Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grand Prix Warszawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grand Prix Warszawy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 października 2014

jesienne Siekierki z atestem czyli przedostatnie GPW

Rano było rześko. W planach miałam start na ramiączka, ale na wszelki wypadek wzięłam koszulkę na krótki rękaw. Po rozgrzewce zdecydowanie się jej pozbyłam. Wyglądałam ciut na rozgogoloną, bo sporo osób startowało na długo i w czapkach.

Z wcześniejszego startu, dla osób biegających ponad 60 minut, zrezygnowałam. Miałam chrapkę na życiówkę (trasa ma atest PZLA), przygotowałam się do tego taktycznie i wolałam mieć się z kim ścigać. Lepiej być najgorszą wśród lepszych, niż najlepszą wśród słabych... 

Jedyne co mnie martwiło, to trasa jako taka. Nie lubię Grand Prix Warszawy, które odbywa się na Siekierkach. Biega się dwie pętle-zawijasy po kostce. Z podbiegami. W czerwcu dwukrotnie trafiłam na piekielny upał (relacja z 2013 i 2014 roku), nie kojarzyła się ta trasa dobrze. Zadbałam jednak, aby koncentrować się na dystansie, a nie myśleć o tym jak jej nie znoszę. Głowa, głowa, głowa...


Jeszcze przed startem rozglądałam się za Andrzejem, który dość często na ostatnie kilometry na GPW dołącza do mnie w ramach swojego roztruchtania. Chciałam go poprosić, aby mnie na ostatnich dwóch kilometrów poprowadził, ale jak na złość nie widziałam go w okolicach Biura Zawodów. Dopadł mnie sam, w drodze na start, zatem wszystko było jak miało być. Odhaczyłam ostatni punkt, mogłam biec.

Start się chwilę opóźnił. Skakałam, aby nie zmarznąć. W końcu ruszyliśmy. Cały peleton wypruł do przodu, na pierwszych trzystu metrach zostałam sama... czułam, że jestem ostatnio i to były dobre przeczucia. Zerkałam co chwila na zegarek, miałam biec po 5:50 min/km i tego się trzymałam. Robiłam swoje. W oddali widziałam męską Białą Koszulkę, ale była lata świetlne przede mną... Pierwszy kilometr wg Garmina pobiegam jak trzeba, ale mijając oznaczenie trasy z "1 km" miałam na zegarku 6 minut, więc lekko przyspieszyłam.

Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że gdybym pobiegła z grupą wcześniejszą, wówczas miałabym z kim się ścigać, a tak... Przy pokonywaniu ulicy obstawa trasy z troską zapytała, czy nie spóźniłam się na start. Zaraz później mijałam się na agrafce z męską czołówką peletonu i trener przyznał się, że pomyślał dokładnie o tym samym... Dodał również, że wyglądałam bardzo dostojnie, co potwierdzili inni koledzy z klubu... A ja biegłam swoje.

Po nawrotce w okolicach trzeciego kilometra zobaczyłam, że Biała Koszulka przyspiesza, ale za to damska Pomarańczowa i Różowa Koszulka zwolniły na podbiegu do marszu. Mimo odległości, wiedziałam, że dam im radę. Czwarty kilometr i kółeczko wokół kanałku miał być na odzyskanie straty z podbiegów na trzecim. Doszłam Różową Koszulkę, teraz moim celem była Pomarańczowa.

Gdy przebiegałam koło wbiegu na metę, organizatorzy torowali drogę dla mającej finiszować czołówki, zapytałam fotografa zaczepnie, czy ja mogę już na metę, a w odpowiedzi była fotka, mrugnięcie okiem i słodkie "... możemy się dogadać".



Pobiegłam jednak na drugą pętlę z myślą "Dobrze byłoby przyspieszyć..." Pomarańczowa nadal daleko, ale zaczęłam zapętlać osoby z wcześniejszego startu. Szósty kilometr za mną, a ja zdałam sobie sprawę, że nie pamiętam, jaki czas miałam gdy mijałam metę... Nici z prognoz, trzeba lecieć swoje. Po nawrotce dwa podbiegi Pomarańczowa maszeruje pod oba, a wokół niej skupiła się spora grupka. Siódmy kilometr minął na zbliżaniu się do tej grupki. Czekałam też na Andrzeja, bo trzymanie tempa zaczęło mnie dość męczyć...


Wbiegam w ósmy kilometr. W oddali widzę czapeczkę Andrzeja. Czeka na mnie. Tymczasem dobiegam do grupki, Andrzej zaczyna biec jakieś trzy-cztery metry przede mną. Z dwieście metrów biegnę z grupką, ale zaczynam kolejno wyprzedzać, aż mijam też Pomarańczową, która postanawia się podczepić, ale w końcu rezygnuje, mówiąc coś i głośno oddychając. Z tego kilometra pamietam tylko mnóstwo pięknych, różnobarwnych liści, po których biegnę. Wpatruję się w Andrzejowe pięty i uderzam rytmicznie stopami o podłoże jak on. Tempo przyzwoite, gdy mijamy oznaczenie trasy, mówiące o tym, że został kilometr, uznaję, że je wytrzymam. Na ostatnich metrach okrążenia przy kanałku mijam kobietę, po wybiegnięciu w kierunku mostu widzę trojkę biegaczy, ale są daleko...

... ku mojemu zaskoczeniu zaczynam ich dochodzić, a na ostatniej prostej, gdzie wydłużam krok, są bliżej i bliżej... Wyprzedzam ich bez problemu i gnam do mety... Zegarek pokazuje 56:09, oficjalny czas 56:08. Jest rekord życiowy na 10 km. Kostka na trasie na Siekierkach została odczarowana! Trasa była ciut za długa, bo każdemu pokazała blisko 100 metrów naddatku.

Zyciówka jednak to życiówka! Ostatnio dychę z atestem biegłam rok wcześniej w Sączach (relacja), gdzie łamałam godzinę i uzyskałam czas 57:51. Dziś było minutę i 43 sekundy lepiej! Trener pochwalił mnie za taktykę, bo na tej trasie to klucz do sukcesu.

JacekBiega Running Team
Moje lokaty:
open 202/231
kobiety 36/50
kategoria wiekowa 9/11

W generalce całego cyklu wskoczyłam dwa oczka wyżej na 48 pozycję. Niestety moje kalkulacje wzięły w łeb i mam pewniakiem IV miejsce w kategorii. III będzie tylko wówczas realne, jeśli czwarta obecnie kobieta nie pobiegnie w listopadzie...

Ostatni bieg cyklu za trzy tygodnie.

sobota, 4 października 2014

dycha w jesiennej aurze Lasu Kabackiego czyli siódmy bieg GPW

Taktyka na bieg była prosta: utrzymać tętno między 178 a 180 uderzeń na minutę. Biegłam zatem przez cały dystans dziesięciu kilometrów na bardzo wysokich obrotach.

Nie przeszkadzało mi to zbytnio. Tempa i czasu biegu nie kontrolowałam, ale średnia wyszła ładnie - 5:41 min/km. Ukończyłam z czasem 56:54, co oznacza że mimo, że życiówki na trasie nie zrobiłam (brakuje pół minuty), to biegam o minutę szybciej niż rok temu na trasie z atestem. Jest chrapka, aby powalczyć o taki lub podobny czas za dwa tygodnie na Siekierkach, gdzie trasa Grand Prix Warszawy ma atest.

Dzisiejsze leśne bieganie było wyjątkowo urokliwe. Jesień na dobre zagościła już w Lasie Kabackim. Dopisało słońce, a temperatura była idealna do biegania, bo w lasie panował przyjemny dla biegaczy chłodek.

Zaczęłam w miarę spokojnie, ustawiłam się w stawce na końcu i robiłam swoje. Gdy dobiegłam do agrafki i zaczęłam się mijać z zawodnikami, miałam problem z przystosowaniem oka do wyłapywania z tłumu znajomych, których najczęściej pozdrawiam. Zrezygnowałam z tego tym razem. Biegłam i tyle... Na wahadle (ok. 4 km) okazało się, że jestem przedostatnią zawodniczką. W okolicach piątego kilometra doszłam do dwóch pań przede mną, aby na szóstym obie wyprzedzić. W oddali tliła się przede mną żółta koszulka, ale była z osiemset metrów przede mną. Wydawała się nie do dojścia. Tymczasem na ósmym była już około czterystu metrów.

Na dziewiątym przyłączył się do mnie znajomy biegacz - Andrzej, z tekstem "Nic nie mów, biegnij" i ciągnł mnie do mety pilnując, abym oddychała głęboko. Speeda pół kilometra przed metą dodał doping trenera, który uznał, że "wcale nie wyglądasz na zmęczoną", a ja automatycznie wydłużyłam krok i dopadłam żółtą koszulkę na odległość 5-6 metrów, niestety na wyprzedzenie nie miałam już sił, mimo, iż Andrzej upominał, abym się nie poddawała, wbiegłam na metę trzy sekundy po rywalce.

Z Andrzejem już na mecie, fot. Jacek Świercz

Te moje tyły na trasie nie oznaczały, że dobiegłam prawie na końcu w klasyfikacji. Wolnobiegający startują kwadrans wcześniej, to grupa około dwudziestu osób, dlatego mimo tyłów na trasie, sklasyfikowałam się na 203 lokacie (na 231 osób). Wśród kobiet byłam 38 na 48 pań. W kategorii dobiegłam jako piąta, a co najważniejsze utrzymuję trzecią pozycję w generalce. Zostają jeszcze dwa biegi i nie powinno się już nic zadziać. Mam sporą przewagę punktową. Tradycyjnie już zdobyłam również punkty dla klubu.

Mimo, że w relacji koncentruję się na tym, co na trasie, to w rzeczywistości najważniejsze w dzisiejszym biegu było spotkanie z innymi biegaczami.

fot. Jacek Świercz

Zarówno przed startem, jak i po nadrabiałam zaległości towarzyskie. Nawet (tak jakoś wyszło) rozgrzewki z klubem dziś nie robiłam, ale trafiłam doń na piknikowe rozciąganie w słoneczku.

sobota, 13 września 2014

GPW: pierwszy start po lecie

Nie wiadomo kiedy minęły wakacje i po przerwie w startach Grand Prix Warszawy nastał wrzesień i termin szóstego biegu. Tym razem na Kabatach. 

To nie był mój dzień. Wspólna klubowa rozgrzewka nie podgrzała we mnie atmosfery startu.



Ruszyłam na trasę, ale bez przekonania. Biegłam bardziej na samopoczucie niż na czas. Było upalnie i parno. Moje śrenie tętno z biegu to 187 uderzeń na minutę. Człapałam sobie bardziej niż biegłam.


Celem było ukończenie. Walczę o utrzymanie dobrej pozycji w kategorii wiekowej w cyklu. Udaje mi się też zdobywać punkty dla klubu do generalki, więc o zejściu z trasy mowy nie było. Szczerze, nawet o tym nie myslałam. Samotnie przemierzałam trasę w jesiennym, ale upalnym słońcu. Okoliczności przyrody towarzyszyły mi 

Skończyłam z czasem 59:17 jako 38/52 kobieta. Sukcesem jest czas poniżej godziny. W open byłam 222/250. Zdobyłam 26 punktów dla klubu. W kategorii tym razem ósma na dziewięć równieśniczek. Czekam na generalkę, aby zobaczyć, co się zadziało z moim miejscem w kategorii.

sobota, 7 czerwca 2014

GPW na upalnych Siekierkiach czyli nic nowego

Z pewną taką nieśmiałością zdecydowałam się pobiec Grand Prix Warszawy na Siekierkach. To piąty bieg z cyklu (wszystkich jest dziewięć) i warto walczyć o miejsce w kategorii. Jednak wspomnienie kontuzji dość mocno siedziało w mojej pamięci.

Pomyślałam, że spróbuję pobiec na ukończenie. Trasy na Siekierkach nie lubię, bo drepcze się tam dwie pętle po betonowej kostce. Tradycyjnie też jest słonecznie i duszno. 

Standardowo bieg to okazja do spotkań towarzyskich. Powinnam chyba przybywać wcześniej, aby przed startem zdążyć i z rozgrzewką i z pogaduchami. Godzina startu nadchodzi zawsze niespodziewanie...

Zaczęłam z tłumem, czyli za szybko. Po pierwszym kilometrze, kiedy Garmin pokazał tempo 5:20 min/km, uznałam, że zwalniam. To nie jet moje tempo na 10 km, szczególnie po okresie roztrenowania. To była dobra decyzja. Jednak za wyrwanie na początku zapłaciłam zgonowatością na 6 i 7 kilometrze. Tempo spadło mi powyżej 6:00 min/km. Niby udało mi się na ósmym odżyć i dogonić Różową Koszulkę, która biegła dość spory czas przede mną, ale łatwo nie było. Wtedy nastąpił przełom, z nieba spadł mi Deus ex machina. 

Gdy przebiegałam koło mety, gdy zostało mi prawie dwa kilometry jeszcze do biegania, dołączył do mnie Naderek. Pociągnał mnie do tempa 5:30, a na ostatnim kilometrze nawet do 5:20. W międzyczasie dołączył do nas Andrzej, który robił rozbieganie, i tak w trójkę biegliśmy. Dostawałam proste komendy do wykonania: Wydłuż krok. lub Oddychaj głęboko. Było też zachęcanie: Dajesz, przecież to jest tempo, które jest w zasięgu Twoich możliwości. Najbardziej jednak podobały mi się komentarze: Biegnij brzegiem trasy, nie nadganiaj kilometrów. W ten to sposób udało mi się dogonić jeszcze jedną kobietę i finiszować wspólnie z Panią Teresą, której plecy oglądałam przez cały dystans. Były taaakie nieosiągalne, a tu proszę...

Po dotarciu na metę padłam jak długa. Wybrałam na legnięcie cień namiotu-przebieralni. Dość długo dochodziłam do siebie. Na osłodę wygrałam krem przeciwzmarszczkowy.


Wracałm do domu w poczuciu dobrze wykonanego treningu. Jak na czas po kontuzji, to czas 58:17 jest całkiem przyzwoity. Zawdzięczam go, oczywiście, zającom, ale cieszę się, że miejsce w kategorii obronione.

niedziela, 27 kwietnia 2014

czwarty bieg z cyklu GPW - skąd to słońce?

Grand Prix Warszawy. Kabaty. 10 km.

Miało być chłodno i deszczowo. Jednak się przejaśniło, a na dwa kwadranse przed startem nawet mocno przygrzało. Była rozgrzewka, która skoszarowała część klubu pod lasem, a potem... powrót na start w szampańskich nastrojach.

fot. Agnieszka Maniecka

Bieg pełen atrakcji: mroczki przed oczami na pierwszym kilometrze, wilgotne podeszczowe opary w lesie, bolące od trzeciego kilometra kolano, siódme poty po całości, mucha w oku, szalejący GPS, i to słońce nie wiadomo skąd... ale też wyprzedzanko i czas poniżej godziny, więc "wstydu przed Ryśkiem" nie było. Założyłam sobie, aby na początku biec blisko 6 min/km i się udało, to pozwoliło później przyspieszać, ale nie zeszłam poniżej 5:40 min/km. Nie udało się.

Po biegu wyglądałam mało radośnie. Kto to w ogóle słyszał, aby napadać minutę po dobiegnięciu do zawodnika!

fot. Agnieszka Maniecka

Ale... po kilku chwilach było już całkiem nieźle...

fot. Agnieszka Maniecka

Oficjalny czas 58:00 (ósma w kategorii a w open 241/279) i udało się pierwszy raz zdobyć punkty dla klubu, bo dobiegłam jako 47 kobieta (a liczą pięćdziesiąt pierwszych kobiecych lokat). Całe 10 tych punktów zdobyłam! Radość, euforia, satysfakcja!

sobota, 22 marca 2014

Kabaty na rekonwalescencji

W zasadzie miałam nie biec. Dopiero co wyszłam z zapalenia oskrzeli, ale... (1) potrzebne przetarcie przed maratonem, (2) szkoda odpuścić lokatę w generalce, (3) już wróciłam do treningów po chorobie i jest nieźle.

Stawiłam się zatem na starcie, ale dla tych, którzy biegają dłużej niż godzinę. Standardowo zaczęłam spokojnie (tempo 6 min/km), aby potem przyspieszać i wyprzedzać na trasie. Dopóki nie dogonił nas peleton, miałam od innych zawodników doping, bo rozkręcałam się z każdym kilometrem i miałam siły do gnania przed siebie.



Zgasłam w okolicach 7-8 kilometra. Byłam zmęczona, oblewały mnie poty. Biegłam jednak najszybciej jak potrafiłam. Standardowo płot na dziewiątym był ścianą płaczu, ale udało mi się ukończyć z czasem 56:53, czyli tylko pół minuty gorzej jak dwa tygodnie temu.

sobota, 8 marca 2014

z wiosną po Kabatach

Jeśli w piątek przed startem strzyka tu i ówdzie (pobolewało kolano i zrobiłam sesję rozciągania), a od rana w sobotę mam awersję do ludzi, biegania i wszystkiego, co się na mojej drodze pojawia, to znaczy... że coś będzie na rzeczy.

W biurze zawodów stawiłam się tylko dwadzieścia minut przed startem, ale zdążyłam jeszcze potruchtać, porozgrzewać się i porozciągać. Generalnie chciałam mieć szybko mieć tę dychę za sobą. Wystartowałam we wcześniejszym starcie (jeszcze mogę, bo ciągle biegam ten dystans wokół godziny), poza tym całą sobotę się szkoliłam, więc zależało mi, aby szybko skończyć i wracać do Centrum.

Wcześniejszy start GPW. 37 osób; Fot. biegi.waw.pl

Na początku starałam się nie gnać, tylko biec na 70-80% (wcale jednak nie było tak wolno, jak mi się wydawało). Na pierwszych metrach usłyszałam od Suwiego "Masz to wygrać!", ale mój aspołeczny nastrój pozwalał odpowiedzieć tylko "Nic do mnie nie mów". Biegłam. Ustawiłam się w stawce i jakoś szło. Mijając pierwszy kilometr tęsknie zerknęłam na kosz na śmieci, który jest dla mnie znakiem jak wracam, że jeszcze kilometr. Chciałam już, aby był dziewiąty kilometr trasy, a nie dopiero pierwszy...

Dobiegłam do starszego pana i krok w krok za nim biegłam sobie równiutko. Przyszedł jednak moment, że postanowiłam go wyprzedzić, aby nie zwalniać. Na zegarku było cały czas poniżej 6 min/km. Pomyśłałam, że dobrze by było to utrzymać. Jak się da.

Minął drugi i trzeci kilometr, a ja czekałam na wahadełko, bo ono pozwala zobaczyć jak się jest ustawionym w stawce. Biegło przede mną około 6-7 osób i tylko jedna kobieta, ale była daleko. Na samej zakrętce udało mi się wyprzedzić dwóch facetów . To był czwarty kilometr trasy i pobiegłam go najwolniej, choć nie pamiętam podbiegów czy złego samopoczucia... Na zegarku było cały czas poniżej 6 min/km.

Na piątym wyprzedziłam kolejnego faceta i wsiadłam na plecy kolejnemu. Biegliśmy tak razem długo. Myślę, że dobre dwa kilometry. Na dziubku przy Jeziorkach dopadła nas czołówka ze startu głównego. Pomyślałam wtedy, że jest dobrze, bo mijają mnie najczęściej tuż po piątce. Na zegarku było cały czas poniżej 6 min/km.

Na siódmym kilometrze postanowiłam wyprzedzić biegacza, za którym sobie biegłam. Czułam że jestem w stanie biec lepiej. Może to dzięki motywacji wyprzedzających mnie klubowiczów? Na zegarku było cały czas poniżej 6 min/km i to ostro poniżej. Byłam w szoku, że wytrzymywałam tempo 5:33 przez cały kilometr! 


Na końcówce prostej przed Powsinem dogoniłam kobietę z wcześniejszego startu i jej kompana. Chwilę się z nimi zaczepiłam. Potrzebowałam wyrównać oddech, tempo. Gdy zakręciliśmy w stronę Kabat, zaczęłam biec z przodu. Kobieta mnie dogoniła. Trzymałyśmy równo krok kilkadziesiąt metrów. Pomyślałam sobie, że jak tak ma wyglądać końcówka tej dychy, to będzie mocno. Trzymałam tempo. W pewnym momencie, na około pięćset metrów przed koszem-znakiem, usłyszałam "Nie dam rady tak szybko" i zostałam na trasie sama. Z myślą, że z wcześniejszego startu jestem pierwszą kobietą. 

Dziewiąty kilometr jest ciut pod górę, czułam już zmęczenie w nogach, ale nadal chciałam utrzymać tendencję, aby na zegarku było cały czas poniżej 6 min/km. Zazdrościłam wtedy wszystkim tym, którzy już na mecie. Szczęśliwie i ja ją mogłam w końcu usłyszeć, zobaczyć, zbliżać się, zbliżać i zbliżać...

Fot. Ania Pławiak
Na ostatnich metrach doping klubowiczów, co już dobiegli. Biegłam ostatkiem sił. Kilka metrów przed metą dogonił mnie jakiś facet, ale już nie wyprzedził. Miło mi się zrobiło. W końcu Dzień Kobiet.

Skończyłam! Ciągle nie widziałam, jaki mam czas. Takie miałam założenie. Ważne było dla mnie tętno no i aby na zegarku było cały czas poniżej 6 min/km.

Po wyjściu ze strefy mety dostałam od sanitariuszy tulipana i przełączyłam zegarek. Oto uśmiech, jaki wynik wydobył na moja twarz. Upewniłam się, że jest forma na łamanie dwóch godzin w półmaratonie i czas 4:15 w maratonie.

A na mecie tulipan z okazji Dnia Kobiet; Fot. biegi.waw.pl
O dwie minuty poprawiłam czas tej trasy. Ukończyłam z oficjalnym czasem 56:24. Byłam 324 na mecie, jako 59 kobieta, a w kategorii 13. W generalce jestem w kategorii siódma.


sobota, 8 lutego 2014

GPW na Kabatach na przetarcie

Wraz z początkiem powrotu do biegowej normalności postanowiłam spróbować pobiec Grand Prix Warszawy na Kabatach. To pierwszy bieg z tegorocznego cyklu (o GPW 2013). Tradycyjnie będzie dziewięć startów, aby zostać sklasyfikowanym wystarczy pobiec siedem razy. Większość biegów odbywa się w Lesie Kabackim (trasa poniżej), dwa są na Siekierkach na trasie z atestem.



Pogoda na bieganie od rana była wyśwmienita. Kilka stopni na plusie, słońce. Uznałam, że dwie warstwy wystarczą. Niestety rozgrzewkę do i z Biura Zawodów zrobiłam w kurtce i było mi zwyczajnie zbyt ciepło! 


W Biurze GPW w kolejce dla abonamenciarzy szybka obsługa, a zaraz po rejestracji odbiór pamiątkowej koszulki. 


Chwila pogaduch z klubowiczmi i popędziłam na start.


Fot. z biegi.waw.pl; Jakaś biegaczka pożyczyła mi kucyka...

Ustawiłam się gdzieś na szarym końcu, ale ostatecznie okazało się, że byłam w oku cyklonu. 

Fot. z biegi.waw.pl
W przelocie szybko wymieniłam grzeczności z Karolem, który ostrzegł, abym "nie prze..." po kontuzji. Zgadłam, że to chodzi o nie-prze...forsowanie i obiecałam, że tak właśnie będzie. Jeszcze chwila rozmowy z Moniką o kolejnych startach i ruszyliśmy.

Fot. z biegi.waw.pl
Chciałam zrobić mocny trening na przetarcie. Wymyśliłam sobie bieg z prędkością narastającą, ale jak po pięciuset metrach zobaczyłam swoje tętno (182 uderzeń na minutę), to uznałam że plany trzeba zmienić. Postanowiłam pobiec w trzecim zakresie od początku do końca. W listopadzie biegłam ostatni bieg z cyklu 2013 właśnie z takim tętnem.

Jak zwykle z całej trasy najbardziej lubię wahadło między trzecim a czwartm kilometrem, gdzie można się pozdrawiać, a po nawrotce zobaczyć, jak się jest usytuowanym w stawce. Kolejny mój ulubiony kawałek trasy to bieg wzdłuż piknikowej polanki w Powsinie. Tam udało mi się nawet wyprzedzać. Jeden z wyprzedzanych dziś panów uznał: "Biegnij, mnie się nie spieszy" i stanął z boku trasy, a drugi skomentował tylko "Fajnie być młodym i szybko biegać"... Obaj mocno starsi od moich rodziców... Tak sobie pomyślałam, że przecież ani ja młoda, ani sprinterka...

Bieg na tętno wcale nie był taki trudny czy męczący. Jak zaczęło spadać, wystarczy że lekko przyspieszyłam i już było znowu między 183-185. Przed podbiegami zwalniałam, aby potem znowu na zbiegach przyspieszyć i je podwyższyć.


Prędkość poszczególnych kilometrów nie powalała, ale ja oprócz wtorkowego tempowego treningu szybkości ostatnio wcale nie robię. Ostatecznie udało się zrobić tę dychę ze średnią prędkością - 6:35 min/km, czyli po maratońsku. Jak na przetarcie wcale, wcale...

Biegło mi się komfortowo. Dwie warstwy były optymalne. Dobrą decyzją był brak czapki, był moment kiedy nawet myślałam o zsunięciu opaski, ale dla dobra moich zatok zrezygnowałam z usprawnień. Nogi grzęzły w śniegu, ale nie było to niewygodne. Od szóstego kilometra zaczęłam odczuwać czwarty palec u lewej stopy. On lubi się chować pod trzeci... Ostatecznie nie zmasakrował się zbytnio.

Na trasie oprócz nas - biegaczy, sporo spacerowiczów i narciarzy na biegówkach. Kabaty aktywnością stoją. Pogoda zachęcała do aktywnego odpoczynku na świeżym powietrzu.


Na ostatnim kilometrze dobiegałam do Kobiety w Fiolecie. Minęli mnie wówczas Monika ze startu i Suwi z Jolą, którzy zagrzali do boju. Oni się już chłodzili, a ja jeszcze robiłam swoje... Suwi napąpknął: "Przyczaj się, a na finiszu dajesz ile fabryka dała". Te 4:53 to prędkość zdecydowanie z finiszu. Moje tętno skoczyło wówczas do 196. To chyba mój maks!

Oficjalny czas: 01:04:47. Miejsce open 282/309, open kobiet 58/71. W kategorii wiekowej 14/17.
Czas identyczny jak w GPW na Młocinach w kwietniu 2013.

sobota, 30 listopada 2013

finał cyklu GPW 2013

Koniec listopada. Dopadło mnie przeziębienie, ale po kliku dniach w łóżku postanowiłam się jednak przemóc i jeszcze lekko słaba pojechałam odebrać medal cyklu Grand Prix Warszawy 2013 oraz statuetkę za IV miejsce w kategorii. To moja pierwsza wybiegana statuetka, pierwszy cykl GPW.


Swoją drogą, to miło jest zobaczyć biegaczy w cywilnych ciuchach, poza trasą. A jeszcze przyjemniej powspominać...

Oto moje relacje z GPW 2013.

sobota, 9 listopada 2013

ostatnie GPW 2013 w Kabatach

Na ostatnie z cyklu Grand Prix Warszawy pogoda dopisała. Było sucho, pojawiło się nawet słońce. Temperatura pewnie ok 7-9 stopni. Zdecydowanie to były warunki na bieg "na krótko". Przywdziałam więc spodenki, jednak zostałam w koszulce na długi rękaw. Zdecydowałam się na trailowe Mizunki, bo w lesie ciut błota i śliskich liści.


Przed startem towarzyskie pogaduchy. Przyznam, że brakowało mi tego. Ostatnio sporo startowałam poza Warszawą. Zdążyłam potruchtać chwilę w ramach rozgrzewki i na start!

Moja forma była dla mnie zagadką. Po maratonie potrzebowałam odpoczynku, biegałam w ciągu tych dwóch tygodniu tylko raz - trzy dni przed zawodami na treningu biegowym. Rozgrzewka jeszcze szła, ale interwały mnie wykończyły. Z wywieszonym językiem wracałam do auta. Gdyby nie konieczność "dobiegania" siódmego biegu w cyklu, zostałabym w domu.

Postanowiłam pobiec poniżej godziny. Na życiówkę się nie czułam. Zaczęłam ostrożnie. Pierwszy raz biegłam na tętno. Od początku do końca biegu utrzymywało się wysoko - ok. 183 uderzeń na minutę, czasem spadało lekko do 178 uderzeń, ale wtedy przyspieszałam. Początkowo strategia ta pozwalała lekko przyspieszać. Udało mi się wyprzedzić około sześć osób, ale po siódmym było źle. Nogi mnie zwyczajnie nie niosły. Generalnie, im dalej to wiedziałam, że biegnę na dobiegnięcie. Mój organizm dopraszał się o odpoczynek.


Na 9 kilometrze spotkałam kolegę. Ot, przyszedł sobie pobiegać do Kabat i zorientował się, że rozgrywane są zawody. Zaczął ze mną rozmawiać i postanowił odprowadzić mnie do końca prostej. Okey, pomyślałam, ale gdy tam dotarliśmy uznał "To ja pobiegnę z Tobą do końca, to się przywitam z ludźmi z klubu". No i wtedy to stwierdzłam, że nie wydolę. Na końcu dystansu nie da się przyspieszyć, a ja już ten krótki dystans z nim do końca prostej zrobiłam 'na maksa'. Cóż... biegniemy razem. Nie mogę napisać, że rozmawiamy, bo raczej On mówi, a ja tylko uczestniczę w dialogu monosylabami.

W końcu widzę METĘ! Dobra, ostatnie metry i będę mogła odpocząć. Tylko dzięki kompanowi na ostatnim kilometrze udało się uzyskać oficjalny czas 59:59. Godzina jednak złamana... Choć Garmin pokazał ciut więcej...



Na mecie również pogaduchy. Jednak bieganie "wśród swoich", nawet jeśli tylko się ich goni na trasie jest przyjemne...

Obiecałam sobie, że do końca miesiąca nie biegam. Stawiam na gimnastykę siłową i rozciąganie, ale nogi chcą odpocząć, więc im dostarczę trochę laby...

sobota, 14 września 2013

życiowa dyszka w Kabatach

14°C
Aktualnie: Przewaga chmur
Wiatr: płn. z szybkością 3 km/h
Wilgotność: 77%

Pogoda do biegania dobra. Chłodno, opadu brak. Na trasie nawet sucho. Tylko kilka kałuż na skraju lasu. Tak czy inaczej, na bieg wybrałam trailowe Mizunki. Trasa Grand Prix Warszawy na Kabatach ta sama co w marcu. Jakoś bardziej wolę tę ze startem z Moczydłowskiej...


Wystartowałam wcześniej, bo już o 12:00 miałam być w Starej Miłosnej. Przynajmniej w teorii. Ten start miał swoje zalety, bo się nie zostaje w ogonie i biegnie się na początku bez ścisku. No i największy atut - wyprzedzający zawodnicy pozdrawiają i zagrzewają do walki.

fot. biegi.waw.pl

fot. biegi.waw.pl

fot. biegi.waw.pl


Ale od początku. Po starcie starałam się nie wyrywać. Tempo obecnej życiówki z Orlenu 6:04 i tak celowałam. Wolniutko do przodu, a para w nogach była. Potem ciut tempo spadło, ale i zegarek mi między drzewami głupiał... Na agrafce przekonałam się, że biegnę jako szósta i postanowiłam nie oddać tej lokaty. Mówimy oczywiście o lokacie wśród wcześniej startujących. Do końca ją utrzymałam, choć między 5 a 8 kilometrem byłam piąta.


Od piątego kilometra zaczęły się wyprzedzania tych z normalnego startu. Mnie się zaczęło biec gorzej, choć szybciej i z zadyszką, ale gdy na 7-8 kilometrze widziałam tempo 5:30-5:40, to wiedziałam od czego... Wykres tętna wcale nie potwierdza mojego samopoczucia... Miałam kryzys na dziewiątym, też nie widać...


Nie mam też pojęcia, gdzie tak wolno biegłam. Przypojek na trasie brak... Może to podbiegi? Na dziewiątym był i to by się zgodziło. Wcześniejsze nie były jednak jakieś masakrycznie wysokie i długie... 


Wróćmy do zewnętrznego motywatora biegu czyli kibiców-zawodników. Pierwszy był trener z obozu biegowego - Jacek: "Tak trzymaj, Renata. Bardzo dobrze". To był piąty kilometr. Potem mijał mnie znajomy z Wołomina "Biegniesz, Misiu. Biegniesz!". Dalej: "Cześć, Renata". Na ósmym biegacz-kibic, widząc chyba moje powolne konanie, zagrzewał mnie do walki stwierdzeniem "Pani Renata utrzymuje tempo!" (Dzięki, Karol!). No i przed wybiegnięciem z lasu brawa od obozowego kolegi, a kilka chwil dalej znowu: "Cześć, Renata" od innego współobozowicza. W sumie to tylko słowa, ale na mnie działały bardzo mocno. Nie odpuszczałam. 

Gdy zobaczyłam w oddali metę, a na zegarku 55 minut biegu, to podniosłam się z niemocy i postarałam, aby nie zwolnić. Kołcz jeszcze przed startem zapowiedział, że się przestanie do mnie odzywać, gdy nie będzie piątki z przodu, więc lżej mi się zrobiło i radośnie mogłam finiszować.

fot. biegi.waw.pl


Po dotarciu do mety wzięłam w locie wodę i prosto do toitoiki. Siku na ósmym czy dziewiątym musiało już poczekać... A potem już tylko pączki i gratulacje. Oficjalny czas: 58:23. 

Moje dotychczasowe starty w Grand Prix Warszawy w tym roku wyglądają następująco:


Urwałam sporo z wyników z GPW. Choć życiówka na 10 km z kwietnia z Orlenu była pobiegnięta na 01:00:43, a w maju Bieg Wisły bez atestu pokazał 58:40.

Za trzy tygodnie zobaczymy, czy uda się utrzymać ten wynik na trasie z atestem PZLA...

sobota, 22 czerwca 2013

piekielne GPW na Siekierkach

28°C
Aktualnie: Częściowe zachm.
Wilgotność: 0%

Już piąty z cyklu dziewięciu biegów Grand Prix Warszawy w 2013 roku. Do medalowych siedmiu biegów brakuje mi jeszcze dwóch. Pobiegnę jeszcze 5 października i 9 listopada na Kabatach. W pozostałych terminach mam już zaplanowane bieganie górskie (w Rabce na Stare Wierchy) i przełajowe (półmaraton kampinoski).

Wracając myślami do dzisiejszego biegu, to po raz kolejny przyznaję, że uwielbiam być na mecie! To co się działo dziś na trasie to było PIEKŁO!!! Temperatura sięgała w cieniu 30 stopni, a tego cienia na trasie to jak na lekarstwo... W wolnych przestrzeniach przenikał ciut nas wiaterek, ale przy nasypie Trasy Siekierkowskiej słońce dawało mocno. Powietrze stało i nie było czym oddychać.

Sama nabrałam się trochę na brak znajomości trasy, bo nie była ona jak na moje oko nigdzie publikowana. Stanęłam na starcie i nie miałam pojęcia zielonego czy będą pętelki czy nie, czy takie same, czy różne... Chyba od tego upału przestałam logicznie myśleć, bo nawet mijając metę na piątym kilometrze, nadal wydawało mi się, że drugie kółko będzie jakieś inne. Postradałam zmysły, czy jak?!


Biegło się wzdłuż Trasy Siekierkowskiej z nawrotką przy betonowym cosiu wymalowanym w barwy Legii. Jeszcze na pierwszym okrążeniu (pewnie pierwszy kilometr z hakiem) to w tym miejscu "serce roście", ale na drugim  (okolice szóstego) było mi wszystko jedno... Powrót pod sanktuarium w próżni tlenowej przy nasypie i dalej kółeczko po Forcie Augustówka. Tam bywał cień! W tych okolicach w południe na 9 kilometrze usłyszałam dzwoni sanktuarium bijące na Anioł Pański i wiadome było, że godzina znowu nie będzie złamana... Wiadome zresztą było wcześniej, od 4 kilometra pewnie, ale jakoś tak do końca biegnąc w to nie chce mi się wierzyć...

Widać na wykresie jak ruszyłam z kopyta, a potem przeplatałam nogami bez przekonania. Myślę, że już na trzecim kilometrze miałam kryzys, który dziś przejawił się chęcią zejścia z trasy. Tylko medal cyklu utrzymał mnie na trasie. Nie ma za bardzo już opcji, abym mogła sobie GPW odpuszczać...


 W statystykach kryzys w myślach widoczny jest, bo od połowy biegu zdarzało mi się w tym skwarze maszerować a nie biec! Puls wyjątkowo nie szalał. Utrzymywał się w trzecim zakresie przez cały dystans.



Nie mam pojęcia, gdzie rozpędziłam się do 4:44, ale jednak tempo taka została osiągnięta. Przelotowo 6:48, choć wiem, że przy kilku marszach to i tak dobra średnia.


Przed startem udzieliłam wywiadu dla Polskiego Radia. Opowiadałam o swojej przygodzie z bieganiem, motywacji i wynikach. Tym milej mi było, bo akurat słucham tej stacji i uwielbiam Lato z Radiem. W kolejną niedzielę, będę się mogła posłuchać na antenie.

Jakby biegania w upale było mi mało... Rano wpadłam na pomysł powrotu z Siekierek do domu. Biegiem, oczywiście. W ramach wybiegania weekendowego. Idea zaiste dobra, więc aby do głowy nie wpadły mi żadne wymówki, nie wzięłam telefonu (stąd też brak zdjęć z GPW). Do dychy i 1,5 kilometra rozgrzewki dorzuciłam zatem piękną dziewiąteczkę.

Tempem spacerowym bardzo, ale przecież nie o ściganie chodziło. Ostatnie trzy kilometry powtarzałam jak mantrę:
"ze spuszczoną głową, powoli, 
leci biegacz, co już ledwo doli"

Czuję się trochę jak po pierwszym półmaratonie. W nocy prawie 15 kilometrów, dziś 20. Niezła sumka. Chodzę posuwistymi krokami. Mam nadzieję do jutrzejszej piątki na Biegu kobiet się nawodnić i zregenerować.

Z efektów spędzenia południa na świeżym powietrzu mam opalone nogi, ramiona, ręce (bez miejsca na zegarek i tenisowy napotnik), dekolt, nos i pół czoła.

sobota, 27 kwietnia 2013

GPW na Młocinach


19°C
Aktualnie: Przewaga chmur
Wiatr: płd.-wsch. z szybkością 16 km/h
Wilgotność: 72%

Po dość sporej przerwie wracam na start Grand Prix Warszawy. Tym razem bieganie na Młocinach (Las Młociński o powierzchni 103,13 ha jest zlokalizowany w dzielnicy Bielany pomiędzy ulicami Papirusów, Pułkową i lewym brzegiem Wisły). Miejsce cudne jesienią, bo mnóstwo tu drzew liściastych, wczesną wiosną tli się lekką zielenią.

Na miejsce przybyłam sporo przed rozpoczęciem biegu, trwały jeszcze ostatnie prace organizacyjne. Po drodze na szybie auta pojawiły się nieśmiałe kropelki deszczu, na szczęście wiatr przegonił deszczowe chmury. W deszczu, co prawda, jeszcze nie biegałam, ale niekoniecznie chciałam aby zmoknąć tuż przed wyprawą na majówkowy wypad. Jednak... jeszcze przed startem wyszło słońce. 


Atmosfery rywalizacji we mnie nie było ani ani. Czułam, że nie powtórzę wyniku sprzed tygodnia, który ocierał się mocno o złamanie godziny na 10 km. Bez napinki postanowiłam zwyczajnie pobiec. Standardowo przed startem do boju starał się zagrzewać mnie Kołcz, wypomina mi te sześćdziesiąt minut na tym dystansie co i rusz!

fot. Sylwia Czamara

W końcu przyszedł moment prawdy i START! Trasa po lesie stanowiła trzy kółka. Nie znałam jej. Jednak zgubić trudno by się było. Wydawało mi się, że jest mało biegaczy, a w sumie pobiegła nas dwusetka. Biegliśmy szerokim duktem, po drodze mijając dwa spore place grillowo-wypoczynkowe. Co chwila na ścieżkach pojawiali się spacerowicze, rowerzyści czy inni biegacze. Dość tłumnie jak na sobotnie południe, ale pogoda zachęcała do spędzania czasu na zewnątrz.


Ruszyłam z kopyta! Tempo po starcie było imponujące. To zresztą tłumaczy zejście w połowie biegu. Tak czy owak... szybko zostałam w tyle, tam gdzie moje miejsce.

Fotogaleria z biegu ze strony organizatora, mnie łatwo rozpoznać po pomarańczowej koszulce.



Poniżej koniec pierwszego okrążenia, gdy umierałam! Zaraz potem wziął mnie na hol Genek (to nie on na zdjęciu), który zagadywał rozmową i krok w krok podążaliśmy dalej. To dzięki Niemu utrzymałam w miarę dobre tempo do końca.


Na drugiej pętli, pewnie w okolicach 5-6 kilometra zaczęli wyprzedzać nas najszybsiejsi. Jako pierwszy pojawił się Artur, który znając moją słabość do zapętlonych tras, pozdrowił mnie radośnie i pogmerał po bioderku. Poczułam się jak na wydmie w Falenicy, pewne wartości wróciły na swoje miejsce. Dostałam kopa na kolejnych kilka minut! Pewnie temu zawdzięczam wyrównanemu tempu do końca. Oczekiwałam jeszcze wymijanki przez Kołcza, bo oprócz kuchsańca wypowiedział by cały słowotok rad, sugestii i motywujących (i nie) mnie kwestii, ale nie udało mu się! Ufff!

Biegłam sobie z Genkiem i moimi myślami, a na trzecim okrążeniu dołączyła do nas Marysia. Ona nie miała numeru, po prostu przyszła pobiegać. Miło rozmawialiśmy, kilometry topniały, słońce świeciło, piknik prawie. Po ósmym kilometrze nie byłam w stanie już przyspieszyć, choć kompan chciał. Truchtaliśmy do końca bez zbędnych przyspieszeń. Nie znalazłam w sobie siły na finisz, Genek jednak na sam koniec dostał speeda i tyle go na ostatnich metrach widziałam.

Moja meta jak zwykle radosna. Cel osiągnięty. Czas 01:04:47. Rekord w GPW, mój nie.