Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biegi przełajowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biegi przełajowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 października 2015

Rabka: ostatnia Perła Małopolski czyli jak przeczołgało mnie zimno na trasie

To miał być ostatni mój bieg z cyklu Perły Małopolski. Zwieńczenie, dopełnienie. Tylko trzy tygodnie przerwy między półmaratonem w Kościelisku, treningowo między biegami słabo, bo a to choroba, a to zmęczenie... Uznalam, że ten ostatni to już przeczołgam się i metę zdobędę. Jak nie daleko byłam od tego właśnie, mogłam przekonać się na trasie.

Czemu? Zaskoczyła mnie pogoda. Jeszcze w sobotę spacer na Maciejową w komforcie cieplnym, a dzień później arktyczne powietrze i mimo trzech-czterech stopni na termometrze, to odczuwalna minus dziesięć. Nie wiem, jakim cudem zdjęłam z siebie kurtkę przed startem... W oczekiwaniu na sygnał do ruszenia na trasę tuliłyśmy się do siebie z dziewczynami, bo zęby szczękały nam aż miło...

Pierwsze dwa kilometry po asfalcie. Tradycyjnie łapię się na tym, że czekam, aż się zaczną podbiegi. Nie wyrywam z tłumem, tylko biegnę lekko około 6 min/km. To nie jest pora na zmęczenie. 


Wbiegamy w polną drogę i zaczyna się podbieg. Kontroluję tętno, aby utrzymywało się w granicach 172-177 uderzeń na minutę. Pod górę nie jest łatwo, czasem leci do 183, wtedy zwalniam, nawet jak idę zwalniam. Wśród łąk i pól można podziwiać widoki, niestety zaczyna wiać... Zimno wiać...


W lesie sytuacja się poprawia. Od piątego kilometra zaczyna być przyjemnie w dół. Po pierwszej wodopojce wybiegamy na ulicę i biegniemy wśród domostw. Gdy trasy biegu średniego i długiego rozchodzą się, przyjemnie gnam do przodu. Wyprzedzam dwie osoby i w oddali mam postać na czarno. Mijając wolontariusza pytam, czy przede mną jest kobieta czy mężczyzna, ale on nie wie... No, to się przekonam później, myślę...


Długo czekać nie muszę, bo wbiegamy w las i zaczyna być pod górę. Na skrzyżowaniu szlaków stoi gadatliwy wolontariusz i słyszę jak zagaduje do osoby przede mną, zwracają się żeńskimi formami. Do mnie też zagaja. Pyta czy nogi mnie bolą, proponuje gonić biegaczkę z przodu. Odpowiadam mu grzecznie, że poczekam, aż to ona się zmęczy i wbiegam na wąską ścieżkę. Zaczyna być bardziej stromo, aby później było jeszcze bardziej stromo... Jest mi nawet ciepło. Zdejmuję z uszu buff i pilnuję tętna.


Połowa dystansu za mną, czekam na 15 kilometr, aby z Maciejowej było już w dół. Od dwunastego zaczyna się zimnica. Trasa wiedzie szlakiem, który miejscami nie jest osłonięty. Wiatr wieje we wszystkie strony, nie jest mocny, ale przeszywający zimnem. Trudno się zaadoptować do tych warunków, zerkam na zegarek, aby wypatrzeć ten upragniony piętnasty kilometr, a tu jak na złość wolno płyną kolejne metry. Jest raczej prosto, więc można biec, staram się trzymać tętno, również po to, aby było mi ciepło... ale nie jest.

Naciągam buff na uszy, rękawy na dłonie i to wcale nie pomaga. Przemieszczam się do przodu, ale nie czuję się lepiej. Mechanicznie stawiam nogi, mam wyłączone myślenie, czuję, że zdrętwiał mi prawy bark i ramię. Ściana... Posuwam się do przodu, ale nie jest to świadome. Uznaję, że to moment na PowerBombę. Może kofeina mnie ocuci. 

Mijam wielu turystów, wyprzedzają mnie rowerzyści, ale nawet nie chce mi się ich pytac czy Maciejowa blisko czy nie. W końcu dobiegam do drugiej wodopojki na trasie, pod Maciejową właśnie, piję wodę, ale tylko aby zmienić smak w ustach i tłumaczę mojej głowie, ze została TYLKO piątka, w dół i do tego po znanej mi trasie.

Po drodze zaczynam doganiać biegaczy, wyprzedzać ich i odliczać kilometry do mety. Jest ciut cieplej, wiatr aż tak nie operuje na wąskiej ścieżce. Niestety wiem, że czeka mnie jeszcze etap między polami. Tam nie jest przyjemnie, truchtam na tętno i czekam, aż wbiegnę do miasta. Cieszy mnie, że trasa nie biegnie do końca szlakiem czerwonym, który mije się po części uzdrowiskowej. W Parku Zdrojowym dobiegam do ostatniego Nordic Walkera (trasa do przejścia 14 km), przypominam sobie, że na trasie wyprzedził mnie tylko jeden. Czyli załapałam się między pierwszym, a ostatnim - myślę. Potem wyprzedzam zrezygnowanego biegacza, a mety ani widu ani słychu.

W końcu zaczynam słyszeć doping klubowej koleżanki. Przekonuje mnie, że to już ostatnia prosta, no z zakrętem, ale końcówka. Biegnie chwilę ze mną, doganiam jeszcze jedną piechurkę z kijami i jestem na mecie! Ukończyłam w jednym sezonie pięć półmaratonów górskich w ramach cyklu Perły Małopolski!! Udało się! Nie było łatwo, ale zrobiłam to!

Założenia do czasu miałam tylko takie, aby biec krócej niż 8 min/km, udało się przebyć trasę ze średnim tempem 7:42 min/km i ukończyć dystans z czasem lepszym niż w Kościelisku. 


Moje lokaty:
czas netto: 2:34.33
open 208/221
open kobiet 41/47
kategoria 21/24
(strata do pierwszej kobiety 46 minut)
prędkość 7,8 km/h

A zmarźnięta sierota w amfiteatrze w Rabce po biegu wygląda tak, jak na zdjęciu niżej. Tylko dzięki grzańcowi nie odpokutowałam tego startu na L4.


niedziela, 21 czerwca 2015

Wulkany na bis czyli jak radość na trasie odzyskałam

To, że pobiegnę po raz kolejny Bieg Szlakiem Wygasłych Wulkanów było przesądzone już na mecie tego biegu rok temu (tu relacja z 2014 roku). Mimo ogromnego zmęczenia, satysfakcja z przebycia trudnej trasy z przeszkodami była wielka, tak samo jak głód by to powtórzyć.

Nie wiadomo w sumie kiedy minął rok i znowu zasiadłam w busie do Złotoryi. Było jak zwykle wesoło, ale ja zupełnie nie miałam przekonania do biegania. Nawet nie ekstremalnego, ja miałam wątpliwości co do biegania tak w ogóle. Półmaraton górski w Szczawnicy, potem kolejny niepłaski na Wyspach Owczych i rytm wielotygodniowy treningowy zniechęciły mnie do biegania. Chciałam odsapnąć, a tu w kalendarzu Wulkany...

Bieg eliminacyjny, którego trasa miała około kilometra, biegłam jak za karę. Było na jego trasie tylko parę przeszkód - zeskok z murka, przeskok przez zaparkowaną na trasie Omegę, przeskok przez płotek, zjazd na mokrej folii i podbieg (schodami i brukiem) w kierunku mety. Ukończyłam go jako ostatnia w serii prezentując na podbiegu bardziej żałosne (niż radosne) bieganie...

Przed eliminacjami z drużyną Power Training, fot. Renata Łój
Obawiałam się, że na trasie biegu głównego będę przeżywać mordęgę, że będę się pytać samą sobą: po co mi to? i temu podobne dylematy przeżywać będę. W ostatniej chwili nie chciałam rezygnować, aby nie rozwalać pięcioosobowej drużyny. Plan był taki - dotrzeć do mety bez napiny, aby tylko ukończyć bieg.

Poranek w Złotoryi przywitał nas regularnym deszczem. Miałam w pogotowiu foliowy płaszcz "na przed startem". Po pierwszej przeszkodzie wodnej i tak nie ma znaczenia czy pada czy nie. Jednak... około godzinę przed wystrzałem startera przejaśniło się, a w czasie biegu nawet świeciło słońce.

Przed startem głównym tradycyjnie fotka przed fontanną, a potem rozgrzewka. Truchtałam bez przekonania, powiginałam się, porozciągałam i na start. Dzięki eliminacjom startowałam z trzeciej (z pięciu) fali. Generalnie im się jest bliżej na starcie tym mniejsze kolejki na przeszkodach dalej. 

fot. Renata Łój
W końcu, dobrze po jedenastej (start był planowany na 10:40), poszły konie po betonie...


... nawet się uśmiecham, ale to pewnie do zdjęcia. W glowie mam hasło "nie, nie, nie".

fot. Maratony Polskie

Początkowo biegliśmy w sporej Power Trainingowej grupce, ale po pierwszych przeszkodach się nasza stawka rozciągnęła. Biegłam przez pewien czas z Anett...

fot. e-legnickie.pl
... a potem miałam ją na oku na dłuższych prostych, zostałam sama i dobrze mi z tą samotnością w tłumie było.

fot. Renata Łój
Trasa w mieście była dość pofałdowana, wciąż wbiegaliśmy w górę i w dół. Przeskakiwaliśmy przez deski, bele słomy czy samochody. Były też zjeżdżalnie. A potem była prosta nad zalew, gdzie tradycyjnie już płotek, chwila biegiem do miejsca do czołgania i sprint pod płotem do samochodu z linami.

fot. Renata Łój
W poprzednim roku ta przeszkoda była na eliminacjach i pamiętam jak dwa razy nie utrzymałam się na wysokości i wylądowałam z powrotem na ziemi. W czasie biegu jest łatwiej, bo zawsze ktoś pomaga, ale samej podciągnąć się i przejść to było nielada wyzwanie. W tym roku znacznie łatwiej pokonałam dwa czy trzy słupły na linie, wciągając się w górę po płycie, a na górze już czekała pomocna dłoń, która wciągnęła mnie na pakę. 

Szybki zeskok i do dziury w płocie. Potem tunel z opon i opony do przebiegnięcia. Po drodze był też snop słomy, który chyba miał się palić, ale poranny deszcz dość pokrzyżował organizatorom plany z wdrożeniem na trasie czterech żywiołów. Ogień nie chciał współgrać z mokrą słomą.

W sumie nie wiadomo kiedy trafiłam do kontenerów. Wejście po desce już rok temu nie stanowiło problemu. ręce prze stopach i raźno maszerowałam w górę, a dalej przejście między kontenerami na desce. Mam na to swój autorski sposób czworakowania, bo w pionie nie przejdę, a przesuwanie się okrakiem nie uważam za łatwiejsze. Na górze chwila oczekiwania (z obawą, że dach kontenera w każdej chwili może zarwać się pod stojącym tłumem), część osób sporo zwlekało z wejściem na deskę, poza tym korek powodowało oczekiwanie, jak ktoś zejdzie z deski, bo wchodząc na nią jako trzecia miałam obawy, że pęknie...

Zeskok z kontenera na palety i... chyba w tym momencie poczułam, że zaczynam mieć przyjemność z pokonywania przeszkód i przemieszczania się między nimi...

Kolejności kolejnych stanowisk nie pamiętam. Było sporo wspinania się na czworakach w górę, było sporo w dół. Były kopce z błotem i tlącą się słomą, były betonowe tunele, były płotki, schodki, był do pokonania zalew z wodą po pachy i przejściami pod pomostami. Była Kaczawa z brodzeniem pod prąd, było czołganie pod mostkiem, była rzeczka, którą pokonywaliśmy wpoprzek, a z nowości był pająk.

Siatka podpięta była do mostu. W górę weszłam dość szybko, a na wysokości jeszcze szybciej uznałam, że schodzę, zanim zacznę się bać jak wysoko jestem i zastanawiać się jak zejdę w dół, skoro pająk jest podpięty pod mostem. Trzymałam się belek kurczowo, gdy obie nogi stały na pająku powoli zaczęłam puszczać sie mostu i gdy już obie ręce trzymały się lin, zeszłam po nich jak po drabince. Jaka była z siebie dumna!!!

Potem znowu było w górę i w dół... Część trasy pamiętałam z poprzedniego roku. Wiedziałam, po którym podejściu będzie wyjście z lasu i podejście pod linią energetyczną. Wyczekiwałam dworca kolejowego, bo pamiętałam, że przy nim będzie ósmy kilometr.

Gdy się go doczekałam, to zaczęło się bagno i błoto i w sumie było ono już do końca. Jeśli wydawało mi się, że w tamtym roku było błoto, to w tym to dopiero było! Były momenty, że ślizgałam się po mazi i wyjście na brzeg możliwe było dzięki pomocnemu kijowi, który wyciągał do biegaczy wolontariusz i wciągał na górę...

Raz noga utknęla mi w błocie po kolano i gdy spróbowałam ją wyciągnąć stojąc na drugiej nodze, poczułam jak but zostaje, miałam go przyklejonego taśmą, ale gdybym pociągnęła nogę mocniej zostałby jak nic. Przeniosłam ciężar na środek ciała i wolno wyciągnęłam nogę z butem w górę.

Ilość metrów w błotnej brei była niezliczona, Trzeba było uważać na nierówne dno i korzenie. Wolno poruszałam się do przodu.  Czasem przytrzymywałam się taśmy, bo wówczas czułam jakbym trzymała poręcz... 

fot. Renata Łój
Wbiegając w ostatnie błoto, wiedziałam że do trzech godzin na trasie zostało mi piętnaście minut. Było to po zeskoku z betonowego płotu, gdzie poprosiłam o pomoc w zeskoku, bo nie chciałam się na nim pokancerować.

No i dalej w breję i do mety... Niby blisko, a tak daleko.

fot. Renata Łój
W końcu nastał koniec błota, zostały do pokonania dwa podbiegi i kilka rur do przeskoczenia.

fot. Renata Łój

Ostatnia przeszkoda, to judocy przed samą metą. Od początku chciałam ich zaczarować urokiem osobistym, co jak się okazało trudne nie było. Stanęłam oko w oko z wybłoconym zawodnikiem i uśmiechnęłam się, jak tylko słodko potrafiłam... Na metę dostarczył mnie właśnie tak, jak to widać poniżej.

fot. Renata Łój
Bawi mnie rytuał, jaki odbywa się każdorazowo na mecie. Najpierw stoi dziewczyna z gąbką, przeciera numer startowy, a dopiero wówczas sędziowie przyznają czas i wręczany jest medal i woda.

Na mecie byłam radosna, bo dobiegłam, bo z radością przemierzałam dwanaśnie kilometrów trudnej trasy, a jak okazało się, że poprawiłam czas z poprzedniego roku i złamałam trzy godziny, to całe zmęczenie ze mnie zeszło natychmiast.

Moje lokaty
czas: 2:59:34.41
open 392/513

niedziela, 31 maja 2015

Perły Małopolski w Pienińskim Parku Narodowym czyli zmasakrowane czwórki

Drugi bieg z cyklu Perły Małopolski sprowadził mnie do Szczawnicy do Pienińskiego Parku Narodowego. W porówaniu do biegu w Ojcowskim Parku Narodowym trudność wzrosła w przewyższeniu - 1025 metrów i rodzaju trasy, bo z ulic przenieśliśmy się na górskie ścieżki. 


Przed startem było mi bardziej refleksyjnie niż wesoło. Czułam powagę sytuacji i moje wewnętrznie ustalane limity nie były już tak optymistyczne jak w Ojcowie. Biorąc pod uwagę limit wskazany przez organizatora - cztery godziny, bardzo chciałam zmieścić się w czasie 3:15:00. O złamaniu trzech godzin, nie śmiałam marzyć. Do tej pory miałam zapas czterdziestu minut w limicie i podejrzewałam, że tak pozostanie... 


Ciachu-prachu, nastąpiło południe i w trasę! Od początku podbieg, ale na asfalcie nie było zbyt stromo, więc się gnało. Po kilometrze skręt w ul. Skotnicką i się zaczęło stromo i stromiej, początkowo zwolniłam, ale truchtałam, ale gdy weszliśmy do lasu przeszłam do marszu. Z profilu trasy wiedziałam, że do piątki nic innego mnie nie czeka, jak tylko wdrapywanie.


Ku mojemu zdziwieniu jeszcze przed Bereśnkimiem zaczęły się zbiegi i wypłaszcenia.


Tydzień poprzedzający start sporo padało, więc błoto na trasie było gwarantowane. Na dokładkę dzień przed startem wieczorem też lekko mżyło, więc na świeżo utrwaliło się co już błotem było. Mazia była konkretna, ale moje Mizuno mocno trzymały się podłoża. Parę osób, które biegły w asfaltówkach koncertowo, ślizgało się w dół. Mnie to nie było pisane.

Przy pierwszej wodopojce spotkanie z uczestnikami biegu Nordic-Walking, tylko moja zadyszka (było wciąż pod górę) powstrzymała mnie od kąśliwych uwag, aby panować nad kijami. O mało nie dostałam nimi w nos od kogoś, kto wspinał się wyżej. Jegomość trzymał kije w jednej ręce, machając nimi intensywanie w tył, a drugą ręką dopajał się wodą. Grrr... Wyprzedzanko i problem załatwił się sam.

Dość szybko dobiegłam do Bereśnika (843 m n.p.m.) i potem było już w dół i tylko w dół. Starałam się na zbiegu utrzymać pozycję, jaką wywspinalam raźno wcześniej, ale kilka osób mnie wyprzedziło. Mówiłam, już że zbiegi to moja pięta Achillesowa? Niby się luźno puszczam, ale prędkości z tego nie ma...

Było w dół i w dół... Trasa przebiegała przy moim hotelu w części zdrojowej Szczawnicy, a że byłam dość jeszcze świeża, to zrezygnowałam z chwilowego zejścia z trasy, co by ogarnąć się i przywdziać korale.

Wróciliśmy do miasta, zakończenie pierwszej pętli wzdłuż deptaka przy Grajcarku. Na mostku mijam chyba cztery zakonnice, pozdrawiam je radosnym "Szczęść Boże!" i biegnę dalej. Płaski odcinek, podobnie jak zbieg, udało się biec tempem szybszym niż 6 min/km. Przed połówką udało się mi dogonić kilka osób, ale jak się potem okazało, one kończyły dychę, a ja przy strefie startu/mety zaczynałam drugie okrążenie.


Przyszła pora na pierwszy żel (akurat był punkt odżywczy) i choć profil tego nie przewidywał, zaczęło się mocno w górę! Początkowo towarzyszyły mi w marszu dwa psy, a potem dogonili mnie dwaj niedoszli zakonnicy, którzy w 2014 roku wybiegali Maraton Benedyktyński (tylko dla zawodników stanu duchownego lub tych, którzy w młodości czuli powołanie). Teraz pisząc relację, połączyłam te fakty z zakonnicami na mostku. Jakiś bieg z powołaniem mi wychodzi...

Wracając do niedoszłych zakonników - jeden pognał do przodu, drugi został ze mną i zaczęliśmy rozmawiać. Pierwsza pętla była bardzo mało socjalizująca, biegliśmy razem z dychą, a na drugiej pętli na trasie byli tylko uczestnicy półmaratońskiej niedoli. Przed Szafranówką doszliśmy dziewczynę, którą już do końca trasy doganiałam na podbiegach, a ona mi uciekała na zbiegach. Ostatecznie na prostej ją dogoniłam i na mecie byłam przed, ale znowu odbijały mi się czkawką słabe zbiegi...

Zejście z Szafranówki (742 m n.p.m., szlak wzdłuż granicy polsko-słowackiej) był baaardzo stromy. Jak widać sposoby pokonywania tego etapu były różne. Jedni schodzili bokiem, inni po drzewach, a ja popylałam krabem. Na dole na zdjęciu widać jak się doń przymierzam.


Do trzeciego punktu odżywczego czas mijał na pogaduszkach, łyknęlam żel i w dół!!! Była chwila, gdy mocno zapiekły mnie mięście czworogłowe (popularnie zwane czwórkami), ale poprosiłam je aby się nie wygłupiały, że to nie czas i posłuchały, bo ból nie pojawił się do końca dystansu.


Widoki zajmowały od czasu do czasu moją uwagę, bo ja wciąż czekałam na dwa niewysokie wzniesienia, które jeszcze czekały mnie na trasie. Zanim jednak w górę było łąką w dół, potem kamieniami i błotem ciągle w dół, aż w końcu zaczęło być coraz bardziej mokro i nadal w dół...

Biegła za mną ten odcinek dziewczyna, która w połowie wodnistego zbiegu pozwala sobie na komentarz: "Chociaż stopy się chłodzą od tej wody", moja odpowiedź ją zaskoczyła, bo odparłam, że ja mam w butach sucho... Zmianę tego stanu rzeczy zmienił dopiero regularny strumyk, który sie pojawił na ścieżce, gdy już brodziłam w wodzie po kostki, wtedy i mnie chłodziły się stópki. Wcześniej Mizuno chroniły mnie przed podtopieniami. Co ważne, kilka kroków po suchym, a woda wydostała się z buta i nie odczuwałam żadnych niedogodności typu chlupanie pod stopą. No, bo to Mizuno!

Było w końcu w górę, udało mi się wyprzedzić dwie lub trzy osoby i znowu w dół, ale tak mocno stromo w dół i tu już nie pozwoliłam się wyprzedzić. Widać już było kolejkę na Palenicę, zatem wiedziałam, że czas na finisz, bo czekała mnie tylko prosta. Znowu zleciałam tempem poniżej 6 min/km i wyprzedzałam zmęczonych biegaczy.


Na mecie zameldowałam się w satysfakcjonującym mnie czasie. Udało mi się utrzymać taką samą różnicę do najlepszej kobiety jak w Ojcowie (znowu traciłam 1:03), co oznacza, że się na trasie nie obijałam. Było zdecydowanie technicznie trudniej, a i błoto (na zdjęciu but zdążył się umyć w strumyku, który wyległ na trasę) nie ułatwiało przemieszczania się.


Nie tylko moja czacha dymiła po dwudziestukilometach w górach, Garmin też parował. Najgorsze miało jednak nadejść później. Bolące czwórki skutecznie robiły ze mnie kalekę przy wstawianiu-siadaniu czy też schodzeniu po schodach aż do środy!


Moje wyniki
czas netto: 3:10:16
open 251/278
open kobiet 32/41
kategoria wiekowa 14/19
prędkość 6,6 km/h


niedziela, 12 kwietnia 2015

Perły Małopolski w Ojcowskim PN czyli po asfalcie

Analizuję, myślę i... dochodzę do ostatecznego wniosku, iż... pobiegłam Perły Małopolski - zawody biegowe w małopolskich Parkach Narodowych na maksa. Utrzymywałam na całej trasie wysokie tętno (średnie z dystansu 174 uderzenia/min, trochę się rozpraszałam widokami, aby głowa nie zaczęła podpowiadać, żeby zwolnić), na finisz było duuuużo sił, więc pewnie ciut się jeszcze oszczędzałam, jednak... porównując ten start z wrześniowym Półmaratonem Sowiogórskim miałam mniejszą stratę do zwycięzcy. W Sowich Górach strata wynosiła 1:41:16 (przewyższenie trasy 740 m), a wczoraj 01:03:14 (385 m przewyższenia). Różnica czasu do najlepszej kobiety zmniejszyła się o 30 minut (sic!).


Zaskoczeniem była trasa, która biegła w przeważającej większości po asfaltowej drodze lub ścieżce. Buty trailowe zupełnie nie były konieczne. Na jednym zbiegu lekko zwolniłam z obawy o ślizganie się na asfaltówkach, a tak płaska podeszwa nie przeszkadzała zupełnie.


Pierwszy bieg z cyklu Pereł Małopolski to przewyższenie 385 metrów. Założyłam sobie własny limit trasy -2,5 godziny (organizatorzy określili limit na trzy godziny), a udało mi się dobiec w czasie 2:17:56. 


Podziwianie okolic Skały i Ojcowa uważam za zaliczone! Podbegi nie były straszne, na zbiegach tradycyjnie tracę pozycję, którą zdobywam pod górę.


Rzadko zdarza mi się korzystać po zawodach z udogodnień dla biegaczy w postaci pryszniców. Przyznam, że w szkole w Skale poziom zapecza sali gimnastycznej pozytywnie zaskoczył. Na świeżo mogłam wracać po biegu do Warszawy.

Moje wyniki
czas netto: 2:17:56
open 307/353
open kobiet 38/55
kategoria wiekowa 18/25
prędkość 9,2 km/h

sobota, 9 sierpnia 2014

Bieg Szlak Trafi czyli błotna przeprawa przez wąwóz

Odkąd zachłystnęłam się biegami przełajowymi, wyszukuję sobie crossowych perełek w postaci kameralnych biegów w ciekawych miejscach. Już rok temu Bieg szlak trafi przykuł moją uwagę, ale wówczas ze względu na wyjazd na obóz biegowy start okazał się niemożliwy. W tym roku nie było innej opcji, jak czyhać na zapisy i jechać w lessowe wąwozy do Parchatki, pod Kazimierz Dolny.

Jak się okazało, bieg zagościł również w kalendarzu biegowym moich błotnych znajomych z BootCamp Polska, wybraliśmy się zatem razem, od bladego świtu do wieczora spędzając razem wesoły dzień z czternastoma kilometrami w tle.


Po dotarciu na miejsce - wizyta w biurze zawodów i odbiór pakietów startowych. W lnianej torbie z logo biegu czekała na mnie koszulka techniczna, numer z agrafkami, garść ulotek od sponsorów i odblask Spółdzielni Mleczarskiej Ryki. Chwila na odsapnięcie po podróży, przywdzianie sportowych rzeczy, rozgrzewka i na start.

Z każdą chwilą słońce operowało coraz to mocniej. Kilka wcześniejszych dni było mniej słonecznych, zatem upał dawał się w znaki szczególnie. Piątkowy deszcz zrobił na trasie trochę błota, co oznaczało, że start w koszulce z logo BootCamp jest dla mnie zawsze błotem utrudzony, o czym już w czasie przedstartowych przebieżek się przekonałam.

Nadeszła w końcu godzina jedenasta, ruszyliśmy na szlak. Na dzień dobry na pierwszych metrach trasy błoto, omijaliśmy je sprawnie przeskokami, choć nie zawsze się dało. Chlupłam w końcu w glinianą kałużę i przestałam się martwić o błoto, mokrość w butach, bo było już pozamiatane w tej kwestii. Szczęśliwie, moje Mizunki dają sobie radę w takich sytuacjach, bo dość szybko pozbywają się nadmiaru wigoci, a co najważniejsze trzymają się mocno podłoża i nie pozwalają ślizgać.

Kolejna atrakcja trasy czekała na nas niebawem, było to podbieg. Niekończący się podbieg, dodam. Dreptałam powoli pod górę, dbając aby się zbytnio nie zakwasić, sapałam sobie delikatnie przy tym. Wtórowali mi w tym inni biegacze, którzy biegli obok. Po bokach podziwiac można było wąwóz i zieloną ścianę lasu.

Po podbiegu, jak się można domyśleć był... zbieg. Nie byle jaki, bo zakręcający wiele razy. Nadal byliśmy w wąwozie. Od czasu do czasu pod nogami było błoto, albo przepływająca stróżka wody. Na czwartym kilometrze, jak już stawka się rozciągnęła i biegliśmy z pojedyńczo, dognała mnie Dorota, bloggerka z bliczek.pl. Udało się nam spotkać przed biegiem, ale nie pogawędziłyśmy zbyt wiele, biegnąc chwilę razem nadrobiłyśmy to trochę. Ostrzegła mnie przed zbliżającym się o kolejnym podbiegu (nie ma to jak biec z lokalsami, przekonałam się o tym wielokrotnie, gdy nie znałam trasy), zarelamowała trasę w jesiennej scenerii, bo jak to ujęła "teraz zieleń zasłania wszystko". Rozłączyłyśmy się niebawem, a mnie udało się namierzyć wzrokiem Anett, z którą już do końca biegłyśmy w zasięgu swego wzroku. To ja z przodu, to ja z tyłu, ale blisko siebie.  

Na piątym kilometrze był wodopój, jak dobrze pamiętam właśnie za tym podbiegiem, który już ogarniałam szybkim marszem, bo szkoda mi było ostatków sił na bieg pod górę. Po wodopoju biegliśmy między polami. Słońce operowało mocno! Oby do cienia! Widok na Puławy i Wisłę zapierał dech. Wokoło rosły porzeczki, a po kilkudziesięciu metrach wbiegliśmy w sady, a potem znowu w las. W punktach krytycznych dla trasy stali organizatorzy lub sędziowie i wskazywali kierunek biegu, bez tego można było się nieźle pogubić.

Z lasu wybiegliśmy w zabudowania. Zaraz przy pierwszej bramie stała gospodyni z butelką wody, zachęcająca "panienki" czy "dziewuszki" (nie pamiętam dokładnie) do picia, bo podbieg za zakrętem na nas czekał. Obie z Anett odmówiłyśmy i biegłyśmy dalej. Ta część trasy wiodła po betnowych płytach. Marszem dotarłyśmy na wierzchołek wzniesienia. Po drodze znowu nastał las, z którego wybiegłyśmy na pole z uprawą chmielu, zaraz dalej długo ciągnące się krzaczki malin i niekończące się łąki. W końcu pola uprawne, na których zboża i ziemniaki. A słońce daje!

Nagle na trasie widzę ekipę foto z BootCamp. Trzech panów z aparatami i dopingiem na ustach! Ucieszyli mnie kibice na trasie, ale pomyślałam też o tym, że meta blisko. Czyli jedno kółko już zaraz będzie za mną. Ufff! Siódmy kilometr minęlam.


Zbieg w okolice mety był pełen kibiców, a konferansjer wyczytywał finiszujących na siedem kilometrów i dobiegających do połówkowych mat biegnących 14 km. Zawsze w takim momencie nachodzi mnie refleksja, że mogłam się zapisać na siedem kilometrów i właśnie kończyć zawody. Byłam zmęczona, zarówno biegiem jak i upałem. 

Dwa łyki wody w wodopojce i dalej! Jakże się zaskoczyłam, gdy po przebiegnięciu błocka tuż za startem okazało się, że drugie kółko trasy jest inne niż to pierwsze. W sumie to i dobrze (bo coś nowego) i źle (bo pierwsze kółko już rozpoznane)... Wyszło mi, że to dobrze i pobiegłam przed się. 


Gdy zaczął się podbieg przeszłam do marszu i puściłam przed siebie biegacza, zdziwił się, ale poinformowałam go, że "teraz będę maszerować", uśmiechnął się do mnie i dodał "ja też". Na drugim kółku (na północ od mety) podbiegi były mniej strome. Wybiegi obfitowały w pola ze zbożem, gdy sędzia poinformował mnie, żeby biec w lewo dopytałam go z niedowirzaniem: "W żyto?" Droga między polami była zupełnie niewidoczna.  Na 10 km kolejna wodopojka.

Drogą, dróżką, lasem, polem, łąką i kilometry powoli mijały. Przekonałam się po raz kolejny, że w terenie zakładanie utrzymania tempa (jak w biegach po płaskim) nie ma najmniejszych szans...


Na długo zapamiętam trzy czy cztery ostatnie wolontariuszki, które zapewniały, że zostało już niewiele do mety. Pierwsza z nich była trzy kilometry przed końcem zawodów... Toczyłyśmy się z Anett jak muchy w smole do przodu. Temperatura przewyższyła trzydzieści stopni. Cień pomagał, ale wybiegi na otwarte przestrzenie były zabójcze... Gdy jednak zobaczyłyśmy z Anett oznaczenie z 13 kilometrem i metę w oddali zaczełyśmy przyspieszać. Anett zaproponowała: "To co dobiegamy razem?" i ile sił w nogach biegłyśmy do balonu z metą. Krok w krok. Czułam jak obie przyspieszamy, żadna nie zostaje w tyle. Łeb w łeb, normalnie. Noga w nogę!

Wyczytał nas po nazwiskach konferansjer, pochwalił finisz dwóch zawodniczek BootCamp Polska i przy wtórze oklasków innych BootCampowiczów oraz kibiców, wbiegłyśmy na metę.


Jesteśmy sklasyfikowane z jednym czasem. Na trasie byłyśmy 1:43:02. Równiutko.

Krótki odpoczynek z wyjmowaniem chipa ze sznurówki został uwieczniony. Ja jednak uwielbiam być na mecie, cieszyć się z wysiłku, z tego że podołałam, że wygrałam z własnymi słabościami.


... a po odświeżeniu i przebraniu chillout i rozciąganie...


Wycieczka miała swój finał w Kazimierzu na dobrym obiadku i lodach.


Moje błotne trofea to drewniany medal, piernikowy zajączek i buty do prania. Satysfakcja z mocnego wybiegania po crossowym terenie - bezcenna.


Dodać warto, że lokalne biegi z ograniczoną ilością uczestników, to jest smaczek sam w sobie. Polecam to miejsce, ten bieg. Organizatorzy gotowi na 102, a malownicza i wymagająca trasa to jest to, co niedźwiadki lubią najbardziej.

sobota, 15 marca 2014

na zakończenie Falenicy

Pobieganie na przeziębienie dobrze mi zawsze robi, więc nawet nie wątpiłam w swój start w Zimowych Górskich w Falenicy. To zakończenie cyklu, a ja w tym roku tam nie podbiegałam. Dwa starty wypadły na czas kontuzji. Zatem czwarty start i wypadało polecieć już dychę, ale tę decyzję zostawiłam sobie na trasę.

O pogodzie wiele pisać nie będę. Wczoraj słońce i spokojna aura. Dziś rano wiatr, deszcz i kilka stopni mniej. Nie zachęcało to do biegania, ale jak to mówią nie ma złej pogody, tylko złe ubranie. Zatem ciepła bluzka, kurtka, czapka, buff i w drogę.

W czasie rozgrzewki spotkałam Ewę z Do przodu i w górę, chwilę pogawędziłyśmy, by się jeszcze spotkać przed startem i wspólnie z Krasusem z Biec dalej poużalać się nad brakiem formy, pogodą i planami na półmaraton. Była też tradycyjna Krasusowa samojebka, moja pierwsza z tego cyklu.

Biegło mi się dobrze, choć co jakiś czas zdarzały się przerywniki w postaci mocnego, mokrego kaszlu. Z dwa razy miałam mroczki przed oczami, zatem wybiłam sobie z głowy bieg na dychę. W obliczu przeziębienia i osłabienia, to była jedyna dobra decyzja. Co mnie cieszyło, to wszystkie podbiegi podbiegnięte, a i zdarzało mi się na nich wyprzedzać. Szczęśliwie, w lesie nie czuć było wiatru, więc biegło się lekko i przyjemnie. 

Oficjalny wynik - 42:37. Poprawiłam czas trasy o pół minuty. Tempo wyszło 6:58 z tętnem 162, a miesiąc temu tempo 7:07 i tętno 163. Jest dobrze!


Wybiegany w drugim moim falenickim cyklu medal wisi już wśród pozostałych trofeów. 



A oto linki do poprzednich startów XI Zimowych Górskich Biegów w Falenicy:
- 14 grudnia, na początek cyklu,

a także ranking z moimi wynikami za cały sezon:


sobota, 8 marca 2014

z wiosną po Kabatach

Jeśli w piątek przed startem strzyka tu i ówdzie (pobolewało kolano i zrobiłam sesję rozciągania), a od rana w sobotę mam awersję do ludzi, biegania i wszystkiego, co się na mojej drodze pojawia, to znaczy... że coś będzie na rzeczy.

W biurze zawodów stawiłam się tylko dwadzieścia minut przed startem, ale zdążyłam jeszcze potruchtać, porozgrzewać się i porozciągać. Generalnie chciałam mieć szybko mieć tę dychę za sobą. Wystartowałam we wcześniejszym starcie (jeszcze mogę, bo ciągle biegam ten dystans wokół godziny), poza tym całą sobotę się szkoliłam, więc zależało mi, aby szybko skończyć i wracać do Centrum.

Wcześniejszy start GPW. 37 osób; Fot. biegi.waw.pl

Na początku starałam się nie gnać, tylko biec na 70-80% (wcale jednak nie było tak wolno, jak mi się wydawało). Na pierwszych metrach usłyszałam od Suwiego "Masz to wygrać!", ale mój aspołeczny nastrój pozwalał odpowiedzieć tylko "Nic do mnie nie mów". Biegłam. Ustawiłam się w stawce i jakoś szło. Mijając pierwszy kilometr tęsknie zerknęłam na kosz na śmieci, który jest dla mnie znakiem jak wracam, że jeszcze kilometr. Chciałam już, aby był dziewiąty kilometr trasy, a nie dopiero pierwszy...

Dobiegłam do starszego pana i krok w krok za nim biegłam sobie równiutko. Przyszedł jednak moment, że postanowiłam go wyprzedzić, aby nie zwalniać. Na zegarku było cały czas poniżej 6 min/km. Pomyśłałam, że dobrze by było to utrzymać. Jak się da.

Minął drugi i trzeci kilometr, a ja czekałam na wahadełko, bo ono pozwala zobaczyć jak się jest ustawionym w stawce. Biegło przede mną około 6-7 osób i tylko jedna kobieta, ale była daleko. Na samej zakrętce udało mi się wyprzedzić dwóch facetów . To był czwarty kilometr trasy i pobiegłam go najwolniej, choć nie pamiętam podbiegów czy złego samopoczucia... Na zegarku było cały czas poniżej 6 min/km.

Na piątym wyprzedziłam kolejnego faceta i wsiadłam na plecy kolejnemu. Biegliśmy tak razem długo. Myślę, że dobre dwa kilometry. Na dziubku przy Jeziorkach dopadła nas czołówka ze startu głównego. Pomyślałam wtedy, że jest dobrze, bo mijają mnie najczęściej tuż po piątce. Na zegarku było cały czas poniżej 6 min/km.

Na siódmym kilometrze postanowiłam wyprzedzić biegacza, za którym sobie biegłam. Czułam że jestem w stanie biec lepiej. Może to dzięki motywacji wyprzedzających mnie klubowiczów? Na zegarku było cały czas poniżej 6 min/km i to ostro poniżej. Byłam w szoku, że wytrzymywałam tempo 5:33 przez cały kilometr! 


Na końcówce prostej przed Powsinem dogoniłam kobietę z wcześniejszego startu i jej kompana. Chwilę się z nimi zaczepiłam. Potrzebowałam wyrównać oddech, tempo. Gdy zakręciliśmy w stronę Kabat, zaczęłam biec z przodu. Kobieta mnie dogoniła. Trzymałyśmy równo krok kilkadziesiąt metrów. Pomyślałam sobie, że jak tak ma wyglądać końcówka tej dychy, to będzie mocno. Trzymałam tempo. W pewnym momencie, na około pięćset metrów przed koszem-znakiem, usłyszałam "Nie dam rady tak szybko" i zostałam na trasie sama. Z myślą, że z wcześniejszego startu jestem pierwszą kobietą. 

Dziewiąty kilometr jest ciut pod górę, czułam już zmęczenie w nogach, ale nadal chciałam utrzymać tendencję, aby na zegarku było cały czas poniżej 6 min/km. Zazdrościłam wtedy wszystkim tym, którzy już na mecie. Szczęśliwie i ja ją mogłam w końcu usłyszeć, zobaczyć, zbliżać się, zbliżać i zbliżać...

Fot. Ania Pławiak
Na ostatnich metrach doping klubowiczów, co już dobiegli. Biegłam ostatkiem sił. Kilka metrów przed metą dogonił mnie jakiś facet, ale już nie wyprzedził. Miło mi się zrobiło. W końcu Dzień Kobiet.

Skończyłam! Ciągle nie widziałam, jaki mam czas. Takie miałam założenie. Ważne było dla mnie tętno no i aby na zegarku było cały czas poniżej 6 min/km.

Po wyjściu ze strefy mety dostałam od sanitariuszy tulipana i przełączyłam zegarek. Oto uśmiech, jaki wynik wydobył na moja twarz. Upewniłam się, że jest forma na łamanie dwóch godzin w półmaratonie i czas 4:15 w maratonie.

A na mecie tulipan z okazji Dnia Kobiet; Fot. biegi.waw.pl
O dwie minuty poprawiłam czas tej trasy. Ukończyłam z oficjalnym czasem 56:24. Byłam 324 na mecie, jako 59 kobieta, a w kategorii 13. W generalce jestem w kategorii siódma.


sobota, 15 lutego 2014

powrót na wydmę po życiówkę

Samopoczucie przed startem w Falenicy z serii tych, których nie znoszę. Apatia, rozdrażnienie i wszechogarniająca niechęć do biegania w ogóle! No i standardowo... po takim poranku jest życióweczka o 2 minuty lepsza od tej z 14 grudnia (wówczas tempo 7:32 min/km, dziś 7:07). Powrót do Falenicy po styczniowym odpoczywaniu, taki jak lubię!


Wszystkie podbiegi podbiegnięte, zbiegi i płaskie odcinki były regeneracyjne, na uspokojenie oddechu. Na pierwszym kółku lekko narzekałam na spiętą lewą łydkę, ale po jakimś czasie się rozruszała.


Dziś ganiałam dwie kobiety. Na pierwszym kółku Czarny Dres, na drugim Pomarańczowy Bezrękawnik. Obie odchodziły mi na płaskim, ale doganiałam je na podbiegach. Czarny Dres został w tyle na drugim podbiegu drugiej pętli, wtedy zaczęłam się czaić na drugą biegaczką. Wyprzedziłam ją dopiero na ostatnim podbiegu, kiedy zrezygnowana przeszła w marsz.

fot. Dorota Świderska
Tak sobie na koniec pomyślałam, że w sumie inni biegacze dziś też byli lekko aspołeczni, bo na drugiej pętelce, gdy masowo zapętlają mnie dyszkarze, usłyszałam tylko dwa razy "cześć" i raz "Brawo, Renata!".

Czekam na fotorelację z biegu i oficjalne wyniki, bo to one będą na medalu. A na ostatni bieg w cyklu snuję plan, aby pobiec dychę. Fajnie by było się zmieścić w godzinie... Będzie ciężko.

**********************

Oficjalne wyniki: 43:08, 53/62 open. Zatem dwie minuty i dziewięć sekund lepiej niż w grudniu. Jeee!