeżdża rowerzysta. Jest przepychanka, zostaje przewrócony, jakby nie mógł poczekać kilka chwil jak odbiegniemy...

Kontroluję tempo. Biegnę za szybko, choć wydaje mi się, że lekko truchtam. Staram się spowalniać. Na jednym ze skrzyżowań odwracam się i widzę, że jestem prawie ostatnia... Zresztą przechodnie potwierdzają to komentarzami „To już koniec peletonu.” Nic to, tłumaczę sobie, ja mam dobiec do mety, to dopiero drugi kilometr, przede mną ponad 42! Tylko spokój mnie uratuje. Robię swoje – biegnę.

W okolicach trzeciego kilometra uznaję, że pora zdjąć bluzę, którą miałam tylko na start i początek biegu. Jest mi już za ciepło. Wypatrzyłam w oddali kosz i podbiegając do przystanku rozebrałam się z niej i wyrzuciłam bluzę. Od razu lepiej! Biegnę zgodnie z taktyką. Tempo książkowe – 06:39.

Pierwsza przepojka na piątym, zaraz po niej wybiegamy z Torunia. Trasa kieruje nas na ścieżkę rowerową na północ. Po drodze mijają nas rowerzyści, bardziej lokalni, bo „zawodowi” to mijają nas drogą. Kibice nieliczni, najczęściej zlokalizowani przy punktach z wodą.

Fot. pomorska.pl
10 km, czas: 01:06:25, pozycja: 660
Druga przepojka. Pierwszy pomiar czasu, wg planu powinnam tu być po 01:07:00 od startu. Zgadza się. Jest dobrze! Piję łyka wody i biegnę dalej.

Jest uroczo. Ścieżka wiedzie przez las. Jesienne kolory okalają nas z każdej ze stron. Przyjemne okoliczności przyrody, lekko się biegnie, choć pojawiają się podbiegi i zbiegi.

12,5 km, czas: 01:20:22, pozycja: 656
Zaczynam wyprzedzać, ale nie robi to na mnie wrażenia. To nawet nie 1/3 maratońskiego dystansu. Okoliczności przyrody nadal te same. Las, jesień w najlepszym wydaniu. Komfort cieplny.

Przed 14 kilometrem wbiegamy do Pigży, staram się lekko przyspieszyć. Pora biec tempem 06:32. Kolejne miejscowości przynoszą iście wiejski koloryt. W Brąchownie zawiewa w stronę trasy obornik, nie to żebym narzekała. Dało radę wytrzymać.

Fot. pomorska.pl

Kibiców w miejscowościach mało, ale jak macham do rodzin w autach, to odmachują. Trasa obstawiona przez OSP, co skrzyżowanie to strażak. Niektórzy kibicują, inni stoją obojętnie.

Wbiegam do Biskupic. Macham przyjaźnie do kierowcy TIRa, który zostaje wpuszczony „pod prąd” na drogę z maratończykami. Niech i on wie, co to „radosne bieganie”. Odmachuje zaskoczony. Uśmiecha się nawet. Wybiegam z zabudowań między dwa pola i aleję z dwu stron obsadzoną wysokimi drzewami. Zaczyna wiać. Mocno wiać. Mało tego? Zaczyna padać! Nie jest to mżawka! Zacina porządny deszcz. Szczęśliwie, nie jest mi zimno. Warunków do biegania się nie wybiera, więc zerkam tylko na zegarek i cieszę się, że mimo wiatru w twarz utrzymuję tempo 06:30.

Mijam 20 kilometr. Powinnam tu być wg rozpiski przyklejonej na ręce w czasie 02:14:00. Jestem około dwóch minut wcześniej! WOW!

Półmaraton, czas: 02:19:30, pozycja: 642
Na rogatkach Łubianki kolejny pomiar czasu. Pada. W głowie pojawia się myśl, że zaczynam wkraczać na nieznane biegowo obszary. W zawodach do tej pory najdłuższy mój dystans to właśnie półmaraton. Pięć razy do tej pory przebiegnięty, ale na 21.097 km się do tej pory zatrzymywałam.

Przejaśnia się. Jest 23 kilometr. Wbiegamy na ścieżkę rowerową, wiem że to oznacza zbliżanie się do Torunia. Znowu leje. W butach mam mokro. Cała jestem mokra. Czuję, jak wilgoć zgromadzona na twarzy strużkami spływa.

Widzę przed sobą dwóch mężczyzn. Mam plan, aby do nich dobiec i chwilę z nimi się utrzymać. Mam dość samotnego biegnięcia. Ostatni raz gadałam z kimś na 6 kilometrze! Znowu pada!

Przepojka na 25 kilometrze. Biorę wodę, banana i kawałek batona. Wszystko w rytmie marszowym, aby zaraz przejść do z powrotem biegu. Aż tu nagle słyszę „Cześć, Renata!”. Na widok Nadwornego Lekarza uśmiecham się od ucha do ucha! Zaczynamy razem biec, on dzwoni do reszty Kibicowskiej Braci z Elbląga, że mogą wyjść moknąć, bo jestem blisko! 

Słyszę, że dobrze wyglądam, że nie widać po mnie zmęczenia. Tak też się czuję. Ciągle mówię. Nie rozmawiałam tak dawno! Dla mojego dobra słyszę: „Nie mów do mnie, biegnij”, a za chwilę „Chyba za bardzo przyspieszyłaś, biegnij swoim tempem. Zwolnij.” Dobiegamy do Ani i Filipa. Stoją, skaczą i klaszczą. Przebijamy piątki, rzucamy „Do zobaczenia na mecie” i biegnę dalej. Słyszę za sobą „Chodź, pobiegniemy z ciocią”. Odpowiedź brzmi: „Nie mamo, NIE!". Kto by chciał biec za mokrą ciocią... Po tym spotkaniu dostaję powera! Zostają tylko dwa kilometry do odhaczenia kolejnej czternastki.

Fot. pomorska.pl

30 km, czas: 03:17:46, pozycja: 623
Wracamy na znaną trasę. Tędy już biegliśmy! Tak lubię. Szybko korzystam z przepojki. Łyk izotonika i wody i biegnę dalej. Ale... co to? Jak okiem sięgnąć w przód WSZYSCY IDĄ! Wyznaczone na ten etap tempo to 06:23, więc pora przyspieszyć. Na fali adrenaliny lecę nawet 06:15. Wyprzedzam! Lekko przemierzam trasę do Torunia. W głowie widzę podbiegi i zbiegi w połowie tego dystansu, a potem wbieg na toruńskie ulice.

Przestaje padać.

32,5 km, czas: 03:30:35, pozycja: 608
Pomiar czasu za najwyższym zbiegiem, potem już tylko lekkie falowanie, cztery kilometry i wybiegnę z lasu. Wszyscy mówią, że maraton zaczyna się po trzydziestym kilometrze... Jeśli tak, to ja mogę biegać maratony często. Z lekkością i radością mknę do przodu. Uśmiecham się sama do siebie, choć rozsądek podpowiada, że została dycha, godzina... Wszystko się może wydarzyć.

Wychodzi słońce. W wąwozie, w którym usytuowana jest ścieżka rowerowa mało ono operuje, ale świeci! Rozpuszczam włosy. Niech schną. Jeszcze parę kilometrów temu martwiłam się, że nie mam suszarki, a tu jest opcja że wyschną same. Jak się ma dużo czasu na myślenie, to głowę zaprzątają z pozoru prozaiczne, kobiece problemy...

Wbiegam do Torunia. Mijam kolejnych maratończyków. Chcę się w końcu podczepić pod kogoś i wspólnym tempem biec do przodu. Udało się! To był 37 lub 38 kilometr. Człap, człap razem. W ciszy, ale RAZEM. Naprawdę jest łatwiej. W pewnej chwili słyszę odgłosy ze Stadionu Miejskiego. Komentuję to głośno. W odpowiedzi słyszę: „Dobrze, że mi się trafiłaś. Ciężko mi się biegło samemu”. Na czterdziestym opuszczam towarzystwo.

Docieram na Bema. Mam tu być w czasie 04:24:00 od strzału startera. Jestem trzy-cztery minuty szybciej. Ostatnia przepojka i ostatnia prosta. Czekałam na nie obie. Prosta z agrafką, ale co tam. To końcówka. Zaczyna się bieg pod słońce odbijające się o mokrą ulicę. Nie widać nic dalej niż 100 metrów. Zastanawiam się, gdzie ta nawrotka, bo skręt na stadion już minęłam. Biegnie się ciężko. Chyba jest pod górę, nieznacznie ale jednak... Wypatrzyłam kres i po kilkunastu krokach zawracam. Jeszcze tylko światła i na stadion. Biegnę, truchtam bardziej. Czuję zmęczenie.

Tuż przed skrętem na stadion Kibicowska Brać z Elbląga macha do mnie z auta i krzyczy chyba na cały Toruń: „Ajaja!!!”. Macham do nich i wiem, że zostało już tylko pięćset metrów. Droga do stadionu, a potem ostatnie 350 metrów po bieżni...

fot. maratontorunski.pl

Meta, czas: 04:35:36, pozycja 559
Na ostatniej prostej przepełniała mnie całą niesamowita radość! Udało się! Spełniłam swoje marzenie, wieńczę swój pierwszy sezon biegowy maratońskim debiutem!

fot. datasport.com.pl
Unoszę ręce w górę i wbiegam na matę mety. Jestem maratonką!

Nieważne, że słyszę za chwilę, że „Medal prześlemy Pani pocztą” i dostaję jedynie toruńskie pierniki na osłodę. To nie jest ważne. Przebiegłam królewski dystans. Przez czterdzieści dwa kilometry i sto dziewięćdziesiąt pięć metrów biegłam! Zrobiłam to z przyjemnością. Nie miałam „ściany”, uśmiecham się na mecie i pękam z dumy!

Zapis trasy z Endomondo

Odchodzę na bok porozciągać się przy trybunach, od razu dostaję z depozytu swoje rzeczy. Nogi bolą, rozciąganie im pomaga. Przygląda mi się jakiś biegacz, pyta czy to pomaga i papuguje moje ćwiczenia. Na niepewnych nogach kroczę do szatni. Życie odzyskuję pod prysznicem. Ciepła woda sprawia, że zmywam z siebie cały trud trasy. Jeszcze ubieranie się sprawiało trudność, ale spacer na parking już nie. Po drodze zebrałam gratulacje od warszawskich biegaczy (w tym Kołcza, co nie dawał złamanego grosza za to że złamię pięć godzin), a także dostałam medal od Joli, bo jak to ujęła „Ja mam już kilkanaście, a to Twój pierwszy!”. Dziękuję!

Fot. martonypolskie.pl
Aha! Bogdan, kolega z obozu, złamał 03:30:00 i pewnie zdążył na wcześniejszy autobus do domu.


Relację można również przeczytać w serwisie magazynbieganie.pl

przed maratonem

O moich przygotowaniach do biegu na dystansie 42.195 metrów. Chronologicznie. To będzie dłuuugi wpis. Osoby o słabych nerwach i kobiety w ciąży proszone są o odejście od odbiorników.

55 dni
Wracam do planu treningowego pod maraton na 4,5 godziny, który skończyłam w lipcu, a nie skonsumowałam, bo brak startów w tym czasie, bo urlop i inne priorytety. Po drodze był sierpień z obozem biegowym i dwiema połówkami... Maraton Warszawski odpuszczony, ale że smaczek został na dokończenie tego roku z dystansem królewskim, to znalazłam opcję na koniec października, czyli maraton toruński. Siłowo więcej przez dwa miesiące zrobię niż przez miesiąc. A przecież jestem już dalej jak w pół drogi, więc szkoda odpuścić...

Pobiegnie razem ze mną elbląski zaprzyjaźniony biegacz (zakłada dotarcie do mety godzinę wcześniej niż ja). Opłata wniesiona, kibice zapewnieni. Zostaje tylko trenować.

50 dni
Ogłoszono trasę. Wygląda jak balonik. Biegnie z Torunia przez dwie gminy: Łubianka i Łysomice i powrót do miasta. Płasko, po ulicy.


47 dni
Wybieganie w tempie maratońskim. Nie było łatwo, ale udało się w czasie 19 kilometrów utrzymać tempo 6:35 min/km. 
Mail od Kołcza: Dobrze, dobrze… jak dajesz rade 19 km to i 30 km na adrenalinie i w towarzystwie tez dasz… potem zostaje jednak 12 km dla „psychicznych”, tam się wszystko wydarza! Byle tam nie pęc i nie dyskutować ze sobą (tak jak ja czasem…)! ... Ale będzie git! Widzę to.

46 dni
Opublikowano tegoroczny projekt medalu dla uczestników. W kształcie kojarzącego się z Mikołajem Kopernikiem astrolabium. Ładny, podoba mi się.


Na samą myśl o maratonie boli mnie brzuch. Niewykluczone, że pobiegnie ze mną Kołcz. W tym samym biegu, bo przecież nie moim tempem.

44 dni
Czytanie poradników zaprzyjaźnionych blogerów: Krasusa (cz.1 i cz.2), Warszawskiego Biegacza (o taktyce, jedzeniu i piciu). Jak również relacji Leszka, garści rad u Justynki czy przeżyć Bo. Nie będę wracać do tego ostatniego wpisu, bo drżę na ciele od tego, co przeczytałam i o "ściance" na trasie i o tym co na mecie...

Zerknęłam też co na ten temat pisze mistrz polskiego maratonu - Jerzy Skarżyński. To czego mi zabrakło, to wskazówek praktycznych, ale znalazłam w końcu wpis o wyprawce. Ponoć warto mieć ze sobą tabletkę magnezu i coś przeciwbólowego... Pomyślę!

42 dni
Udało się złamać godzinę w biegu na dychę. Trasa, co prawda, bez atestu, ale jednak. Na mecie na zegarku 58 minut i 15 sekund.

40 dni
Nie ma trenera, który by mi nie odradzał startu na królewskim dystansie w tym roku. Nikt nie pyta, ile biegam czy jak przebiegają przygotowania, tylko od razu sugestia, że za wcześnie... Jestem zatem jedną wielką wątpliwością. Tylko Kołcz wspiera i uważa, że to przesadna ostrożność z ich strony...

37 dni
Oprócz dreptania stawiam na siłę. Pompki i przysiady są na porządku dziennym. Do tego raz w tygodniu dołożyłam trening funkcjonalny na Polu Mokotowskim.

30 dni
Jest dobrze. Tak myślę. Kilometraż września optymistyczny. 10 x 400 metrów po Agrykoli wczoraj utrzymane w tempie 4:44-4:59, mimo zmęczenia. Czułam moc.

Dziś dopadłam kolejny tekst o maratońskich przygotowaniach. Za trzy dni biegnie Warszawa. Większość biegaczy tylko o maratonie... Zapamiętałam to zdanie: "Maraton ma w sobie niewyobrażalną energię. Kusi jak śpiew syren, ale nie zabija". Popłakałam się czytając dalej: "To doskonałe odbicie życia. Przyjmij zatem strach z całym dobrodziejstwem inwentarza, weź pod pachę jak starego przyjaciela i razem ruszcie po nowe wyzwania". Końcówka tekstu widziana zza łez. Dobrze, że dziś pracuję w domu i nikt nie widzi tego wybuchu emocji. 

29 dni
... a za mną tydzień z zakwasami. Maraton nie wybacza nieodbytych treningów, więc biegam swoje.

28 dni
Wiadomość dnia: Elblążanin kontuzjowany. Nie biegnie. Kibice pozostają bez zmian, ale będą się koncentrować TYLKO na mnie. Jest presja. 

Udało mi się zarezerwować nocleg na Starym Mieście w Toruniu.

27 dni
Dłuuugie (26,2 km) wybieganie za mną. A biegowy świat żyje dziś życiówkami maratońskimi w Warszawie i Berlinie. Kołcz z Jolą podjęli decyzję o biegu. Będę miała kogo gonić...

23 dni
Oprócz jedzenia większej liczby owoców, łykam witaminę C1000 i witaminę B complex (efekt: malownicza żółć siuśków). Przybyło arktyczne zimno, a ja nie mogę się przeziębić.

19 dni
Weekend w Tartach i życiówka na 10 km na wcale niełatwej trasie z atestem. Czas jak w planie treningowym, 58 minut złamane!

16 dni
Kolejne relacje z tegorocznych maratonów biegaczy czytam. U Pawła (dzięki za zwrócenie uwagi na tętno!) i Jaro, który potwierdza, że walka zaczyna się po 30 kilometrze, a ja również mam podejrzenia że moje nogi będą chciały strajkować... Eh... a jak czytam "Tak jak od trzydziestego któregoś kilometra mówiłem sobie, że to już ostatni maraton, to przy wieczornym piwku zacząłem już snuć plany na następny", to zastanawia mnie, co w sobie ma ten bieg?!

15 dni
Od trzech dni odpoczywam. Potrzebuję tego. Mam wrażenie, że ciągle tylko trenuję. Chodzę jak zaprogramowana, objuczona torbami z ciuchami na przebranie. Cieszę się na myśl o maratonie, ale jeszcze bardziej marzę o roz-tre-no-wa-niu. Biorąc pod uwagę moje plany na 2014, to spokojnie do Nowego Roku mogę odpocząć od planowego treningu: poćwiczyć i pobiegać na pół gwizdka (treningi funkcjonalne zostaną na bank!).

12 dni
Za mną kolejne 25 km wybiegania i sportowy poniedziałek, a także przeczytane maratońskie relacje z Poznania tym razem: Marysi, Błażeja i Emilii. Mam w myślach ciągle swój pierwszy półmaraton, który POBIEGŁAM po trzech miesiącach od wstania od biurka. Wtedy dałam radę, to i teraz dam. Ciągle pamiętam ten ból w udach i pośladkach...

11 dni
Oglądam trasę. Dokładnie. Nie lubię wahadeł pod koniec trasy. A tu proszę...


Już jesteś w ogródku, już witasz się z gąską, ale nie... jeszcze dymasz tam i z powrotem! Na 40 z hakiem kilometrze mijasz stadion, po to aby wybiec do końca ulicy i wracać. Kibiców będzie tu tłum na tym etapie, z pewnością... 1, 2, 3 i jestem spokojna. Szukamy pozytywów: dystans ładnie się dzieli na trzy czternastki. Dwie proste i balonik.

9 dni
Czuję wielkie odliczanie (już jednocyfrowo, brrr!). Tik, tak, tik, tak...

Wczoraj na treningu drużyny obozybiegowe.pl po raz pierwszy nie biegałam z Puchatkami. Byłam w grupce oczko wyżej - taki mój mały, WIELKI osobisty sukces.

8 dni
Podświadomość zaczyna pracować. W nocy miałam tego wyraz. Śniło mi się, że dobiegłam z bardzo dobrym (pewnie nie możliwym dla mnie) czasem 04:17:00. Duma mnie rozpierała i tylko to uczucie pamiętam. Nic z biegu. Zero "potu, krwi czy łez", tylko przepełniające szczęście.

Zakupiłam już żele. Czekają. 

7 dni
Pobiegnięty treningowo półmaraton kampinoski. Tempo ciut wyższe niż maratońskie. Ostatnie wybieganie w jesiennej aurze i świetnej atmosferze.

Wieczorem lecę w miasto, a jutro będę czytać pod kocem a przy kominku "Bezcennego", Miłoszewski czeka już chyba z trzy tygodnie aż nadejdzie tydzień odpoczynkowy. Can't wait!

5 dni
Zwalniam treningowo, dziś akurat w planie cross-fit. Mam apetyt, szczególnie na słodycze. Czekolada w każdej postaci wchodzi gładko. Nie odmawiam sobie niczego, no może alkoholu.

4 dni
Pogoda sierpniowa. Prognozy na weekend są podobne. Liczyłam w niedzielę na start na kilka stopni, a może być nawet 18, szczęśliwie z zachmurzeniem!

Strategia... Najważniejszy cel to DOBIEC do mety. Czas jest drugorzędny. Jednak, aby nie biec tak zupełnie towarzysko i bez motywacji, postaram się potruchtać  wg tego kalkulatora maratońskiego. Podobają mi się te komentarze: "You know that you can run 10 km faster than 1:07:00. But, the main thing here is not completing a short distance race, but rather "finishing" a marathon in the target time of 4:35:40." lub "You now notice that you are constantly "swallowing" other runners and are no longer being passed". Piękna konwersacja z biegaczem. Kołcz mówi, że wszystko co zrobię poniżej pięciu godzin będzie sukcesem.

Na blachę wykułam etapy z tempem i tętno! W głowie mam też tysiące rad wyczytanych w książkach i internecie... Ja nawet pływać uczyłam się z lektur.



3 dni
Staram się spędzać sporo czasu w ciągu dnia na świeżym powietrzu i przyzwyczajać się do ciepła na zewnątrz. Dziś trening biegowy z przedmaratońskim uprzywilejowaniem, nabiegałam ponad 6 km w tym 5 w tempie 5:45. 

1 dzień
Byłam u lekarza. EKG jak malowanie. Serce jak dzwon. Czuję zmęczenie i senność... Za mną też ostatnie truchtanie (6 km). Spociłam się jak norka! Postarałam się pobiegać w słońcu, czyli w warunkach zbliżonych do niedzielnych. Uprałam ciut buty z wierzchu, bo po środowej Agrykoli całe w czerwieni od rozciągania na bieżni. W końcu maraton to święto biegania, głupio tak w brudnych wystąpić!

Wszyscy pytają czy się stresuję... A ja mam wrażenie, że się przygotowałam i o sam  bieg jestem spokojna. Rozsądku mi nie brakuje, robię to wyłącznie dla siebie. Jestem dobrej myśli, choć wiem, że zaboli.

Wieczorem pakowanko od razu w podziale na etapy, by ogarniać całość, ale w szczegółach...
(1) Na bieg:
- koszulka na ramiączka New Balance,
- podkolanówki kompresyjne Viking,
- spodenko-spódnica z Lidla,
- czapka lub opaska,
- narzędzia do ogarnięcia włosów,
- buty Puma Faas,
- stara bluza H&M (do zdjęcia po starcie i wywalenia zarazem),
- taśma na numer startowy z saszetką na małe żale (na co 5 km), Powerbombę, chusteczki higieniczne i tabletką przeciwbólową (na wszelki wypadek),
- zegarek Garmin 110 i pasek do pulsometra (lubię zapominać).
W łapkę będzie izotonik (co by go wypić do 30 min przed startem).
(2) Do depozytu - cywilne ciuchy wraz z bielizną, ręcznikiem i żelem pod prysznic.

Mniej niż 24 godziny do startu
Sobota. Wyspałam się! Wyjazd do Torunia przed południem. Dużo piję. Wizyta w Biurze zawodów. Spacery w Toruniu nad Wisłą. Pasta party. Próba przespania nocy.

Pamiętać o zmianie czasu! Pamiętać o zmianie czasu! Pamiętać o zmianie czasu!