Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieg Powstania Warszawskiego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieg Powstania Warszawskiego. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 lipca 2014

po życiowke czyli Bieg Powstania Warszawskiego na bis

Niewiele pamiętam z tego biegu tak właściwie. Po prostu biegłam na maksa cały dystans pięciu kilometrów.... Było jak zwykle na Biegu Powstania: bardzo ciepło (28 stopni, ale z pełnym zachmurzeniem w czasie dnia, więc bez skwaru), tłoczno i patriotycznie. Tak jak rok temu >>relacja<<.

Przed startem spotkałam kilku znajomych, czasem sobie tylko machaliśmy na powitanie, bo z uwagi na ambitne plany, co do wyniku starałam sie zrobić porządną rozgrzewkę. Do miejsca spotkania z własnym, osobistym zającem - Pawłem z bloga Poezja biegania, dobiegłam na Konwiktorską od porzuconego daleko, daleko auta, a potem juą razem pokonalisśmy zbieg do fontann na Podzamczu i pokusiliśmy się o kilka przebieżek na Zakroczymskiej. Gdy kończylam rozgrzewkę chciało mi sie tak pić, ze mialam zamiar szukać kogokolwiek znajomego z nadzieją, ze będzie mial ze soba butelkę z wodą. Udało się! Łykiem uratowal mnie trener. Mogłam iść na start.


Strategia na bieg zakładała równe tempo. Dla mnie nowość. Wole narastające. Pozwoliłam Pawlowi na mnie krzyczeć, gdybym sie ociągała, ale wiedziałam, ze tego nie wykorzysta. Ostoja spokoju nie krzyczy, o! Mieliśmy sie pilnować na trasie, ale bez zalożeń kto biegnie z przodu, kto z tylu.

W strefie startowej Paweł doprowadzil mnie prawie do balonikow na 25 minut. Czułam sie ciut nieswojo, bo wokół za bardzo męsko, za bardzo w mojej grupie wiekowej, a ja wiem ze mój biegowy (kabacki) target jest w wieku moich rodzicow przecież... Sprzed startu pamiętam duchote i Rotę, którą wszyscy odśpiewaliśmy. Koło mnie stał chlopak, podejrzewam, ze uczen podstawowki, z którym razem raźno śpiewaliśmy. Znał tekst i nie mruczał od nosem, jak inni.

No i start... A u mnie jeszcze przed przejściem do marszu tętno 127 uderzeń na minutę... Dość sprawnie dotarliśmy do maty startowej, a za nią to nie ma przelewek. Zaczynamy z zającem walkę o tempo i pozycje w stawce. Taaak... tylko ja mam sucho w gardle. Zaczynam uaktywniac slinianki, bo z Saharą w ustach, to nie ugram zbyt wiele, pomyślałam. Juz na wysokości Sądu Najwyższego  bylo dobrze. Uff!

Przedzieram sie przez tłum, ciągle wyprzedzam. Przeszło mi przez myśl, czy ja nie biegne za szybko, ale to Paweł pilnuje tempa, dla mnie ważne aby być blisko. Tylko i aż tyle. Czasem on jest z przodu, czasem ja. Mijamy pierwszy kilometr na Miodowej. Średnie tempo wyszlo 4:40 min/km, ale to przekłamanie, bo znaczniki byly ustawione niedokładnie. Biegniemy dalej. 

Wiem, ze drugi kilometr bedzie zaraz za zakrętem na górze Karowej. Lecimy. Na 1,5 kilometrze jestem 596. Boję sie patrzec na zegarek, tempo jest mocne, ale nie zabija mnie. Po skręcie z Krakowskiego Przedmieścia widzę na stoperze 10 minut z hakiem, myśle: 'Jest zapas'. To moje ostatnie spojrzenie na zegarek. Później na kolejnych kilometrach tylko dotykam przycisk 'okrążenie'.

Jest w dół. Niby łatwiej, ale nie czuje specjalnej ulgi. Na 2,5 km jestem 635, choć nie pamietam, aby mnie szczególne tlumy wyprzedzały... W połowie zbiegu (jak i w tamtym roku) odgłosy strzelania. Przypomina mi sie, ze bieg jest z przesłaniem. Marzę o kurtynie wodnej przy szpitalu. Jeszcze chwileczka, jeszcze momencik... Dobiegamy doń, wybiegam z niej mokra od stóp do głów. Czy czuję ulgę? Może... Ważne, ze na ustach ciut wilgotniej. Wybiegamy na Wybrzeże. Za nami trzy kilometry. Paweł mówi, ze jest dobrze.

Czuję trud, ale wiem, ze połowa za mną. Ta wieksza. Za mostem Śląsko-Dąbrowskim wyprzedza mnie z uśmiechem na ustach Małgosia, a ja ledwo odpowiadam jej 'cześć'. Biegnę, ale na samą myśl o podbiegu, który czeka na Sanguszki, robi mi sie słabo. Patrzę w bok na Podzamcze, a tam od góry do dołu widownia pozkazu fontann. Na horyzoncie widzę kolejną kurtynę. To moja ostatnia deska ratunku, myślę. Być albo nie być dla dobrego czasu. Kolejny prysznic. Ktoś obok dziękuje wodociagowcom za to, ze są w tym miejscu. 

Dobra, skończyly sie żarty! PODBIEG na Sanguszki! Paweł mówi, ze z tym tempem mamy czas na mecie równy 26 minut. Jedno o czym myślę, to skonczyć ten bieg, co tam czas! To chyba w tym momencie osiągam tętno max 200 uderzeń na minutę (średnie z biegu - 188). Pierwszy raz w mojej karierze takie. Wlokę sie pod górkę. Zwolniłam do 5:20 min/km, albo i wolniej... Już mijam Orlen, zaraz sie wypłaszczy... Ufff... Jest lżej. Paweł podpowiada ze do 26 minut zostaje 40 sekund. Kurka, a ta meta tak daleko... Ile to 40 sekund? Decyduję sie na przyspieszenie. Wydłużam krok niemiłosiernie.

Wzruszam się widząc ten krok!

Paweł podpowiada ze jeszcze 20 sekund, a ta meta coraz, coraz... Kurde, ja potrafie jedak szybko biegać... Mam ją!!! METĘ! Wyłączam zegarek, na którym widzę czas: 26:06. To samo potwierdzi sms z wynikami od organizatorów.

Moje lokaty:
open 627/2706
kobiety 101/1293
kat. wiekowa 33/497

Tuż za balonem mety stoi znajoma ratowniczka medyczna Madzialena, witam sie z nią, a ona uśmiecha sie do mnie i gratuluje. Nie pyta, czy wszystko dobrze, czyli śmierci na twarzy nie mam. Uśmiecham sie do Pawła, ale nie mam sił mowić. Przechodzę dalej. Na chwilę przystaję, opieram ręce na kolanach. Wyrównuje oddech. Jestem zmęczona, ale zadowolona. Może nie złamalam 26 minut, ale poprawilam czas sprzed tygodnia z Parkruna o MINUTĘ! 

Rozmyślania przerywa mi jakiś facet z mikrofonem. To radiowiec. Prosi o wywiad. Widzi mój wzrok i dodaje: 'Własnie chcę taką wypowiedź na zmęczeniu'. Opowiadam o hołdzie dla Powstańców, wzruszeniu przy śpiewaniu Roty, a także o tym, ze pokonywanie własnych słabości, jak choćby nowa życiówka, to niewiele w stosunku do tego, jaką cenę oni płacili, tego czego swym czynem dokonali (tu można mnie posłuchać >>kliku-kliku<<).

Wychodzę ze strefy mety, idziemy na bok odpoczać. Dziekuję Pawłowi (teraz jeszcze raz dziękuję!), jest życiowka, a ja jestem spokojna o swój start w półmaratonie. Cele osiągnięte. W tle słyszymy, jak startuje bieg na dziesięć kilometrów. Dopiero? Kurcze, faktycznie szybko zjawilam sie na mecie, skoro to słysze...

Klimat biegu odkrylam dopiero wracając maszem Bonifraterską do auta. Do teraz słysze ciszę i uderzanie o podłoże gumowych podeszw butów biegaczy na dychę. Niesamowite! Od czasu do czasu ktoś w powstańczym przebraniu, czasem z bronią w ręce. 

Niektórzy biegacze złoszcza sie na przechodniów, a po biegu pojawia sie wiele opinii o źle przygotowanej trasie. Cóż... albo piątkowicze mieli łatwiej, albo ja tego zupelnie nie odczułam, nie zauważylam... Po prostu biegłam... i to tempem 5:13 min/km. Yeaah!

sobota, 27 lipca 2013

Bieg Powstania

29°C
Aktualnie: Bezchmurnie
Wiatr: płd.-wsch. z szybkością 6 km/h
Wilgotność: 51%

W 69. Rocznicę Wybuchu Powstania Warszawskiego pobiegłam w biegu okolicznościowym. Wieczornym. Wybrałam dystans dziesięciu kilometrów.


Pakiet startowy bogaty w garść ulotek, koszulkę i numer startowy z chipem.


W Biurze Zawodów można było sprawdzić swoje dane...


Się zgadzają.

W dniu zawodów były afrykańskie upały. Jako że akuratnie jestem na etapie totalnego roztrenowania, ruszyłam na bieg bez przekonania. Motto: "Byle do mety!"

Dotarłam na miejsce ciut wcześniej a tam... Tłumy! W obu biegach (na 5 i 10 km) udział wzięło około siedmiu tysięcy uczestników. Pomijam fakt, że wymagano ode mnie wejścia na stadion "tej drugiej, mniej ważnej drużyny z Warszawy". Obrzydzenie mną targało, ale bez tojtoja nie daje rady biegać... Niestety!

W czasie rozgrzewki biegaczy na pięć kilometrów uskuteczniłam swoją. Pobiegałam trochę, pokiwałam na boczki, spociłam jak norka. Gdy usłyszałam Rotę przed startem piątki, u mnie było już bojowo-startowo.

Przed startem dychy śpiewaliśmy hymn państwowy. Nadał ciut patosu wydarzeniu. Po strzale startera chyba z cztery minuty trwało zanim pobiegłam. W końcu udało się przejść od marszu do truchtu... Pierwsze dwa kilometry dużej zwięzłości biegliśmy. Ciężko się wyprzedzało. A ja akuratnie gnałam poniżej szóstki.

Przy Placu Zamkowym słyszę za sobą. "O! Pan Robert" i dyskusja, że zaczyna się z górki i powinniśmy nadrabiać. Patrzę w bok, a to Robert Korzeniowski, który akuratnie szedł nie biegł. Nie dałam się początkowo wyprzedzić chodziarzowi, bo w końcu ja biegnę a On idzie! ... ale w końcu skapitulowałam. Jeszcze przed Pałacem Prezydenckim mnie zostawił w tyle. Cóż... w końcu Mistrz Olimpijskie, no nie?

Stamtąd już tylko chwila i była Karowa i w dół!!! Postanowiłam nadrobić ciut na zapas. Przy zbiegu na Dobrą spotkałam kolegę, który biega od trzech tygodni i niniejszym połknął bakcyla zawodów. Zostawiłam go, proponując tylko aby skorzystał z kurtyny wodnej, bo to pomaga.

Kurtyna była przy szpitalu na Karowej a potem wbieg na Wybrzeże i długa prosta do Sanguszki. Człapałam już trochę i marzyłam o piciu na połowie dystansu. Pod górę do Konwiktorskiej nawet nie było tak straszno, biegłam non stop, bo aby do WODY!

Jak się dorwałam do wodopoju, to łyknęłam od razu trzy kubeczki. Szósty kilometr był najtrudniejszy. Woda chlupotała mi w brzuchu. Byłam mokrusieńka, w powietrzu było zero wilgoci i wiaterku. Wtedy pomyślałam: "Czemu nie wybrałam do przebiegnięcia krótszego dystansu?". Nie ma jednak to tamto, aby tylko do Karowej a potem to już zleci i kolejna piątka będzie przebiegnięta.


W zasadzie nie wiem, jak do tej Karowej dobiegłam. Mrowiły mnie policzki po drodze, to wiem na pewno. Na zawijkach stały głośniki z odgłosami obstrzałów, więc klimatycznie było. Krok za kroczkiem gnałam przed siebie....

Nie zapomnę powiewu chłodu, gdy wbiegałam na Wybrzeże. Milusio od tego grama chłodu się zrobiło. Dało mi to złudne wrażenie sił, energii i przyspieszenia. Zegarek nie podzielał tego entuzjazmu, bo ciągle było więcej jak sześć, ale biegłam i wyprzedzałam. To było ważne.

Sanguszki to była walka z samą sobą. Biegłam pod górę, ale sił było coraz mniej. Czekałam na skrzyżowanie z Zakroczymską, bo tam wydawał mi się, że zaczyna się płaskowyż Konwiktorskiej i łatwiej biec... Tłumaczyłam sobie, że nie mogę tracić sił na ostatnim kilometrze, w połowie przebiegniętym zresztą... Udało mi się nawet pofiniszować! Nie wiem, skąd znalazłam na to siłę, ale udało się!

Godzina od startu, tak istotna przy ewentualnej życiówce, mijała właśnie na ostatnim podbiegu. Nie chciałam jednak stracić kolejnych minut, więc pewnie stąd ta siła na ostatniej prostej...


Czas oficjalny 01:01:21. Ciągle około-życiówkowo (Orlen-dycha niepokonana z czasem 01:00:43).

Moje lokaty:
- open: 3248 / 4055
- open kobiet: 550 / 929
- w kat. wiekowej: 245 / 405

Medal i opaska powstańcza dumnie dołączyły do tablicy z pozostałymi dekoracjami pobiegowymi.


Powrót do domu entuzjastyczny. Fajnie jednak sobie pobiegać. Za metą nie pamiętam już całego wysiłku trasy. Kipię szczęściem i atmosferą biegu....


W czwartek idę pośpiewać powstańcze piosenki pod Grób Nieznanego Żołnierza, bo biegając tylko je słyszałam...