Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obóz biegowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obóz biegowy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 czerwca 2014

z Pienin w Bieszczady czyli biegowy tydzień w górach

piątek, 23 maja
Szczawnica, Pieniny
5 km

Przyjazd do schroniska, chwila na zakwaterowanie i wyszliśmy potruchtać. Widok z okna zapowiadał się pięknie nawet po ciemku. 


Trasa spacerowa w kierunku słowackiej granicy idealna do biegania. Po zmierzchu należy tylko zwracać uwagę, aby nie podeptać salamander. Niestety po ostatnich burzach droga wzdłuż Dunajca na Słowacji miejscami trudna do przebycia. Zwalone drzewa tarasują trasę. 

Kolano współpracuje. Pełna obaw zaczynam powrót do treningów po kontuzji lewego pasma.

sobota, 24 maja
Szczawnica, Pieniny
29,5 km

Poranek budzi nas słońcem i przepięknym widokiem. Cisza wokoło i szum Dunajca w dole urzeka mnie mocno.


Około 10tej ruszamy na Trzy Korony. W Krościenku mamy nagrania techniki biegowej, już na 5 kilometrze czuję, że ból doskwiera. Zostaję z tyłu za grupą. Co jakiś czas doganiam towarzystwo i wspólnie wykonujemy ćwiczenia stabilizacyjne na balach lub rozciąganie.

Jeszcze przed szczytem zastaje nas na szlaku burza. Ulewa moczy nas, a słońce niestety nie pojawa się, aby nas wysuszyć. Po wspólnym zdobyciu Trzech Koron, zostaję na szlaku sama. Umawiamy się w schronisku. Na skrzyżowaniu szlaków mam skręcić w lewo i wąwozem dotrzeć gdzie trzeba.... Taaaak... Tylko czemu skręciłam w prawo? Szło się milusio, wędrówka sprawiała mi sporo przyjemności. Naumiałam się tak stawiać nogę, aby nie bolało przy schodzeniu. Wyschłam nawet. Po dwóch kilometrach zaczęłam analizować, co usłyszałam (w lewo), a co zrobiłam (w prawo) i zawrotka. Cztery kilometry gratis, a co?!

Trzy Korony od strony Sromowców Wyżnych
Wróciłam do skrzyżowania szlaków, a tam jak byk na drogowskazie, że do schroniska Trzy Korony w lewo, tyle że ja skręcając w prawo nawet nie mijałam tego drogowskazu... Na dobrym szlaku nie dało się już za bardzo przyspieszyć, bo było mocno skaliście, czasem przeskakiwałam przez strumyk. Szczęśliwie, czekali na mnie, choć i trochę się o mnie martwili...

Kolejny etap razem to przyjście przez Sromowce i przy Czerwonym Klasztorze znowu zostaję sama. Czeka mnie dycha na trasie przy Dunajcu. Początkowo prosta jak drut, mimo że mocno zakręcająca, ale bez przeszkód w postaci poprzewracanych drzew. Marsz szedł mi jak złoto, gorzej gdy chciałam przejść do biegu. Ból w kolanie wracał. Zarem noga za nogą wróciłam do schroniska. 


niedziela, 25 maja
Wąwóz Homole, Pieniny
4 km

Dostaję od trenera lajtową, ale malowniczą trasę. Udaję się do Wąwozu Homole. Mam nawet czas na buju buju z widokiem na Pieniny Małe. Jak nie szarżuję, kolano jest grzeczne.



poniedziałek, 26 maja
Wierchomla, Beskid Sądecki
17,5 km

Trener przykazał dużo podejść, co by wzmocnić uda i pośladki. Zatem z Wierchomli pomaszerowałam w górę - na Halę Łabowską, a stamtąd przez Runek (1082 m n.p.m.) do Bacówka nad Wierchomlą. Pogoda dopisuje.

Runek zdobyty
Na miejscu dużo rozciągania z widokiem na Tatry. Zauważam zmianę podłoża. Już nie ma skał jak w Pieninach.



wtorek, 27 maja
Huta Polańska, Beskid Niski
8 km

Po śniadaniu 3 km w dół do Wierchomli. Fajnie nie spotkać na trasie NIKOGO. Potem transfer w Beskid Niski i w górę (zgodnie z zasadą, że wzmacniamy uda i pośladki) z Huty Polańskiej na Przełęcz Mazgalicę. Po drodze sporo strumyków do przeskakiwania, urokliwy kościółek i obawa czy na trasie nie spotkam niedźwiedzia... 


W drodze powrotnej do schroniska udało mi się zbiegać, co napawało mnie sporym optymizmem, że ja w końcu zacznę znowu biegać. Dopełniłam kilometraż kolejną piątką. Wieczorem dużo rozciągania.


środa, 28 maja
Zyndranowa, Beskid Niski
6 km

Beskid Niski wrócił wiarę w bieganie. Rano z całą grupą zrobiliśmy płaską szósteczkę po okolicy. Kolano współgrało.

Transfer do Zyndranowej i odpoczynek. Napawałam oko tym widokiem, rozciągając się dość długo.



czwartek, 29 maja
Komańcza, Bieszczady
16,1 km

Nieoczekiwana zmiana miejsc i jestem w Komańczy. Wybieram się na wycieczkę wzdłuż granicy. Widoki żadne, bo trasa wiodła lasem, lasem i lasem. Powrót już biegiem, bo niebo zapowiadało, że będzie się działo. Kolano nie boli.


Wieczorem rozciąganie. Pada.

piątek, 30 maja
Komańcza, Bieszczady
17 km

Zaczynam trasę Rzeźnika, choć wiem, że całej nie przemierzę. Pierwszego dnia decyduję się na trasę spod kościoła w Komańczy do Jeziorek Duszatyńskich. Przełom Osławy koło Duszatyna mnie urzeka. Biegnę (tak!) i nucę "Bieszczadzkie anioły".



sobota, 31 maja
Połonina Wetlińska, Bieszczady
17 km

Trener wymyślił trasę z widokami, zatem ruszam w towarzystwie dwóch obozowiczów ze Smereka do Brzegów Górnych. Pogoda na starcie w porządku. Przed wejściem w las biegniemy. Nie pada, ale niebo jest zaniesione chmurami. Im wyżej, tym bardziej wieje i jest mgliście. Potem na Smereku zaczyna też padać. O rany, ten Smerek to było bardzo długie podejście! Niekończące! Miałam tu możliwość wypróbowania kijków trekingowych. Nie powiem, pomagają na podbiegach, podejściach. Przy schodzeniu też. Nie wiem, co z nimi robić na płaskim.

Idziemy Połoniną Wetlińską (widoczność do 10 metrów), ale coraz bardziej z trudem. Nic nie widać. Widoki sobie opowiadamy. Wiatr szaleje, jest zimno i mokro. Moje spodnie (długość 3/4) są przesiąknięte na wskroś i jest mi w nich masakrycznie zimno. Dłonie chowam w rękawy. Są sine. Po kilku kilometrach mam dość i jest mi wszystko jedno. Nic nie widać, oprócz kamieni, po których stąpamy. Cieszę się, że w czasie tej wędrówki mam kompana. Drugi obozowicz zostaje w tyle, utrzymujemy z nim kontakt wzrokowy, ale on idzie sam.

Widoki rekompensujące wszystko

Wiem, że tuż przed Brzegami jest Chatka Puchatka, schronisko. Oby tam dojść, choć chwilę się ogrzać. Mój kompan odlicza mi czas, gdy tam dotrzemy. Pokrzepia mnie. Dzielę się z nim marzeniem, że chciałabym, aby w tym schronisku był rozpalony kominek. Uprzedza mnie jednak, że to miejsce z klepiskiem zamiast podłogi i abym nie oczekiwała luksusów. Eh... 

Faktycznie w Chatce Puchatka bardzo ubogo. Dostajemy herbaty i ruszamy dalej. Dziwnie przygląda nam się grupa turystów, oprócz wiatrówek mamy krótkie spodenki. To nie jest ubranie na taką pogodę.

Szczęśliwie, gdy zeszliśmy do linii lasu wiatr ucicha. Mżawka jeszcze trochę nas prześladuje. Najważniejsze, że jest cieplej. Jesteśmy w stanie nawet widzieć kawałek Połoniny Caryńskiej.

Wracamy do Cisnej, gdzie mieszkamy. Marzymy tylko o prysznicu i ciepłej kołdrze. Wieczorem, jak zwykle, rozciąganie.


niedziela, 1 czerwca
Tarnica i Halicz, Bieszczady
20 km

Startujemy z Wołosatego. Tym razem już tylko we dwoje, z moim wczorajszym towarzyszem. Ruszamy szlakiem na Tarnicę (1346 m n.p.m.) i Halicz, aby wrócić przez Przełęcz Bukowską. Niestety po wejściu na szczyt nachodzi mgła, nic nie widzimy... Te Bieszczady, to chcą, abym tu jeszcze wróciła, ja tu niczego nie zobaczyłam jeszcze - pomyślałam.

Za Haliczem (1333 m n.p.m.) przejaśnia się. Odsłania się widok na Bieszczady po stronie ukraińskiej.


Po zejściu do lasu widoków już nie ma... Mam ogromny niedosyt Bieszczadzkich panoram.


Podsumowanie obozu
Sportowe: prawie 140 km w 10 dni, więcej się nie dało. Zdecydowanie pokonałam je marszem nie biegiem, ale wzmocnienie nóg od podchodzenia czuć. Przychodzi mi na myśl hasło: od kontuzji to jej braku. A! i przekonałam się o sile i skuteczności rozciągania. 

Urlopowe: totalny reset. Chyba dopiero po tygodniu zastanowiłam się nad dniem tygodnia i datą. Kilka dni bez zasięgu dały oderwanie od rzeczywistości, internetu. 

niedziela, 2 marca 2014

łydki chciały po płaskim - na Bór na czerwonem

Po trzech wycieczkach górskich (dzień po dniu) moje łydki powiedziały: dość! Gdy przemieszczałam się pod górę, po prostu kamieniały. Zatem opcja na niedzielę była jedna z możliwych - musiało być po płaskim. Postanowiłam zatem wybrać się w kierunku cywilizacji. 

Zwiedzanie Nowego Targu biegiem, wydało mi się interesujące, bo miałam trafić na torfowisko. Po raz ostatni zatem zbiegłam w dół na Kowaniec, a potem pokierowałam się w kierunku placu targowego. Po drodze mijałam najpierw Czarny Dunajec...




... potem Biały Dunajec. Po drodze zostawiłam z boku giełdę na placu targowym. Nie była ogromna, ale tłumnie ludzie się nań przemieszczali.


Obiegłam miasto od wschodniej strony i dotarłam na lotnisko aeroklubu. Droga doń prowadząca pełna była od biegaczy, ponoć tam spokojnie można biegać interwały...


Dalej przemieściłam się w kierunku Rezerwatu "Bór na czerwonem" czyli na torfowiska. Do serca torfów prowadzi drewniana kładka, na której końcu była platforma obserwacyjna. 


Widoki, jakie prezentowały się przed moimi oczami były jak widać urocze i malownicze. Szkoda jednak, że nie mogę się podzielić tą ciszą, którą tam mogłam chłonąć...


Po chwili na wygrzewanie w słońcu pora na dalszą drogę. Wzdłuż mostków na Dunajcach wróciłam do drogi na Kowaniec. Nie miałam może wielu kilometrów w nogach, bo zaczynając podbieg do kwatery było ich około jedenastu, ale po drodze dwukrotnie posiłkowałam się żelem energetycznym i nadal byłam głodna. Uznałam, więc że nie ma co przedłużać wybiegańska z burczącym brzuchem.



Bardzo cieszy mnie niziutkie tętno tego wybiegania. Nie było też zadyszek. Organizm odczuwał, że jest płasko i był wdzięczny, tylko głodny.

A po obiedzie spacer nad jeziorem Czorsztyńskim. Pogoda nadal świetna, choć o piętnastej nad wodą mocno wiało.


Wybiegana, wyspacerowana, dotleniona i wypoczęta mogłam zacząć myśleć o powrocie do domu. Mój prywatny, indywidualny obóz biegowy dobiegł końca...

sobota, 1 marca 2014

na Stare Wierchy

Uniknęłam powrotu zielonym szlakiem z Turbacza, więc stał się on drogą w kierunku Starych Wierchów. Profil trasy miał zapewnić mi urozmaicenie, a dostarczył trochę stresu. Przewyższenia wynosiły 772 w dół i w górę.


Z Nowego Targu Robów uliczką ruszyłam w kierunku Bukowiny Obidowskiej. Lód na drodze spotkałam wcześniej niż myślałam.


Szczęśliwie, kilkadziesiąt metrów dalej ścieżka nie przypominała zimowych warunków i sprawnie przemieszczałam się w górę. Tuż przed Bukowiną Obidowską szlak wyszedł z lasu na polanę z bardzo stromym podejściem. Maszerowałam pod nią, ale było mi coraz ciężej. Udało się pokonać ten odcinek bez przystanków, ale było to ostatkiem sił i oddechu. 

W końcu zaczęło być w dół. Fajnie, fajnie i truchtałam odpoczynkowo, aż się zaczęło. Lód lodem poganiał. Nogi zjeżdżały się, więc o biegu czy marszu mowy nie było. Kucnęłam, aby zjeżdżać na butach, ale tępy śnieg nie pozwalał na ślizg... więc powoli maszerowałam w dół bokiem szlaku. 


Szłam i szłam i szłam. To był północny stok, słońce do niego nie docierało, robiło się zimno, a ten "zbieg" nie miał końca. Kluczył, zakręcał i ciągnął się lodem dalej.  Zaczęłam rozważać powrót...

... ale w górę po tym lodzie wydawał się on równie trudny, więc szłam dalej w dół. Sprawdzając opcje trasy, wiedziałam że w Obidowej mija się pętlę autobusową, to było światełko w tunelu na powrót... Nie wyobrażałam sobie tej trasy pod górę.

W Obidowej się zgubiłam. Trafiłam na drogę oblodzoną, a bez pobocza i to był moment, kiedy podjęłam decyzję, że Stare Wierchy nie będą moim udziałem. Trzeba wracać, szukać transportu innego niż własne nogi. W takich momentach pojawia się "Deus ex machina" i... odnalazłam szlak na Stare Wierchy. Mimo dychy w nogach postanowiłam jednak sfinalizować wycieczkę, tak jak ją planowałam. 

Po dotarciu do schroniska uznałam, że widoków do fotografowania to raczej nie ma... Nawet budynek schroniska wydawał się nie nadzwyczajny...


Uznałam jednak, że warto posilić się na dalszą część wyprawy. W sumie nie wiedziałam, jak się moja wyprawa zakończy... Pomidorowa smakowała mega i zniknęła z miseczki w mgnieniu oka!


Po zbiegnięciu do Obidowej, gdy nie zobaczyłam ani autobusu, ani ludzi na przystanku uznałam, że trzeba wrócić na trudny północny stok i spróbować swoich sił w wspinaczce po lodzie.

Ku mojemu zdziwieniu marsz pod górę wcale nie był taki trudny. Wbijałam mocno w zlodowaciały śnieg but i stopa pozostawała w miejscu, pozwalając robiąc drugą nogą krok. To, co było niemożliwe w dół, w górę wcale nie sprawiało trudności. No tak, największy problem stanowi nasza głowa i obawy w niej piętrzące się bez działania...

Ku mojemu kolejnemu zdziwieniu usłyszałam przed sobą głosy. Czyżby na szlaku byli przede mną ludzie? W dół nie mijałam NIKOGO! Dogoniłam dwóch maszerujących (na oko) studentów i dość szybko ich odstawiłam, bo na płaskich odcinkach podbiegałam. Aż z naprzeciwka kolejna niespodzianka - dwóch kolejnych piechurów. Jeden z nich na mój widok odparł tonem pocieszycielskim: Nie przejmuj się, niedługo będzie w dół. Powiedziałam tylko, że ja wcale się nie martwię i pomyślałam, że gdyby mnie zobaczył kilka godzin wcześniej w tym samym miejscu, wtedy mógł mnie pocieszać. 

Minęłam Bukowinę Obidowską, skończyło się zlodowacenie, a ja miałam poczucie, że mam już dość górskich wycieczek. Ta dzisiejsza zmęczyła mnie bardziej psychicznie niż fizycznie, mając tylko 14 kilometrów w nogach, miałam serdecznie dość. Przemieszczałam się przed siebie zniechęcona, aż moim oczom zaczął pojawiać się prześwit lasu... 


... a za nim widok, który zapierał dech w piersi. Na tej stromej polanie mogłam podziwiać przepiękny krajobraz Tatr, które wydawały się być wyjątkowo blisko.


Ten obraz naładował mnie tak energetycznie, że nie wiem kiedy dobiegłam kolejne pięć kilometrów i znalazłam się w Nowym Targu. Nie czułam już w ogóle zmęczenia.

piątek, 28 lutego 2014

odpoczynkowo na Maciejową

Po mocnym akcencie dzień wcześniej, kiedy to dotarłam na Turbacz, przyszła pora na odpoczynkowe pobieganie tam i z powrotem. Z Rabki na Maciejową, a właściwie do schroniska, czyli ciut dalej. Wycieczka teoretycznie na przewyższenia +/- 370 metrów. Zapomniałam na nią zegarka, więc biegłam totalnie na samopoczucie. To miało wpływ na miłą niespodziankę, którą sobie zrobiłam na koniec.

Trasa początkowo uliczkami miasta (między sanatoriami), potem wybiega się na łąki z takimi widokami z prawa...

... i lewa...


Zadowolona byłam, że śniegu nie widać i że względnie sucho... a najbardziej z tego, że na trasie spotykałam ludzi! To ma jednak swój klimat.


 Truchtałam sobie zatem przed siebie, aż zaczęło być coraz bardziej mokro...


Moje buty przestały wyglądać elegancko, a ja nauczyłam się jak stąpać, aby nie ślizgac się po błocie.


Po drodze mijałam kapliczki i stacje Drogi Krzyżowej. Mam wrażenie, że Gorce są pełne takich miejsc...


... aż w końcu po etapie błota, doczekałam się też oblodzenia. Nogi się znowu zaczęły rozjeżdżać, więc wolniutko krok po kroczku posuwałam się do przodu.



Maciejowa (815 m n.p.m) przywitała mnie zimowo...


.. aby już kilka metrów dalej przed schroniskiem była wiosna... Dotarcie zajęło mi równo godzinę.



Samo schronisko niezwykle przytulne, a sala dla turystów maleńka. Spędziłam tam chwilę, napoiłam się izotonikiem i postanowiłam gnać w dół.





Po drodze mijałam tych, których wyprzedzałam podążając w górę. Jeden tata na mój widok tłumaczył synkowi "O zobacz, pani już wraca!", na co rezolutny chłopiec, któremu nie pozwolono biegać, aby się na płaskim nie zmęczył i zostawił siły na potem (byłam świadkiem tej rozmowy), odpowiedział: "To się nie liczy! Ta pani biegła".

Gnałam, gnałam i gnałam (czyt. truchtałam, truchtałam, truchtałam radośnie), aż wróciłam do Rabki, do początku czerwonego szlaku i gdy zobaczyłam, że droga powrotna zajęła mi tylko 40 minut byłam w szoku! Niby w dól ciągle, ale jednak z lodowo-błotnymi przeszkodami.

czwartek, 27 lutego 2014

na Turbacz

Prywatny obóz biegowy w Gorcach należy rozpocząć z przytupem. Zatem na początek: Turbacz! We wtorek był mocny trening siłowy (Agrykola z wybiegiem pod Belweder), więc można uznać, że aklimatyzować się nie trzeba. Trasa zakłada przewyższenia: 732 w górę i 765 w dół.

Ruszyłam leciutko spod kwatery. Na początek 1,5 km w dół, potem trochę po Kowańcu na płaskim i rozciąganie pod kościołem. Tu był początek szlaku zielonego, którym miałam podążać. Prowadził on ulicą, aż zaczął kluczyć podwórkami.


Potem była rzeczka i mostek...

... a dalej już tylko w górę!


Truchtałam raźnie rozglądając się wokoło. Na szlaku cisza, od czasu do czasu dało się słyszeć śpiew ptaków. Mijałam kapliczki mniejsze i większe.


Na Bukowinie Waksmundzkiej przystanęłam chwilę, aby obejrzeć na polanie Brożek połączone drutem kolczastym krzyże, gdzie znajduje się sanktuarium św. Maksymiliana Kolbe. Kilka dni później dowiedziałam się, że w tym miejscu rok rocznie odprawia przy ogromnych ogniskach się Pasterkę. 

Polana Brożek
Zaczęłam mijać połacie śniegu. Zrobiłam im foto na dowód, że w górach śnieg jeszcze jest...


... bo zupełnie nie przypuszczałam, że ostatni etap drogi pod Turbacz będzie wyglądał tak jak na zdjęciu niżej. Były miejsca, gdzie w górę przemieszczałam się tylko dzięki trzymaniu się gałęzi, a zdarzało się, że podchodziłam w górę na czworaka, bo nogi w trailowych butach biegowych rozjeżdżały się na lodzie....


W promieniach słońca dotarłam do Turbacza (1310 m n.p.m.). W schronisku pustki... Było kilku biegaczy, którzy dobiegli zza gór, bo z Poręby Wielkiej, i dwoje piechurów.





Powrót w kierunku Bukowiny Obidowskiej. Po drodze kolejne kapliczki...


... i całkiem znośna droga.


Jednak gdy minęłam szlak papieski w kierunku Nowego Targu, wróciło zlodowacenie.


Powoli przemieszczałam się do przodu, było w dół, więc z lekkimi poślizgami, ale do przodu.

Wymyśliłam sobie skrót do kwatery, tak aby oszczędzić sobie podbiegu na końcu trasy z Kowańca po zejściu z zielonego szlaku. Plan był prosty, zejść ostatnim możliwym zejściem przed zielonym i przemieszczać się w dół. Miałam zbiec idealnie na Szuflów.

Tak zrobiłam. Przemieszczałam się ścieżką na południe. W dół, w dół i ciągle w dół. Ścieżka zmieniła się w drogę, na której błoto sięgało kolan, a ja wybiegłam z lasu i zobaczyłam zabudowania. Jest dobrze!, pomyślałam! Z błota wyskoczyłam komuś na zagrodzoną drutem łąkę i uśmiechnęłam się, widząc na domku adres "Szuflów 48". W nogach miałam 19 kilometrów. Byłam blisko mety. Tyle, że droga zaczęła podążać w lewo, a po prawo ciągnęły się same tereny prywatne z tabliczkami "ZAKAZ WSTĘPU". Pobiegłam ogólnodostępną drogą, aż natrafiłam na asfalt i pierwsze zabudowania o adresie "Os. Gazdy".

 

Nie tu chciałam trafić! Grrrr! Powrót w góry wydawał mi się nierozsądny, więc biegłam ulicą w dół. No i natrafiłam na przeszkodę. Dużego czarnego psa, który stał na środku ulicy... Pięknie!, pomyślałam. Przygoda goes on! Zdjęłam plecak, którym miałam się bronić i delikatnie przemieszczałam się w kierunku zwierzaka. Im bliżej tym bardziej mi się przyglądał... Szczęśliwie, zza rogu budynku dostrzegłam na placu psiego właściciela. Uffff!!! Niepewnie przemieszczałam się do przodu, mówiąc grzecznie Dzień dobry i pytając od  razu Nic mi nie zrobi? Wskazując psa. W odpowiedzi otrzymałam zapewnienie, że pies mnie chce tylko powąchać i krzywdy nie zrobi. Tak też było.

Skoncentrowana na psie, nie zapytałam o drogę! Biegłam dalej. Natrafiłam na innych mieszkańców Os. Gazdy i ich nieomieszkałam zapytać: Jak na Szuflów? Nie wiem, co turyści w swych pytaniach mają, bo ilekroć pytam czy to w górach czy na Mazurach o drogę, to w pierwszej chwili tubylcy baranieją. Widzą skąd zmierzam i zawsze moje pytanie dziwi. Otrzymuję odpowiedź: Proszę Pani, Szuflów to jest tamta góra. Znowu pytam: To co? Mam wrócić w góry i dostać się na Szuflów tamtędy?! Ta opcja mnie wcale nie pasowała. To błoto po kolana nie zachęcało! Poza tym to było cztery kilometry od miejsca, gdzie zbiegłam z góry ze szlaku w dół.

A nie... może Pani tędy zbiec do Kowańca. Słysząc znajomą lokalizację odetchnęłam. Podziękowałam za wskazówki i w drogę. 20 kilometrów w nogach, a do domu daleko...




Wycieczkę zakończyłam blisko z 23 km na liczniku. Pod Szuflów nie dałam już rady podbiegać, ale wyprzedzałam piechurów, więc to się liczy jako dobre marszowe tempo, prawda?