sobota, 13 grudnia 2014

debiut na trzech kółkach Zimowych Górskich w Falenicy

Zimowe Górskie Biegi w Falenicy czas zacząć. Trzeci sezon, zatem trzy kółka (10 km i przewyższenie 255 metrów) i nie ma że boli! W poprzednich biegałam odpowiednio mniej. Dyspozycja średnia, od czwartku walczę z przeziębieniem, rano przed startem zaczynam kasłać. Mimo wszystko wybrałam się na zawody. 

Przy przejeździe kolejowym robię dobry uczynek i zabieram na pokład Mateusza. Razem docieramy pod szkołę - czyli biuro zawodów. Najazd biegaczy na Falenicę oznacza jedno - problemy z parkowaniem... Szczęśliwie znajduję dziurkę i porzucam auto. Wokoło rozgrzewka na całego i sporo znajomych twarzy...

Zaczynam i ja truchtanko, a w drodze na start spotkanie z Otwockimi Biegaczkami z sesją foto. Dziewczyny były już po swoich dystansach, więc kipiały endorfinami, miały rumiane policzki i jaśniały blaskiem szczęścia po zdobyciu trudnej trasy na wydmie.


Potruchtałam dalej, krótkie spotkanie z klubem, a przed startem kolejni znajomi i tak miło płynął czas, że... zagadałam się i spóźniłam na start! Gdy dotarło do mnie, że "zielone numery" już pobiegły, szybko zdjęłam kurtkę, rzuciłam na drzewo i w trasę. Przynajmniej minuta w oficjalnym czasie w plecy...

Pierwsze okrążenie. Ruszyłam z kopyta, włączyłam zegarek i pomyślałam o tym, aby nie gnać jak wariat, bo przecież to dopiero początek... Wyrównałam oddech i rozpoczęłam odliczanie podbiegów. Tuż po drugim dogoniła mnie czołówka serii startującej o 11:06. Biegnę wciąż wyprzedzana. Po czwartym zaczęły boleć mnie oba Achillesy. Zaczynam myśleć, czy zdarzy się taka sytuacja, w której podejmę decyzję o zejściu z trasy... Przypomina sobie o mnie katar, wyjmuję chusteczkę i nie rozstaję się z nią do końca.

Ze zdumieniem wyprzedzam na szóstym podbiegu Biegaczkę w Czerwonej Czapce. Jednak na prostej przed siódmym ona wyprzedza mnie. Bilans wyszedł na zero. Patrzę na zegarek jest 17 minuta biegu. Tymczasem na szczycie ostatniego podbiegu kibicuje Ava, a dalej przy nawrotce czekają Otwockie Biegaczki (Ania, Karolina i Renata).


Macham im radośnie, dopingują mnie, nie tylko one, bo z tłumu słyszę damski głos "Brawo! Renata" i biegnę dalej...


Drugie okrążenie. Kryzys trwa. Podbiegi robię na palcach i jakoś daję radę... Kaszel nawet nie męczy, jedna plaga egipska mniej... Po trzecim podbiegu (czyli w ogólnym rozrachunku dziesiątym) Achillesy nawet odpuściły, ale zaczyna mi drętwieć prawa stopa. Po czwartym podbiegu sama się sobie dziwię, że ją przestawiam i biegnę... Zwracam uwagę na każdy korzeń, boję się spektakularnej wywrotki. Decyduję się na zbiegach przetaczać całą stopę, aby tę prawą stopę masować... Pewnie nie zaszkodzi, a może pomoże... 

Jestem tuż za Czerwoną Czapką, czekam tylko na zbieg, aby ją wyprzedzić i... zadanie wykonane. Na szóstym podbiegu wyprzedzam Szarą Czapkę.

W tym samym miejscu, jak na pierwszym okrążeniu kontroluję czas - 37 minuta biegu, czyli gorzej... Jednak cieszę się, że mimo przygód ciągle biegnę. Kończąc drugie okrążenie oprócz mroczków przed ostatnim podbiegiem, czuję się dobrze i nawet ta stopa jakby odpuściła... Znowu kibicuje mi Ava, pyta czy to już koniec... Przed końcem okrążenia pojawiam się w obiektywie Tomka Pojawy, który zagrzewa mnie do walki.



Trzecie okrążenie. Pierwsza myśl po nawrotce: "To teraz to będą puchy na trasie". W oddali widnieje męska Zielona Koszulka. Zastanawiam się, czy dam radę go dopędzić... No i... wystarczy poczekać, a Zielona Koszulka coraz bliżej, aż na piątym podbiegu (ten za jeziorkiem taki niby nie wysoki, ale co daje się we znaki) zaczyna maszerować. Mamy Cię! Biegnę dalej, godzina w biegu mija na szóstym podbiegu. W "umówionym" miejscu zerkam na zegarek - 01:02. Niewiele mi to mówi...

Wyprzedza mnie Różowa Kurteczka, no ładnie... ale za chwilę Różowa Kurteczka zatrzymuje się i czeka na koleżankę. Ufff! Ulga tylko na chwilę, bo... na drodze dopada mnie wypoczęta Zielona Koszulka i pyta, ile to tych okrążeń mamy biegać. Z przeciwka biegnie Krasus, dopinguje mnie i obiecuje, że to już koniec. "Taaa.... koniec, ale wcześniej dwa podbiegi" - komentuję do Zielonej Koszulki. 

Na ostatnim podbiegu wyrównuję się z Różową Kurteczką, na szczycie ustawiam się za nią i biegnę, równiutko, aby miec siły wyprzedzić ją na ostatniej prostej. Dwieście metrów przed metą zaczynam atak. Wydłużam krok i nie daję Różowej szans. Ostatni kibice nas dopingują, słyszę nawet swoje imię, ale Różowa chyba nie podejmuje walki... Wbiegam na metę z zapasem. Na zegarku 01:05'36.

Drugie okrążenie jak widać poszło najsłabiej. Pierwsze można wyrównać z ostatnim, bo nie było pełne przez wbieg na trasę z boku i włączenie zegarka ciut później.


Na mecie chwila rozmowy z Piotrem - znajomym z bno, a potem jeszcze dyskusja o PESELach z klubem, bo Falenica ma wybitnie towarzyski charakter. Treningowy też, ale to ludzie tworzą atmosferę, której nie da się podrobić nigdzie indziej.

Nie wierzyłam, że uda mi się przebiec tę trasę w krócej niż 66 minut (dwa tygodnie wcześniej wybieganie na wydmie zajęło mi 12 minut dłużej). Mam więc swój mały-wielki sukces i życiówkę na trasie do łamania w kolejnych edycjach.

Podziwiam wykres tętna, widać, że na trasie jest 21 podbiegów, prawda?



6 komentarzy:

  1. Czerwona czapeczka, różowa i zielona kurteczka. Czy to aby na pewno nie był bieg po sklepie odzieżowym ;)
    Gratuluję wyniku

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdecydowanie był to cross z przewyższeniem 255 metrów na 10 km. Części garderoby pozwalają mi rozpoznawać nieznajomych biegaczy na trasie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Antropomorfizacja elementów garderoby bardzo udana :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja też tak zawsze "nazywam" ludzi - zielona koszulka, czerwone buty itd, bo tak jest najłatwiej.. ;) Gratuluję debiutu! Ogień!:)

    OdpowiedzUsuń