Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Las Kabacki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Las Kabacki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 lutego 2014

GPW na Kabatach na przetarcie

Wraz z początkiem powrotu do biegowej normalności postanowiłam spróbować pobiec Grand Prix Warszawy na Kabatach. To pierwszy bieg z tegorocznego cyklu (o GPW 2013). Tradycyjnie będzie dziewięć startów, aby zostać sklasyfikowanym wystarczy pobiec siedem razy. Większość biegów odbywa się w Lesie Kabackim (trasa poniżej), dwa są na Siekierkach na trasie z atestem.



Pogoda na bieganie od rana była wyśwmienita. Kilka stopni na plusie, słońce. Uznałam, że dwie warstwy wystarczą. Niestety rozgrzewkę do i z Biura Zawodów zrobiłam w kurtce i było mi zwyczajnie zbyt ciepło! 


W Biurze GPW w kolejce dla abonamenciarzy szybka obsługa, a zaraz po rejestracji odbiór pamiątkowej koszulki. 


Chwila pogaduch z klubowiczmi i popędziłam na start.


Fot. z biegi.waw.pl; Jakaś biegaczka pożyczyła mi kucyka...

Ustawiłam się gdzieś na szarym końcu, ale ostatecznie okazało się, że byłam w oku cyklonu. 

Fot. z biegi.waw.pl
W przelocie szybko wymieniłam grzeczności z Karolem, który ostrzegł, abym "nie prze..." po kontuzji. Zgadłam, że to chodzi o nie-prze...forsowanie i obiecałam, że tak właśnie będzie. Jeszcze chwila rozmowy z Moniką o kolejnych startach i ruszyliśmy.

Fot. z biegi.waw.pl
Chciałam zrobić mocny trening na przetarcie. Wymyśliłam sobie bieg z prędkością narastającą, ale jak po pięciuset metrach zobaczyłam swoje tętno (182 uderzeń na minutę), to uznałam że plany trzeba zmienić. Postanowiłam pobiec w trzecim zakresie od początku do końca. W listopadzie biegłam ostatni bieg z cyklu 2013 właśnie z takim tętnem.

Jak zwykle z całej trasy najbardziej lubię wahadło między trzecim a czwartm kilometrem, gdzie można się pozdrawiać, a po nawrotce zobaczyć, jak się jest usytuowanym w stawce. Kolejny mój ulubiony kawałek trasy to bieg wzdłuż piknikowej polanki w Powsinie. Tam udało mi się nawet wyprzedzać. Jeden z wyprzedzanych dziś panów uznał: "Biegnij, mnie się nie spieszy" i stanął z boku trasy, a drugi skomentował tylko "Fajnie być młodym i szybko biegać"... Obaj mocno starsi od moich rodziców... Tak sobie pomyślałam, że przecież ani ja młoda, ani sprinterka...

Bieg na tętno wcale nie był taki trudny czy męczący. Jak zaczęło spadać, wystarczy że lekko przyspieszyłam i już było znowu między 183-185. Przed podbiegami zwalniałam, aby potem znowu na zbiegach przyspieszyć i je podwyższyć.


Prędkość poszczególnych kilometrów nie powalała, ale ja oprócz wtorkowego tempowego treningu szybkości ostatnio wcale nie robię. Ostatecznie udało się zrobić tę dychę ze średnią prędkością - 6:35 min/km, czyli po maratońsku. Jak na przetarcie wcale, wcale...

Biegło mi się komfortowo. Dwie warstwy były optymalne. Dobrą decyzją był brak czapki, był moment kiedy nawet myślałam o zsunięciu opaski, ale dla dobra moich zatok zrezygnowałam z usprawnień. Nogi grzęzły w śniegu, ale nie było to niewygodne. Od szóstego kilometra zaczęłam odczuwać czwarty palec u lewej stopy. On lubi się chować pod trzeci... Ostatecznie nie zmasakrował się zbytnio.

Na trasie oprócz nas - biegaczy, sporo spacerowiczów i narciarzy na biegówkach. Kabaty aktywnością stoją. Pogoda zachęcała do aktywnego odpoczynku na świeżym powietrzu.


Na ostatnim kilometrze dobiegałam do Kobiety w Fiolecie. Minęli mnie wówczas Monika ze startu i Suwi z Jolą, którzy zagrzali do boju. Oni się już chłodzili, a ja jeszcze robiłam swoje... Suwi napąpknął: "Przyczaj się, a na finiszu dajesz ile fabryka dała". Te 4:53 to prędkość zdecydowanie z finiszu. Moje tętno skoczyło wówczas do 196. To chyba mój maks!

Oficjalny czas: 01:04:47. Miejsce open 282/309, open kobiet 58/71. W kategorii wiekowej 14/17.
Czas identyczny jak w GPW na Młocinach w kwietniu 2013.

sobota, 14 września 2013

życiowa dyszka w Kabatach

14°C
Aktualnie: Przewaga chmur
Wiatr: płn. z szybkością 3 km/h
Wilgotność: 77%

Pogoda do biegania dobra. Chłodno, opadu brak. Na trasie nawet sucho. Tylko kilka kałuż na skraju lasu. Tak czy inaczej, na bieg wybrałam trailowe Mizunki. Trasa Grand Prix Warszawy na Kabatach ta sama co w marcu. Jakoś bardziej wolę tę ze startem z Moczydłowskiej...


Wystartowałam wcześniej, bo już o 12:00 miałam być w Starej Miłosnej. Przynajmniej w teorii. Ten start miał swoje zalety, bo się nie zostaje w ogonie i biegnie się na początku bez ścisku. No i największy atut - wyprzedzający zawodnicy pozdrawiają i zagrzewają do walki.

fot. biegi.waw.pl

fot. biegi.waw.pl

fot. biegi.waw.pl


Ale od początku. Po starcie starałam się nie wyrywać. Tempo obecnej życiówki z Orlenu 6:04 i tak celowałam. Wolniutko do przodu, a para w nogach była. Potem ciut tempo spadło, ale i zegarek mi między drzewami głupiał... Na agrafce przekonałam się, że biegnę jako szósta i postanowiłam nie oddać tej lokaty. Mówimy oczywiście o lokacie wśród wcześniej startujących. Do końca ją utrzymałam, choć między 5 a 8 kilometrem byłam piąta.


Od piątego kilometra zaczęły się wyprzedzania tych z normalnego startu. Mnie się zaczęło biec gorzej, choć szybciej i z zadyszką, ale gdy na 7-8 kilometrze widziałam tempo 5:30-5:40, to wiedziałam od czego... Wykres tętna wcale nie potwierdza mojego samopoczucia... Miałam kryzys na dziewiątym, też nie widać...


Nie mam też pojęcia, gdzie tak wolno biegłam. Przypojek na trasie brak... Może to podbiegi? Na dziewiątym był i to by się zgodziło. Wcześniejsze nie były jednak jakieś masakrycznie wysokie i długie... 


Wróćmy do zewnętrznego motywatora biegu czyli kibiców-zawodników. Pierwszy był trener z obozu biegowego - Jacek: "Tak trzymaj, Renata. Bardzo dobrze". To był piąty kilometr. Potem mijał mnie znajomy z Wołomina "Biegniesz, Misiu. Biegniesz!". Dalej: "Cześć, Renata". Na ósmym biegacz-kibic, widząc chyba moje powolne konanie, zagrzewał mnie do walki stwierdzeniem "Pani Renata utrzymuje tempo!" (Dzięki, Karol!). No i przed wybiegnięciem z lasu brawa od obozowego kolegi, a kilka chwil dalej znowu: "Cześć, Renata" od innego współobozowicza. W sumie to tylko słowa, ale na mnie działały bardzo mocno. Nie odpuszczałam. 

Gdy zobaczyłam w oddali metę, a na zegarku 55 minut biegu, to podniosłam się z niemocy i postarałam, aby nie zwolnić. Kołcz jeszcze przed startem zapowiedział, że się przestanie do mnie odzywać, gdy nie będzie piątki z przodu, więc lżej mi się zrobiło i radośnie mogłam finiszować.

fot. biegi.waw.pl


Po dotarciu do mety wzięłam w locie wodę i prosto do toitoiki. Siku na ósmym czy dziewiątym musiało już poczekać... A potem już tylko pączki i gratulacje. Oficjalny czas: 58:23. 

Moje dotychczasowe starty w Grand Prix Warszawy w tym roku wyglądają następująco:


Urwałam sporo z wyników z GPW. Choć życiówka na 10 km z kwietnia z Orlenu była pobiegnięta na 01:00:43, a w maju Bieg Wisły bez atestu pokazał 58:40.

Za trzy tygodnie zobaczymy, czy uda się utrzymać ten wynik na trasie z atestem PZLA...

sobota, 16 marca 2013

zimne choć słoneczne GPW


0°C
Aktualnie: Bezchmurnie
Wiatr: płn.-zach. z szybkością 23 km/h
Wilgotność: 44%



Dziś GPW w nowej odsłonie. Trzeci (z dziewięciu) bieg w cyklu 2013. Nowa trasa, do tego goście (Handlowcy, Restauratorzy i Producenci FMCG oraz HoReCa), tylko zimowe okoliczności przyrody zostają bez zmian... Wczoraj w trakcie pakowania dostałam radę co wziąć. Brzmiała krótko i treściwie: "Bierz tylko stringi i czapkę!", żeby to takie łatwe było... Tymczasem okutana od stóp do głów przybyłam do biura zawodów.

fot. A.

Jeszcze rano zastanawiało mnie jak organizatorzy rozwiążą kwestie przebieralni w szczerym kabackim polu w tej temperaturze. Jednak zaraz po przybyciu na polankę za Tesco moje wątpliwości rozwiały się natychmiastowo... Szatnią był widoczny na zdjęciu poniżej namiot. Przed startem miałam problem ze zdjęciem kurtki, w której w końcu pobiegłam, i na samą myśl, że miałabym się przebierać w warunkach arktycznych uznałam, że będzie bez przebierania.



Warunki do biegu malownicze. Świeciło jaskrawe słońce, było jednak pewne ale... ziąb i mroźny, przeszywający wiatr. 

Trasa nowa, choć ponoć stara. Jak mam wyrazić swoją opinię, to wolałam poprzednią ze startem u zbiegu Moczydłowskiej i Leśnej. Bieg na okrągło jakoś bardziej do mnie przemawia. 

Dziś absolutnie najgorzej biegło się odcinek "agrafki" między trzecim a czwartym (ze sporym hakiem) kilometrem. Powracający z nawrotki biegli tą lepszą częścią wąskiej ścieżki, która była wydeptana, a zdążający tam taplali się w śniegu po kostki, w którym nogi się rozjeżdżały. Był to odcinek bardzo integracyjny, bo można było podziwiać biegaczy i mijać się z nimi niemal łokieć w łokieć. Miałam wówczas odczucie dość sporej intymnej zażyłości z innymi, bo zapachy buzowały a feromony się unosiły nad skierowanym do mety tłumem biegaczy. 


Drugi trudny odcinek był na skraju lasu (właściwie w dwie strony), gdzie i sypki śnieg i mocno wiejący mroźny wiatr skutecznie zatrzymywały prędkość. O przyspieszeniu na finiszu nie było mowy. Tam zresztą o mały włos nie wjechała we mnie narciarka biegaczka, która gnała w przód patrząc w ziemię, jak dobrze, że odrobina refleksu i sił witalnych we mnie została i uskoczyłam spod jej toru jazdy.

Były, rzecz jasna, również przyjemne odcinki. Bieg w kierunku Jeziorek już po raz kolejny mnie urzekł. Było bardzo przyjemne ciepełko i maksymalne nasłonecznienie. Odcinek ten pretenduje na miano "mojego ulubionego".


Generalnie biegło się dość opornie. Przez 80% czasu marzyłam o zmianie warunków. Niby ja innych w bieganiu nie znam, ale śnieg dość mnie zmęczył swoją obecnością w tym roku. (Pewną argumentacją za wiosną są też lżejsze biegowe ubrania czekające na swoją premierę, ale to wspominam zupełnie na marginesie). 

Analizując zapis Endomondo widać, że ruszyłam z kopyta, a pod koniec wlokłam się niemiłosiernie. Mnie się zawsze wydaje, że po szóstym kilometrze to ja nowych sił witalnych dostaję, ale statystyki mi po raz kolejny pokazują, że tylko mi się wydaje...


Dzisiejszy bieg skończył się z czasem: 01:08:51. Życiówek zatem nie pobiłam. Dobrze, że meta osiągnięta. 



Po biegu, w oczekiwaniu na losowanie upominków (byli tacy wśród nas, co czekali na puchary), ucinaliśmy sobie pogawędkę z debiutującą na zawodach A. (nota bene, świetny debiut!), dzisiejszym Zwycięzcą oraz W., który przed startem podszedł do mnie, upewniając się, że Radosne bieganie to na pewno ja i przypomniał, że znamy się z Falenicy i portali społecznościowych wszelakich. W tak zwanym między czasie przewijali się przez nasze wesołe grono inni biegacze, z którymi wymienialiśmy uwagi i stan przygotowań do półmaratonu warszawskiego, który już w następną niedzielę. W tym czasie zdążyłam wyschnąć po biegu, więc szatnia faktycznie nie była mi dziś niezbędna.



Mimo, że nie udało mi się złowić zestawu upominków FMCG (mówią, że kto ma szczęście w losowaniach ten nie ma w miłości), dostałam z pakietów do wygrania owsiankę od Dżoli i cukierka od Zwycięzcy. 

Najmilszą jednak chwilą po biegu był powrót do wygrzanego słońcem auta! Dzisiejszy dzień sponsorowało hasło: Zimność nad zimnościami i wszystko zimność! Brrrr...


sobota, 2 marca 2013

dycha z zającem


4°C
Aktualnie: Przewaga chmur
Wiatr: płn.-zach. z szybkością 29 km/h
Wilgotność: 52%


Kabaty na bis.
Cel (niekoniecznie mój): przebić barierę godziny na dychę. 
Efekt: Endomondo wskazało 01:09:56. Oficjalny czas: 01:09:38. Gorzej o 3 minuty niż 16 lutego.
Trasa ta sama, co dwa tygodnie temu, zwana "starą".


Biuro zawodów dziś w innym miejscu niż ostatnio, gościliśmy w gimnazjum. O 10.oo, czyli na godzinę przed zawodami, w miarę pusto. Kolejek po odbiór numerków praktycznie brak. Odebrałam swój nowonadany mi "1665", przypięłam dumnie na pierś i podążyłam w kierunku startu.

Z zaparkowaniem auta blisko lasu był problem, auta były kierowane w boczne uliczki. Zdecydowanie więcej nas biegło dziś niż za pierwszym razem... a może mi się zdaje... Na oko - więcej :)

Rozgrzewka w miłym towarzystwie. Przywdziałam czapkę z logiem klubu biegowego Kołcza, co przysporzyło mi popularności, której się nie spodziewałam. Widząc totalnie zimowe warunki na trasie, nie wróżyłam sobie wyniku marzeń. Wszędzie już śnieg i lód zniknął, w lesie było go sporo. Ponoć to zasługa mikroklimatu Lasu Kabackiego, gdzie temperatura jest zawsze 2-3 stopnie niższa niż wszędzie. Miejscami lód tworzył jeszcze sporą warstwę, która w zależności od miejsca świeciła się wypolerowana jak lustro lub zastygła tworząc góry i doliny po krokach wykonanych w śniegu. Falenica wytrenowała mnie w takich warunkach, więc narzekać nie narzekałam, trasa jak trasa. Tylko to jednak nie trasa na rekordy. Najlepszy czas w Falenicy zrobiłam, gdy nie było śniegu.

W końcu doczekałam się na Kołcza, który to miał za zadanie dociągnąć mnie na metę na czas 59:59. Oznajmił, że to jest w tych warunkach do zrobienia i ruszyliśmy na start. "Słowa na niedzielę" dziś przed biegiem nie wypowiadał, a to dlatego, że MÓWIŁ CAŁY CZAS jak biegliśmy! Rany boskie, jaka to gaduła! Mówił do mnie, mówił do (z początku, rzecz jasna) wyprzedzających nas znajomych mu biegaczy, mówił, mówił, mówił... 

Dostawałam rady, jak trzymać ręce w czasie biegu. Ciągle nad tym pracuję. Wiem, że je podkurczam i macham bez sensu ramionami. Trzymanie się wskazówek, żeby równolegle, było o tyle trudne, że przyzwyczajenie robi swoje... Kołcz kazał mi też głęboko i GŁOŚNO oddychać. Głęboko to ja rozumiem, ale czy to głośno jest koniecznie? Efekt dotlenienia organizmu mierzy się odgłosami i zipaniem?

Kryzys trzeciego kilometra był. Dziś ujawnił się bardzo lekką kolką, wybiegałam ją, na szczęście. Lubię wbiegać w taki dziubek w kierunku Jeziorek i ulicy Puławskiej. Dziś było tam o tyle miło, że na samym szczycie nie było śniegu. Biegło się po ściółce. Wtedy nie słychać odgłosów uderzania stóp o podłoże. Wbieganie w piąty kilometr było spektakularne, bo świeciło i dogrzewało nam słonko. Czuć było wiosnę. Fajne uczucie. W moim biegowym doświadczeniu to pierwsze takie. Cały dystans wzdłuż Ogrodu Botanicznego można było biec bokiem, po liściach. Tam zima najszybciej opuści Kabaty.

Po osiągnięciu szóstego kilometra przy szlabanie w Powsinie jest najczęściej z górki... Nie tym razem. To był krytyczny moment dla mojej psychiki. Nie pomogły komplementy biegaczki zza pleców, że mam fajną figurę i bosko się patrzy na moje pośladki. Drażniło mnie wtedy dosłownie wszystko. Numer przypięty uderzał o pierś - przeszkadzało. Biustonosz uciskał lekko - przeszkadzało. Telefon w armbandzie na przedramieniu - przeszkadzał. Spodnie opinały lekko łydki - przeszkadzało. Ręce przeszkadzały. Znajoma z jednej falenickiej pętli siedząca mi na plecach (ta od komplementów) - przeszkadzała. Kołcz mówiący też przeszkadzał. Grrrrr! To chyba taki moment, że można zabijać w afekcie. Tyle, że szkoda czasu na zbrodnie. Meta czeka!

Przy ósmym kilometrze szybka kalkulacja na co mam wpływ, a na co nie. Ustąpiłam miejsca biegaczce z tyłu, niech biegnie pierwsza. Pobiegła! No i lepiej! Kołczowi też powiedziałam, że chce już sama. Został w tyle, ale tuż za mną. Grrrr! Poprosiłam, aby pobiegł przodem. Zosia Samosia się włączyła mi okrutna. Jak pobiegł, tak oglądałam tylko jego plecy znikające za horyzontem. Zdjęłam też czapkę, bo ciepło mi się zrobiło... W końcu cisza, kontemplacja przyrody i koncentracja na biegu! Ufff! Jak to kobiecie wiele do szczęścia nie potrzeba. Czasem wystarczy zostać samej.

Spektakularnych finiszów nie było. Człapałam bardziej niż biegłam. 



Na mecie czekał na mnie tulipan, a w biurze zawodów nawet prezent. Jako że kategorii prezentów dla kobiet było dwie (do 35 roku życia i ponad), to miałam dylemat żaby, do której kategorii się zaliczyć... Wybrałam pierwszą, zaprezentować się kolegom biegaczom jednak wśród młódek, w mojej ocenie to zapewne lepiej niż bycie tę młodszą z drugiej kategorii. Gift powiększył moją domową kolekcję kubków. Miło być biegającą kobietą, zaiste miło!




Ogromne podziękowania dla biegowego oblatywacza, zająca, trenera, dawcy wskazówek, piewcy przyrody w Kabatach, rozśmieszacza, wyczuwacza moich feromonów, wspominacza wydarzeń w miejscach po trasie czyli Kołcza. Suwi, ogarnę tę godzinę na 10k, ale po swojemu. Daj mi chwilę.

Zmęczył mnie dzisiejszy dystans. Biegam w swoim tempie i póki nie nabiorę siły biegowej, co na prędkość się przełoży, nie rozbiję głową ściany. Jak patrzę na statystyki, to pobiegłam podobnie jak półmaraton. Tyle, że w niedzielę biegłam radośnie, dziś nie. Znajomy biegacz z Wołomina, który nadgonił życiówkę w Wiązownie o całe 5 minut (gratuluję!), przyznał się, że w niedzielę biegł z uśmiechem na ustach, dzisiejsze Kabaty też były dla niego trudne. Może to coś w powietrzu? Przesilenie?