sobota, 10 lutego 2024

Zimowe formy robienie czyli treningowe traile pod bieganie AD 2024

Zimowe Górskie biegi w Falenicy czas zacząć. To już dwudziesta edycja zawodów, dla mnie jedenasta. Nie będę ukrywać, że moje odczucia dotyczące trasy po wydmie nie są ambiwalentne. Kocham tę ścieżkę biegową równie mocno jak nienawidzę. Robi się ta doskonały trening siłowy.

Do wiosennego półmaratonu, który ma być testem formy, zostało 13 tygodni. Przygotowania zatem czas start. Na wydmie będę obserwować progres treningowy. Oby był :)

W tym roku znowu staję na starcie dwóch okrążeń czyli dystansu 6,6km z przewyższeniem 170 metrów. Dla porównania wrzucam swoje czasy sprzed roku i dwóch lat. Życiówka z roku 2017 wynosi 40:03.

Poniżej czasy z biegania w ZBG w 2022:

Wybiegałam wówczas wszystkie biegi cyklu. No i widać było, że czasy poprawiane. Nie udało się jednak zobaczyć trójki z przodu, a to był cel. 

W poprzednim sezonie szło bardziej opornie, choć optymistycznie. Zdrowie hamowało już na wiosnę treningi i w zasadzie do końca 2023 roku pozostałam na utrzymaniu formy i umiarkowanych aktywnościach do godziny dziennie. 



Obecnie po raz kolejny sprawdzam na co teraz ciało pozwoli. Serce biegowo prze i robi plany, a rozum zerka na wyniki i możliwości ciała czy to się da. Szaleć nie zamierzam, ale powrót na asfaltowe półmaratony wydaje się być w zasięgu. To do roboty!

Bieg pierwszy, 30. grudnia
Z pewną taką nieśmiałością ruszyłam na trasę, bo jeszcze przed świętami pauzowałam ze względu na ból biodra i uda aż po kolano (siedząca praco, dziękuję!). Wybiegałam czas 42:24, pierwsze okrążenie i drugie w zasadzie w tym samym czasie. Dramatu nie ma, porównując ten czas z cyklami sprzed lat, forma utrzymuje się na podobnym poziomie.

fot. Dorota Szota - maratończyk.pl


Było mocno. Cieszę sie, że utrzymałam to tempo do końca. Finisz był mocny, bo słyszałam za sobą zbliżające się kroki, jak się okazało szesnastolatki, ale wyprzedzić się nie dałam. 

Bieg drugi, 13. stycznia
Mam wrażenie, że niewiele z tego startu pamiętam. Pobiegłam lepiej, bo w czasie 41:46. Pierwsze okrązenie w 21:04, drugie szybsze - jak lubię. Fot nie ma, wspomnień nie ma. Trening był.

Bieg trzeci, 27. stycznia - nieobecna, nieprzytomna

Bieg czwarty, 10. lutego
Trzecie moje zmagania na wydmie. Zmyliła mnie ciut prognoza, bo widząc temperaturę odczuwalną bliską zeru, zrezygnowałam z spodni 3/4. Dobrze, że miałam choć opcję na zdjęcie bluzy, bo inaczej bym się zagotowała i nie wywalczyła czasu 40:29, który oznacza, że tylko pół minuty dzieli mnie od życiówki na tym dystansie. Pierwsze okrążenie w 20:26, drugie w 20:05. Czyżbym zbliżała się do łamania 20 minut na okrązeniu?

niedziela, 31 grudnia 2023

Rok 2023 z lotu ptaka czyli bieganie na formy utrzymanie

W zasadzie od początku biegowo mi w 2023 roku nie szło. Było pod górę i nawet jak chciałam biegać szybciej to nie wychodziło. Już w 2022 roku zauważyłam, że funkcjonowałam w cyklach trzytygodniowych. Co weszłam w rytm, to trzeba było odpoczywać i tak w koło Macieju.

Na szczęście już wiosną 2023 roku znalazłam przyczynę i przestałam się łudzić, że czas na życiową formę to teraz. Dostałam zalecenie by powściągnąć zamierzenia i ruszać się do godziny w umiarkowanym zakresie wysiłku. 

Plany biegowe na starty zatem trzeba było zmienić. Zamiast ocierania się o formę życia, to był rok zawodów na 5 km bez zażynania. Na początku czerwca pobiegłam Bieg Ursynowa, a w Żyrardowie w czerwcu nie podbiegłam półmaratonu, a tylko znowu piątkę. A Bieg z Radością tuż pod domem był dla przyjemności i też poprzestałam na piątce. W sumie to cieszyło mnie, że mimo braku jakościowych treningów czasy utrzymują się na podobnym poziomie. Jak to można docenić mniej, gdy nie można zawalczyć o więcej :)

A apetyt był, bo w półmaratonie chciałam złamać 1:55, a na tym sukcesie powalczyć na jesieni o PB na 10km. Na początku sezonu biegałam pod to cykl City Trail oraz Zimowe Górskie Biegi w Falenicy. Tyle, że było potwornie ciężko, a forma nie przychodziła. 



Po kolejnym biegowo roku bez fajerwerków wychodzę mądrzejsza o kilka przemyśleń:
- nie da się prowadzić kilku bitew na raz (jak się dzieje w życiu zawodowym lub rodzinnym, to w bieganiu nie ma co liczyć na cuda);
- gdy ciało daje sygnały to trzeba zwolnić i nie cisnąć na siłę (ważna jest droga);
- być może życiowa forma już była, a teraz trzeba się cieszyć z tego, że wychodzę i biegnę i to w sumie wystarczy by przewietrzyć głowę i płuca;
- jak nie życiowki, to inne projekty biegowe mogą dawać przyjemności. 

W nawiązaniu do ostatniego przemyślenia wróciłam na trasę Warszawskiej Obwodnicy Turystycznej i pod koniec roku udało mi się pokonać kolejne jej odcinki. Podoba mi się przemierzanie czerwonego szlaku wokół Warszawy. Bieganie lasami, polami i osiedlami ma walor turystyczny i generalnie nudy nie ma. 

U progu 2024 roku jestem ostrożna z planami. Oczywiście, nadal mam chęć zbliżenia się do swoich czasów z życiowej, bo te są mocno przestarzałe, ale zdaję sobie sprawę, że może to nie nastąpić w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Wiem jedno - chcę biegać, rowerować - chcę być aktywna, a gdzie mnie to zaprowadzi to się zobaczy. 

W tej chwili rozpoczęłam treningowo cykl Zimowych Górskich Biegów w Falenicy i mam pakiety na Półmaraton Warszawski w marcu i Półmaraton w Białymstoku w maju. O ile będę w stanie chciałabym jeszcze pobiec inne półmaratony asfaltowe w ramach Korony Półmaratonów Polskich w lokalizacjach sentymentalnych dla mnie. 

Będę kontynuować przemierzanie biegiem krwawej pętli wokół Warszawy, a latem zdecydowanie przesiądę się na rower i wybiorę z mojej przepastnej listy projekty do zrealizowania. 

Poprzedni rok to mój wielki powrót do jogi. Raz w tygodniu praktyka w grupie, często też rozkładam matę w domu. Czuję, że dobrze mi to robi.

Triathlon ze względu na obawy open waterowe póki co odpada. Nie jestem w stanie opanować paniki podczas pływania w wodach otwartych. Może na otarcie łez pojawię się na duathlonie w Makowie Maz., bo lubię klimat tej kameralnej imprezy, a i mam tam co poprawiać na trasie. 

Kolejne 366 dni, kolejne możliwości. Zobaczę dokąd rok 2024 zaprowadzi. 

niedziela, 29 października 2023

jak urozmaicić wybiegania czyli etapowo biegam wokół Warszawy

Brakuje mi biegowych wyzwań i szwendania się po okolicy, a i chciałabym urozmaicić sobie weekendowe wybiegania, więc wymyśliłam zdobycie na biegowo etapami Obwodnicy Turystycznej Warszawy, której trasa mierzy ok. 209 km. Oznacza to, że przemierzę w czasie wybiegań po czerwonym szlaku trasę od Zaborowa pod Kampinosem przez Górę Kalwarię aż do Modlina.


Przebieg czerwonego szlaku PTTK Warszawskiej Obwodnicy Turystycznej; dystans ok. 209km - mapka z pttk.pl/mazowsze


By domknąć pętlę wokół Warszawy i odhaczyć sławetną tzw. krwawą pętlę (jak twardziele nazywają 250 km trasy wokół stolicy) dokręcę odcinek po Kampinosie rowerowo z Zaborowa do Modlina, ale to pewnie na finał.

Przebieg krwawej pętli wokół Warszawy; dystans 250km - mapka z velomapy.pl

Podzieliłam sobie trasę czerwonego szlaku na trzynaście odcinków po ok. 10-19 km, a na deser będzie czternasty rowerowy o dystansie 41 km. Oto one:
  1. Pogorzel - Wiązowna (17km)
  2. Wiązowna - Międzylesie (10 km)
  3. Międzylesie - Rembertów (11km)
  4. Rembertów - Nadma 
  5. Nadma - Nieporęt
  6. Nieporęt - Chotomów
  7. Chotomów - Modlin
  8. Modlin - Zaborów (etap rowerowy; poza czerwonym szlakiem jako dopełnienie pętli)
  9. Zaborów - Podkowa Leśn
  10. Podkowa Leśna - Antoninòw
  11. Antoninów - Zalesie Górne
  12. Zalesie Górne - Góra Kalwaria 
  13. Góra Kalwaria - Otwock Wielki
  14. Pogorzel - Otwock Wielki (13km)
Przy podziale trasy na odcinki przyświecała mi logistyka, rozpoczęcia/zakończenia i dotarcia na kolejny etap. W każde z tych krańcowych miejsc można dotrzeć komunikacją lub autem.

Etap 1/13, zaliczony dn. 22.10.2022

Na pierwszy ogień poszedł odcinek Równiny Garwolińskiej z Pogorzeli Warszawskiej do Wiązownej, na ul. Podkowy. Las wystąpił swojej najpiękniejszej jesiennej szacie. W oczach mieniły się żółcie i pomarańcze.  

Między Pogorzelą a Otwockiem  - fot. własna 

Trasa głównie leśna, chwilami ciut zagmatwana przy Górze Meran w Otwocku. Była też skucha nawigacyjna w Teklinie. Poza tym dość dobrze oznaczona, nawet w lesie. 

Po drodze można spotkać mazowieckiego Bartka czyli dziś już pomnik przyrody. Dąb, który kusi by choć na chwilkę do niego przytulić się i czerpać energię. 

Mazowiecki Bartek - fot. własna 

Największe „wow” tego odcinka to zdecydowanie odcinek przy Mieni i przeprawa przez drzewo, by skrócić spory etap przez środek Wiązownej. 

Skrót do starego przebiegu czerwonego szlaku w Emowie nad Mienią  - fot. własna 

Następnym razem zaczynamy w miejscu dzisiejszego finiszu, czyli w okolicach Majalandu i biegniemy do dalej.  

Etap 2/13; zaliczony dn. 26.11.2022 

Zgodnie z planami jako drugi pod lupę (i stopę) poszedł odcinek kolejny czyli z Wiązownej ku Starej Miłosnej. Z powodu krótkiego dnia został skrócony do 10 kilometrów i finisz biegu przypadł na Międzylesie. Innym razem nadrobi się brakujące cztery kilometry w drodze ku Zielonce. 

Podsumowanie etapu: odsłona krwawej pętli w wersji zimowej i w sumie same leśne ścieżki i dukty. 

Równina Garwolińska - fot. własne

Szlak po minięciu obwodnicy wije się ciut w Zagórzu i miesza z innym w kolorze żółtym. Zgubiliśmy się tam trochę, mijając jedno z wybrzuszeń tracka. Miejsce to wybitnie lubi nasze zagubienia, bo już drugi raz ciężko było nam odnaleźć poprawny przebieg czerwonego. Nic to, oby Równina Wołomińska, na którą wbiegaliśmy z Garwolińskiej więcej takich zagadek dla nas nie miała. 

Równina Wołomińska - fot. własna

Etap 3/13, zaliczony dn. 29.10.2023

Projekt się ciut czasowo omsknął, co nie znaczy, że o nim zapomniałam. Przeżywam powrót na trasę Warszawskiej Obwodnicy Turystycznej znowu w jesiennym wydaniu. A warto być teraz w lesie, oj warto. 

Startuję w Międzylesiu, czyli od kropki (wyznacza początek/koniec szlaku), ale tej nie znajduję. Na początku wśród zabudowań, trochę lasem, trochę przy lesie, aż w końcu osiągam najwyższy punkt dzisiejszego odcinka - tj. Barciuchę i do Traktu Brzeskiego przemieszczam się po wydmie. 

Oznaczenie szlaku w Międzylesiu u. Trzykotki - fot. własna

Po przekroczeniu trasy nr 2 w Starej Miłosnej czeka na mnie dość długa prosta wzdłuż wydmy, tym razem biegnę dołem. Jesienne kolory lasu zachwycają, więc nudy nie ma truchtam byle do przodu. 

Oznaczenie szlaku, Stara Miłosna ul. Mazowiecka - fot. własna

A po drodze do Lasu Sobieskiego taka niespodzianka - kierunkowskaz na popas. 

 fot. własna

W pewnej chwili ścieżka skręca w lewo, przemierza jedną wydmę i prowadzi prosto na szczyt kolejnej, a ścieżka prowadzi ku kamieniu Piłsudskiego. 

Kamień Piłsudskiego - fot. własna

Dalej szlak prowadzi przez szeroki dukt Lasu Sobieskiego.

Kadr dnia, widok Lasu Sobieskiego - fot. własna

Okrąża się oczko wodne szerokim łukiem i mija podbiegowo i zbiegowo kolejne wydmy by wybiec na kapliczkę przy ul. Korkowej. 

Kapiczka przy ul. Korkowej  - fot. własna

Dalej szlak przebiega lasem i w końcu wbiega się w osiedla Nowego Rembertowa. Oglądając przebieg trasy zastanawiam się po co prowadzi uliczkami, bo spokojnie mógłby prowadzić skrajem lasu do ul. Marsa i tamtędy też można dotrzeć do przejazdu kolejowego. Nic to, miałam wycieczkę między domkami aż pod kosciół. Sporo tego odcinka biegłam na czuja i wg tracka z zegarka, bo etap "wśród cywilizacji" jak na moje oko pozbawiony jest oznaczeń szlaku. 

Finał tego odcinka przy stacji PKP Rembertów. 

Etap 4/13, zaliczony dn. 20.11.2023

Znienacka przeskoczyłam na drugi koniec dotychczas obieganej trasy do Pogorzeli Warszawskiej i ruszyłam ku Wiśle do Otwocka Wielkiego. Listopadowe dni są krótkie to raz, a dwa nie czułam się na siłach by dotrzeć aż do mostu jak to miałam początkowo w planach. Wystarczyło 13km. 

Trasa przez ponad pięċ kilometrów prowadzi czerwoną drogą przez las. Miejscami trafiałam na kałuże i sporo błota, ale chociaż nie było piachów. Ot, uroki listopada. 


Od stacji PKP Pogorzel Warszawska rozpoczynam przeprawę Doliną Środkowej Wisły. Niby płasko jak na stolnicy, ale już na początku odcinka mijam Białą Górę i bunkry z czasów II wojny światowej. 



Przed samym Janowem postój na podziwianie Czarnych Jeziorek i foto. Przy samej drodze jest widoczne jedno. Bardzo urokliwe i magiczne o każdej porze roku. To piąty kilometr trasy. Zaraz za tym miejscem ceglana droga zmienia się w Betonkę i z lasu prowadzi do cywilizacji. 


Szlak w Mazowieckim Parku Krajobrazowym oznaczony chyba na świeżo. Ciężko by było się zgubić. Znaczniki na drzewach widoczne z daleka. Ten luksus kończy się w Janowie, gdzie oznakowań jak na lekarstwo lub trzeba wypatrywać wyblakłych na słupach. Podobnie dalej. 

Etap między Janowem a Otwockiem Małym wiedzie przez pola, typowa droga donikąd. Za nieogrodzonymi szklarniami można mieć obawy, że wbiega się komuś na plac lub że pogonią jakieś Burki. U mnie obyło się bez przygód. 


Po przemierzeniu trasy 801 rozpoczyna się etap chodnikowo-uliczny, najmniej ciekawy, szczególnie gdy wszyscy wracają po pracy do domu, a tak trafiłam. Szczerze jednak mówiąc można ciut podgonić tempo po wolniejszej przeprawie w leśnym błocie. Tyle plusów :)


Za zabudowaniami Otwocka Wielkiego kończy się chodnik i do Nadbrzeża piechurom/biegaczom zostaje pobocze. Ku Kępie Nadbrzeskiej, gdzie wiedzie trasa dalej lepiej chyba nie jest, ale to do sprawdzenia. Być może następnym razem. 

piątek, 6 stycznia 2023

Zimowe Biegi Górskie 2023 czyli łapię bazę w pierwszym kwartale

To moje dziesiąte zawody w ramach Zimowych Górskich Biegów w Falenicy. Lubię ten cykl, bo tam zadebiutowałam swoje starty w biegach długodystansowych. Poza tym wydmę mam prawie za miedzą, mogę sobie tam pobiegać niezależnie od zimy i zawodów. Kocham i nienawidzę wysiłek, jaki towarzyszy pokonywaniu trasy biegowej na pętli 3,3 kilometra z 85 metrami przewyższenia, szczególnie za zawodach, bo wtedy daję z siebie więcej. 

Za pierwszym razem  tj. w 2012/13 roku biegałam jedno okrążenie, a w kolejnych latach apetyt rósł i już w trzecim moim sezonie biegowym stanęłam na starcie falenickiej dychy. Potem zdarzało mi się wracać na dwa okrążenia i znowu na trzy. Historycznie można prześledzić moje falenickie zmagania na dwóch pętlach w poniższych tabelach wyników:

Rok 2013/14

Rok 2017


Rok 2022

W tym roku ponownie startuję na 6,6 km. Nie czuję mocy na godzinne mocne bieganie na wydmie, bo tyle zajęłoby mi pokonywanie trzech pętli. Trening około 40 minutowy na tym etapie mojej formy spełni lepszą rolę.

Celem startów w tym roku jest (1) mocny trening na etapie budowania bazy. Miło by było (2) złamać barierę 39 minut na tym dystansie, czyli wrócić do przemierzania okrążenia w mniej niż 20 minut. Tam już biegowo byłam. Mój najlepszy czas na trzech pętlach to 56’48 wybiegany dwukrotnie pod koniec lutego 2018 i 2019. 

Zawody I - 21.01.2023
Na pierwszy ogień był start bez żadnych założeń. Biegłam zupełnie na samopoczucie, nie patrzyłam na zegarek. Starałam się cisnąć i wyjść ze strefy komfortu. Zimowa aura zachwycała, a ja uznałam już w czasie rozgrzewki, że mam za ciepłe legginsy. 

fot. Dorota Szota, maratonczyk.pl

Z wyniku 42’32 jestem zadowolona. Po trzech tygodniach po roztrenowaniu to dobry wynik. Forma mimo przerwy nie odeszła w niepamięć. Było mocno, a drugie okrążenie 20 sekund szybsze czyli tak jak lubię. 

Zawody II - 04.02.2023
Bieg taki se, bo z katarem jak wodospad. W tygodniu poprzedzającym bez wybieganych kilometrów. Na wydmie wyszedł duży wysiłek, a czas gorszy o minutę, ale i warunki gorsze - śnieg z piachem i ziąb. Nic to. Nawet najgorszy trening jest lepszy od żadnego, jak mówi trener. Za miesiąc kolejne zmaganie na wydmie. 

Mój samotny finisz, fot. Robert

Zawody III - 04.03.2023
Po miesiącu bez przerw w bieganiu ten start musiał się udać. Czas 41’42 ucieszył mnie, a jeszcze bardziej cieszyło poczucie mocy. Mocno napierałam pod górę, a była też siła na przyspieszanie na odcinkach równych. Warun do biegania pomagał. Chłodek robił robotę, a dość ubity piach ułatwiał wybijanie. 


fot. Dorota Szota, maratonczyk.pl

Podsumowanie
Na trzech startach się skończyła moja przygoda z falenicką wydmą AD 2023. Z powodu złego samopoczucia nie dobiegałam finałowego sratu cyklu.


Kończę zimę z czasami falenickimi na poziomie moich biegowych początków. A to nie jest poziom do domy. Nie udało się nawet zbliżyć do czasu okołożyciówkowego. Powodem tego stanu rzeczy był ponownie niski poziom żelaza i ferrytyny. Rozjechałam się do tego prolaktynowo, a mocniejsze treningi ani mojemu ciału nie pomagały, ani nie były dla niego możliwe do przyjęcia. Nic to, najpierw trzeba się ogarnąć zdrowotnie, a dopiero trenować.

niedziela, 9 października 2022

lato, o którym już chcę zapomnieć, czyli więcej nie biegam niż biegam

Czas zebrać myśli i podsumować letnie miesiące. Jakoś nigdy szczególnie dobrze nie biegało mi się w wakacje, ale to co się dzieje w tym roku, to przechodzi ludzkie pojęcie. Mam wrażenie, jakby kłody rzucane mi były pod nogi. Starałam się od lipca wrócić do planu treningowego, serwowanego przez Szefa, ale co z trzy tygodnie idzie już dobrze, to dopada mnie niemoc, zmęczenie i przytłacza codzienność. Rytmu treningowego nie ma w moim życiu za grosz, co zacznę, to coś...

Czerwiec - wybiegane 96km

Po kwietniowej Ultra Wysoczyźnie w Elblągu, którą uważam za sukces roku,  nie dowiodłam sił i motywacji do maratonu Rzeźnika. Z jednej strony wiem, że długo regeneruje się po dystansach okołomaratońskich, a z drugiej życie rodzinne dowaliło fajerwerki i w dzień startu w Bieszczadach jedyne co miałam ochotę zrobić, to zostać na kwaterze, a nie dać sobie w kość na trasie. 

Lipiec - wybiegane 95km

Zaczęłam biegać z planem i celem, jakim jest bieg na dystansie 10km w październiku jako test formy i chrapka by zbliżyć się do życiówki na tym dystansie (czas 51’44 z czerwca’17). Zaczęłam dobrze, były  cztery tygodnie w ryzach i się rozjechało… Głowa zaprzątnięta czym innym i serca do biegania już nie starczyło.

Czasem biegowe buty wcale nie są na stopach :) fot. archiwum własne

Sierpień - wybiegane 55km

Tropikalne upały organiczają ciut możliwości wyjścia w ciągu dnia, natłok w pracy i sprawach rodzinnych dociska mocno, co powoduje, że nadal częściej zostaje na tarasie niż wychodzę przewietrzyć buty biegowe. 

Gdy 20 sierpnia zerknęłam na kalendarz biegowy i okazało się, że biegam regularnie aż raz(!) w tygodniu, przeprowadziłam ze sobą poważną rozmowę o priorytetach i od razu… wyszłam biegać. Wymówki czasowe, pogodowe i zmęczeniowe odeszły w dal, a w nogi weszły kilometry. Jednak nie na hurrra, tylko na spokojnie i z kontrolą tygodniowych przebiegów. Biegan wg zadań od trenera, ale prowadzę własne godzinowe statystyki aktywności, które często odpowiadają mi na pytanie: czemu jestem zmęczona? 


Wrzesień - wybiegane 86km 

08.09.2022

Wrócił rytm zajęć na pływalni, zatem łatwiej o wychodzenie biegać bez wymówek, bo zostają na te treningi tylko określone dni. To dobrze mi robi. Motywacja z pogadanek ze sobą z sierpnia ciągle żywa, a i Bieg z Radością jako test formy coraz bliżej.

18.09.2022

Nie chcę zapeszać, ale bieganie mi „idzie”. Oprócz jednego weekendu, gdy zostałam w pieleszach i odpuściłam, to nie ma gadania i robota (zadania biegowe od trenera) się robi. Analizując tempa i czasy, widzę, że forma jest podobna do lipcowej, a biorąc pod uwagę sierpniową dziurę w moim bieganiu to jest nie najgorzej. Realnie jednak podchodząc do celu, jaki wyznaczyłam sobie na październikową dyszkę, to na zbliżenie do życiówki na tym dystansie szans nie mam. Jeśli wybiegam mniej niż 55 minut to będzie dobrze. Wszystko, co będzie mniej uznam za bonus. 

30.09.2022

Znowu mi wypadł tydzień biegania, jednak w ferworze przygotowań do rodzinnej uroczystości i przed urlopem zwyczajnie wolałam zostać w domu i odpocząć niż gnać kilometry po okolicy. Zaraz po tym urlopowo wszedł rytm biegań i długich spacerów. Nie uratowało to formy, ale zapewniło mniejszy ewentualny zgon na trasie dychy zapewne.

09.10.2022

Nie będę ukrywać, że nie martwiły mnie letnie przerwy w bieganiu. Wolę jak jest lekko i przyjemnie, a nie górzyście i z mozołem. Jednak po przeczytaniu, że nie tylko mnie dotykają chwile zwątpienia i zmęczenia (biegowych blogerów również) i że tydzień wolnego nie zabiera aż tyle wydolności by rwać z głowy włosy - jestem spokojniejsza. Oczywiście dobrego one nie przynoszą, ale w końcu amatorzy nie samym bieganiem żyją. Taki los :)

Z tą myślą wystartowałam w Biegu z Radością i pokonałam 10km w 57’30 z tętnem średnim 179 uderzeń/min. Jest wyjście do pracy zimą. Uważam to za sukces, treningowo długie odcinki biegałam 45sek/min dłużej, a tu udało się utrzymać tempo 5’45 na całym dystansie.


Rok wcześniej w Biegu Marszałka wróciłam do biegowego przedszkola z przekroczoną godziną, na kanwie tego wyniku rozpoczęłam bieganie na tętno. Wiosną wzbiłam się na poziom wydolności 45 i choć obecnie jeszcze bywam dwa poziomy niżej, to wiem, że to kwestia czasu, że dogonię formę nie tylko z wiosny, ale z lutego 2019, kiedy to zdecydowanie byłam najszybsza.


Jednym słowem - po roku szurania można zacząć planować nowy sezon z apetytem na życiówki.

niedziela, 29 maja 2022

pomiędzy startami czyli osiem tygodni by formy nie zepsuć, a poprawić, wzmocnić

W związku z tym, że kwetniowe 52 km pod Elblągiem miały być rozgrzwką przed kolejnym startem na tym dystansie, tj. Maratonem Rzeźnika w Bieszczadach z przewyższeniem 2.250 m, to przygotowania trawają dalej. 

maj 2022
Odpoczynek po Ultra Wysoczyźnie zahaczył o majówkę na Podhalu, więc regeneracja przebiegała dość aktywnie. Biegania było niewiele, ale za to spacerów górskich sporo: odwiedzona Rusinowa Polana, Kopieniec, Tarasówka, a także Dolina Białej Wody. Panoram Tatr skompletowałam kilka - wygrywa ta:

Panorama Tatr z Tarasówki (Małe Ciche) - fot. własna

Wydawało mi się, że po chwilowej odsapce wrócę do kilometraży tygodniowych bliższych 40 km, ale jednak życie zweryfikowało te ambitne plany. W majowe tygodnie biegałam między 21 a 26 km. Było regularne pływanie i sporo roweru, ale głowę zaprzątały też rodzinne sprawy, a to zawsze hamuje moją zadaniowość i mocno stresuje, a to z kolei wpływa na regenerację i możliwości ciała. 

Fajnie było wyjść w jedną z sobót na krótką przejażdżkę rowerową, a wrócić po 60km do domu, ale gdy odpoczynek po takiej wycieczce trwa do wtorku, to jednak trzeba brać poprawkę na całokształ i nie zachetać się ani fizycznie, ani psychicznie. Moje majowe bieganie kosztuje mnie sporo wysiłku i męczy, co genialnie pokazuje fotka z 400 Parkrunu Warszawa-Praga.  

Na mecie Parkrun Warszawa-Praga - fot. Marcin.biz

Wrzucam zatem ciut na luz i robię, ile mogę. Co oznacza, że średnio wybieguję po 6-8 kimometów na wyjście i jak wolę zostać w domu, to zostaję. Często zamieniam bieg na rower. Posuwam się również do ucieczki na jeden dzień na wschód. Wietrzenie głowy na Podlasiu w pięknych okolicznościach przyrody wśród kwitnącego rzepaku i Krainy Otwartych Okiennic pomaga naładować akumulatory i zdystansować się do codzianności. 30 kilometrów po wioskach i lasach z dala od zgiełku, za to w pełnym słońcu robi robotę.

Pole rzepaku gdzieś pod Trześcianką - fot. własne

Maj kończę z wybieganą setką, 150 km na rowerze i lekkim strachem przed zakwasami po Maratonie Rzeźnika. Czerwcu, przybywaj!

30.06.2022
Czerwiec przybył, jednak mimo zakusów na bieganie w Bieszczadach nie stanęłam na starcie w Cisnej. Przez maj przetoczyła się rodzinna batalia zdrowotna i odbiło się to na bieganiu. W czerwcu wcale lepiej nie było. 

Pierwszy raz w dzień zawodów po przebudzeniu się nie miałam ochoty iść na start. W takim stanie psychicznym i na niedotrenowamiu mogłam doprowadzić się tylko do cierpienia na każdym kilometrze. Uznałam, że nie chcę sobie tego robić. Zostałam. Sen był lepszym rozwiązaniem na ten poranek 16 czerwca niż bieganie. Nie żałuję tej decyzji. Nie jestem robotem. Rzeźnik poczeka lub nie będzie musiał. Zobaczę, gdzie życie zaprowadzi. 

niedziela, 24 kwietnia 2022

wspaniale poczuć biegową moc czyli Ultra Wysoczyzna na piątkę z plusem

To był fantastyczny weekend. Znowu w drodze, znowu ze znajomymi, znowu z zawodami. A na dodatek w okolicach Elbląga, czyli prawie jak u siebie.

Widok na Katedrę w Elblągu - fot. własna

Na wieść o imprezie na Wysoczyźnie Elbląskiej aż zaświeciły mi się oczy i nie było opcji bym nie wystartowała. Niestety dystans, który najbardziej zachęcał to 52 km ze startem w Tolkmicku i metą w elbląskiej Bażantarni, bo mniejsze (12 i 25 km) zakładały pętle tylko po lesie przy mieście. Uznałam, że będzie to doskonała próba przed powrotem na ponadmaratońskie dystanse i na zawody w ogóle. Ostatni mój start na dystansie długim to było 65km w Innsbrucku we wrześniu 2020 roku, potem nastąpiła przerwa w moim trenowaniu i nie było sensu kusić się na poważne bieganie. Generalnie odpuściłam i dopiero w grudniu 2021 udało się wziąć biegowo w garść.

Na starcie na Rynku w Tolkmicku stałam raczej niewyraźna i spięta. Niby to miał być bieg treningowy, jednak uzgodniłam sama ze sobą, że warto by było przynajmniej godzinę z dziesięciogodzinnego limitu urwać. Uznałam, że zobaczenie ósemki z przodu to będzie sukces. Zupełnie nie wiedziałam, czy mój plan „biegania na czuja" się sprawdzi, co przyniesie trasa i dystans.

Starałam się zacząć spokojnie, co w gronie dwustu biegaczy na starcie łatwe nie jest. Już na drugim kilometrze zostałam na szarym końcu stawki, bo mocno pilnowałem by nie biec szybciej niż tempem 6’30/km. Bycie na końcu zupełnie  mnie przeraża, gdyż na dystansie 52km to nie pierwsze kilometry decydują o kolejności na mecie. Robiłam swoje. Powoli i do przodu. Kto wyprzedzał na trasie, ten wie, o czym mówię.

Podzieliłam sobie trasę na odcinki po 13km i interesowało mnie tylko, by te cztery zadania odhaczyć. Pierwszy etap minął jeszcze przed dotarciem do Kadyn na punkt odżywczy z zespołem ludowym i pierogami. Biegliśmy dość długo świetną szutrówką w lesie, potem na skarpie w Suchaczu czekał nas widok na Zalew Wiślany.

Kolejne kilometry wiodły lasami i polami na skrzyżowanie wśród pól w Próchniku, gdzie rozpoczęłam czwarty etap z lekkim kryzysem wśród alei ze starodrzewiem i jemiołą w Pięknym Lesie. Trzy kilometry lekko w dół dały mojej głowie popalić. W nogach miałam już ponad 30 km i miałam wrażenie, jakby ta droga nie miała się skończyć. Na szczęście w końcu pojawiły się kolejne wzniesienia do pokonania i ta różnorodność terenu pozwoliła wrócić mi do względnej równowagi.

Piękny las w okolicy Próchnika - fot. własna

W Krasnym Lesie na ostatni etap zmieniłam buty. To był zabieg kontrolowany (być może w przyszłości zajdzie taka potrzeba) i biorąc pod uwagę, że ledwo wcisnęłam stopę w moje inov8ty, to już wiem, których na przebranie nie brać. Na szczęście nie ucierpiały paznokcie, ale obtarłam sobie mocno palucha. Po blisko 40km stopy są większe niż mniejsze i zakładanie butów, które są dobre do dystansu półmaratonu, to nie był najszczęśliwszy pomysł. Nauczka na przyszłość jest.

Ostatnie kilometry w Bażantarni - fot. własna

Wiedziałam, że ostatnie 13km będzie wymagające. Znam te tereny i oszczędzałam ciut siły na Belweder, który należało zdobyć na ostatnich metrach trasy. Zaraz po przekroczeniu Fromborskiej czekał mnie odcinek z betonowych płyt na trasie GreenVelo, potem niespodziankę zrobiła mi Goplanica - jeziorko, którego nie znałam, a prezentowało się pięknie w środku lasu. Dość szybko przekroczyłam Królewiecką i niemal na skrzydłach mknęlam ku mecie. 

Czas, jaki zobaczyłam na zastopowanym zegarku, zaskoczył mnie mocno. Nie sądziłam, że będę w stanie zrobić 52 km z ponad 1000 metrowym przewyższeniem tak szybko. Okazało się, że całkiem dobrze taktycznie rozegrałam ten dystans, bo odcinki pokonywałam w dość podobnym czasie:
13 km, tj. 1/4 trasy - 1:40
26 km, czyli połowa dystansu - 2:00
39 km, 3/4 trasy - 2:00
52 km, meta  - 1:50
Czas całości 7:29’30
Na początku dała o sobie znać świeżość, później odcinki wydłużyły się do dwóch godzin, ale było do przemierzenia wówczas sporo w górę. Końcówka dobiegana na zmęczonych nogach - tu włączyła się już głowa i tak siłą ducha i z uśmiechem na twarzy ukończyłam swoje kolejne ultra.

Każdemu, kto nie zna Wysoczyzny Elbląskiej polecam te tereny i te zawody. Jest wymagająco jak w górach, jest różnorodnie, można pozachwycac się widokami i róznymi rodzajami lasu. Zalew w oddali również zachwyca. Organizatorzy (gospodarze terenu) dopinają wszystko na ostatni guzik. Warto tam być, warto tam biegać.

Dla mnie ten start był powrotem na dystans ultra po 1,5 rocznej przerwie i testem formy po bieganiu "po swojemu". Jest również dobrym prognostykiem przed kolejnym wyzwaniem, jakim jest Maraton Rzeźnika. To było bieganie w Bieszczadach Północy przed bieganiem w Bieszczadach na południu.

czwartek, 24 marca 2022

upadki już były, pora na wzloty czyli moje kolejne podejście do regularnego biegania

Wyjście z regularnego i fajnego (jak na/dla mnie) biegania, jakie nastąpiło jeszcze w 2019 roku (podsumowanie AD 2019 w linku), przeciągnęło się aż do jesieni 2021 roku. Patrząc na to, co było moim udziałem przez ostatnie lata, uznaję, że to pokłosie historii osobisto-rodzinnych, zdrowotnych i pandemicznych stresów (również zawodowych). W 2020 i 2021 roku głównie biegałam relaksacyjnie i towarzysko. Mowy o trenowaniu nie było, bo co wchodziłam w rytm biegania z planem, to pojawiała się niemoc. 

Kolejny "nowy start" nastąpił przed świętami Bożego Narodzenia i mając na uwadze, że robię ten wpis 26 lutego, zdecydowanie można uznać, że tym razem się udało. Biegam! Znowu! Po 10 latach od pierwszego wyjścia na bieganie, po lekturze "Pod górę. Trening dla biegaczy i skiturowców" autortswa m.in. Jorneta Kiliana postanowiłam wrócić do biegowego przedszkola i skoncentrować się na bieganiu na tętno. Rezonuje ze mnie cały czas maksyma z "Pod górę", że jak nie wiesz jak pobiegać, to pobiegaj wolno - to zrobi Ci najlepiej. Zrezygnowalam więc z rozpisek trenera, przestawiłam głowę z biegania na truchtanie, zaczęłam słuchać swojego ciała i zegarka, który podpowiadał wskazaniami tętna, czy dziś to nie lepiej zostać w domu. Jestem zadaniowcem, więc jak miałam w planie treningowym coś do wybiegania, to choćby skały srały szłam i realizowałam trenerskie założenie. 

Styczeń 2022
Biegałam wolno i bacząc na tętno - to była nowość. Zapomniałam, że kiedyś potrafiłam szybciej. W tym czasie tylko raz wybiegałam dystans 10 kilometrów. Moje bieganie to były najczęściej około godzinne wyjścia z dysyansami 7-9 kilomterów. Dwa razy w styczniu zdarzał mi się mocnejszy bieg - były to starty w Zimowych Górskich Biegach w Falenicy (ukończone z czasami 43'11 i 43'36 - porównywalne z rokiem 2014, rekordy tej trasy są z 2017 roku i oscylują około 40 minut).

Jak w skupieniu zdobywam falenicką wydmę :)

Dopiero po miesiącu regularnego biegania i setce w nogach sięgnęłam po "Bieganie metodą Danielsa" by wspomóc się wiedzą guru. Był to dobry moment by w biegi spokojne włączyć przebieżki, a raz w tygodniu zrobić mocniejszy akcent.

Pamiętam, jak zaczynałam trening 2x15minut w tętnie progowym, nie dawałam złamanego grosza, że po spokojnym bieganiu ponad 7 minut na kilometr wykrzesam z siebie tempo niższe niż 6 minut na kilometr. Tymczasem... pierwsza seria pobiegnięta po 5'50, a druga 5'45. Wtedy poczułam, że truchtanie na tętno działa. Z szelmowskim uśmiechem wracałam do domu.

Styczeń skończyłam z wybieganymi blisko 120 kilometrami w czasie 15 wyjść. Regularnie pływałam dwa razy w tygodniu, pamiętałam o rozciąganiu. Spałam dużo i czasem ucinałam sobie drzemkę w ciągu dnia.

Luty 2022
W pierwszym tygodniu lutego miła zaskoczka na trasie Zimowych Biegów Górskich w Falenicy - pobiegłam 41'46 czyli blisko dwie minuty lepiej niż w styczniu. Czułam wybieganie i na płaskich odcinkach mogłam przespieszyć. Tydzień później dane mi było zasmakować mocy przyspieszania jeszcze podczas Wieliszewskiego Crossingu na dystansie 10 kilometrów z przewyższeniami. Zaczęłam (jak lubię) wolno i spokojnie, a potem od trzeciego kilometra wyprzedzanko, które nakręca moje nogi i głowę. Kolejna sobota przyniosła czas 41'33 na falenickiej wydmie. Na tym lutowe eskcesy na zawodach kończę. Starczy :)

Znowu poczułam wiatr we włosach podczas zawodów, Wieliszewski Crossing

Pod koniec miesiąca zafundowałam sobie jeszcze trening 4(2x200/200 i 400/400) i czasy odcinków, jakie wybiegałam zadowoliły mnie. 200tki były po '58, a 400tki po 1'59. Powoli przesuwamy formę ku tej z lutego/marca 2019 roku, kiedy poszły w niwecz stare życiówki na 5km i w półmaratonie.

Luty to wybiegane 110 kilometów w czasie 14 wyjść. Nadal regularnie pływam i joguję. Dołączyłam sobie jeszcze plankowe wyzwanie, ale okolice minuty mnie póki co shamowały i czekam aż przyzwyczaję ciało do tego czasu. 

Zwyżka formy jest zauważalna przez codziennego świadka moich biegowych ekscesów, tj. Garmina. 


Marzec 2022
Rytm i regularność biegania dają spodziewane efekty. W pierwszą sobotę marca kończę falenicki cykl z czasem 40’25. Ocieram się tym samym o życiówkę (brakuje 11 sekund), pozostaje niby niedosyt trójki w wyniku z przodu, ale to już cel na kolejny rok. Cieszy, że pętle pokonywałam w lekko ponad 20 minut, a to pokazuje, że od stycznia zrobiłam bezdyskusyjny progres. 
 

Test pozimowej formy był zaplanowany na Półmaraton Marzanny w Krakowie (pandemicznie przekładany pięc razy termin od lutego 2020 roku) i został zdany przeze mnie zadowalająco. Pobiegłam 21 kilometrów jednym tempem 6’06 na kilometr, a jestem z tych rozgrzewających się w trakcie biegu i wolę tempo narastające. Ostatnie dwa kilometry biegłam totalnie głową, szkoda było mi zaprzepaścić to równe tempo, jednak kosztowało to mnie dużo wysyłku. Co by nie podkreślić nie biagałam tym tempem długich odcinków. Wybiegałam ten wynik praktycznie z truchtania.

Ostatecznie na mecie pojawiłam się w czasie 2:09 i choć były zakusy, że może uda się przebyć ten dystans z tempem niej 6'00, to zdecydownanie nie było takiej opcji. Dyspozycja dnia była dobra, ale falistość trasy mnie zaskoczyła. Ilość pochylni, zbiegów i podbiegów w bieganiu do i od Wisły nie miała końca. Fantastycznie za to wyprzedzało mi się od niemal samego początku. To mega nakręca!

fot. z galerii organizatora z facebook.com

Co dalej?
Ostatnie dni marca podzielę między odpoczynek i powrót do biegania oraz rowerowania. Po powrocie z Krakowa organizm zapodał infekcję i katar jak 150, więc nie ma opcji, że zacznę aktywności za wcześnie. Nawet basen odpuszczony.

Niżej dzielę się narzędziem, które pomagało mi w ciagu 12 tygodni (od początku trenowania, tj. od 20 grudnia do półmaratonu) kontrolować przemierzone kilometry i czas spędzony na aktywnościach. Pilnowałam, aby nie było zbyt wysokich przyrostów między tygodniami i nie było to w sumie trudne, bo jak zdarzał się mocniejszy tydzień, to potem organizm sam dopominał się o regenerację.


Marzec domykam biegowo w 138 km podczas 15 wyjść. Rowerowo zrobiłam 68 km. Treningi dopełniał basen (6/9), joga i masowanie mięśni pistoletem (nowe narzędzie przyjemności).

Trzymiesięczy etap budowania bazy można uznać za ukończony. Biegam przyzwoicie, mogę dalej szlifować formę. Na ten rok nie planuję życiówek i mocnego ciśnięcia. Będę kontynuować tętnowe bieganie, bo widzę, że mi służy. Zamierzam również radośnie przemierzać trasy, bo na pierwsze półrocze plany ultra są. Pięćdziesiątki welcome back!

Acha! Od 28 marca 2022 roku koniec z obowiązkowymi maseczkami i kwarantannami. Wraca normalność?

piątek, 24 grudnia 2021

I chciałabym i nie mogę czyli zbieram się w sobie mimo pandemii i anemii

Moje plany na rok 2021 (z posta z końca ubiegłego roku):
- treningowo biegać Zimowe Biegi Górskie na dystansie 6,6km;
- treningowo pobiec Bieg Chomiczówki;
- sprawdzić formę na Wiązowskiej Piątce;
- zrobić życiówkę podczas Półmaratonu Marzanny;
- przebiec Bieg Rzeźnika w limicie;
- popływać open water;
- przepłynąć po 25 metrów wszystkimi stylami;
- zadebiutować w tri / poprawić życiówkę w duathlonie;
- poprawić życiówkę na 10 km;
- o ile będzie forma na złamanie 4 godzin w maratonie, zrobić to. 

Minął rok pandemii koronawirusa, a ja mam wrażenie, jakby moje treningowe życie na ten czas stanęło w miejscu. Niby biegałam, pływałam, jeździłam na rowerze (więcej w poście podsumowującym 2020 rok), ale nie trenowałam. Radary skierowałam na inne aspekty życia, a aktywność była odskocznią. Nie da się być uważną w kilku kwestiach na raz. Teraz czuję, że pora poświecić więcej czasu i energii treningom. 

Zawodów, co prawda, nadal jak na lekarstwo i o asfaltowym biegu można tylko pomarzyć. Na wszystko można znaleźć sposób - biegacze i organizatorzy przenieśli się w teren - do lasu i w góry. Wychodzi na to, że moim głównym celem pierwszego półrocza 2021 jest poprawienie czasu na duathlonie, który zaplanowałam w tym roku w maju i wrześniu. Będzie zatem szybkie bieganie i duuużo roweru.

Opis sytuacji - początek marca.
Rozbujać ciało po grudniowym roztrenowaniu łatwo nie było. Wypadło z grafiku pływanie, bo zamknięto baseny. Panująca zima i brak bliskich celów biegowych nie zachęcały do wychodzenia z domu. Styczeń zakończyłam z kilometrażem około stu kilometrów, co zachwytu nie budzi. 

W lutym wróciło pływanie, za to nadal z bieganiem byłam na bakier. Wybiegałam nawet 130 km, ale nie były to treningi jakościowe, a głównie spokojne biegi. Wisienką na torcie były 22km w Gorcach w przepięknej zimowej scenerii. 

Widok z wieży z Lubania (Gorce), fot. własna

I choć po wycieczce w Gorce łatwiej zakasać rękawy do pracy nad formą, to anemia i niemoc pokrzyżowały moje plany i chęci. Wymuszona przerwa zakończyła się pod koniec miesiąca.

Jak realizacja wygląda w połowie maja?
Pandemia trwa w najlepsze, choć szczepienia (jestem już po dwóch dawkach) dają nadzieje na lepsze czasy. Obserwuje się chęć rządów i społeczeństw do powrotu do normalności, co więcej luzowane są obostrzenia po trzeciej fali. Nawet chodzić na zewnątrz bez maseczek można. Idzie lato, więc wirus w utajeniu. 

Patrząc na moje plany na 2021 (szczegóły wyżej) to ich realizacja przebiega głównie na przekładaniu terminów lub wymazywaniu zawodów z listy. Zimowe Biegi Górskie nie odbyły się. Bieg Chomiczówki i Wiązowska Piątka przeniosły się z mroźnych miesięcy na czerwiec i lipiec. Podobnie Półmaraton Marzanny z marca 2020, wskoczył w kalendarzu na sierpień 2021 (czwarty termin to jest już zresztą, być może znowu niepewny...). Odpuścić mi przyszło bieganie po Chomiczówce (zdublowany termin z urlopem), duatlon w Garwolinie (impreza przeniesiona jako wirtaualna, a poza tym lało i zimno, że psa z budy nie wypędzi) oraz po Bieszczadach (partnerka Rzeźnicka w pocovidowej niemocy). Nie mam pojęcia, czy pobiegnę w tym roku na zawodach szybką dychę. Póki co szykuję się pod szybką piątkę, bo zawody w Wiązownie na horyzoncie i wrześniowy duathlon sprint w Makowie czeka, a tam biega się też ten dystans. 

Mimo zmiany planów i przewertowań w imprezach odzyskałam radość z biegania i roweruję dość często. W końcu przyszła wiosna i można dowoli czas spędzać na aktywnościach, ciesząc oko zielenią.

Pogorzelska Struga, fot. własna

Udało się nawet odbyć mały obóz biegowo-rowerowy w Pieninach. Pogody może słonecznej nie było, ale odpoczynek na łonie natury lub wycieczka rowerowa wzdłuż Dynajca robią robotę! Kolejna taka dawka tlenu, słońca i aktywności w Bieszczadach wkrótce!

Panorama Szczawnicy, fot. własna

Cieszy mnie, że weszłam w rytm treningowy, bo bez motywacji w postaci zawodów i z pandemicznymi ograniczeniami i stresem bywa różnie. Od kwietnia jakoś utrzymuję regularność i oby to trwało. Zegarek treningowy zanotował w tym czasie progres wydolności z poziomu 35 do 41. Wiem, że ciągle gonię szczyt formy z lutego 2019 i blisko niej bynajmniej jeszcze nie jestem. Piątkę pewnie jestem w stanie przebiec w 26-27 minut, a łamałam już 25. 

W tej chwili pod największym znakiem zapytania stoi triathlon. Realnie patrzę na swoje możliwości pływackie i póki co w żadnym akwenie otwartym się pływającej nie widzę. Nie oznacza to, że progresu w pływaniu nie odnotowuję. Cel sezonu, czyli  przepłynąć po 25 metrów wszystkimi stylami jest już osiągnięty. Żaba i delfin w moim wykonaniu pozwalają pokonywać długość basenu, a we wrześniu wcale nie było to możliwe. Przemilczę tu moje powołanie do kadry narodowej triathlonu (tylko kadra mogła uczestniczyć w zajęciach na basenie), bo cel uświęca środki i tylko dzięki temu mogłam w lutym i marcu kontynuować naukę pływania. 

Zamiast podsumowania roku słów kilka

Realizacja planów:
- treningowo biegać Zimowe Biegi Górskie na dystansie 6,6km;
- treningowo pobiec Bieg Chomiczówki;
- sprawdzić formę na Wiązowskiej Piątce;
- zrobić życiówkę podczas Półmaratonu Marzanny;
- przebiec Bieg Rzeźnika w limicie;
- popływać open water;
- zadebiutować w tri;
- poprawić życiówkę w duathlonie;
- poprawić życiówkę na 10 km;
- o ile będzie forma na złamanie 4 godzin w maratonie, zrobić to. 

Rok 2021 ogłaszam rokiem odpustów i zmian planów goniących zmiany planów. Pewne nic nie było, ale ruch (bieg, rower i pływanie) był obceny w moim kalendarzu. Myślę, że część życiówkowych planów poczeka nawet na realizację w roku 2023. 

Od końca marca do końca wakacji mozolnie budowałam wydolność, ale częste przerwy z powodu złego samopoczucia nie pozwalały mocniej podbijać formy. W Wiązowskiej Piątce wybiegałam 27 minut, taki sam wynik zanotowałam po Biegu w Radości w październiku. 


Dyszka w Biegu Marszałka w Sulejówku z czasem godzinnym pokazała, że funkcjonowanie od anemii do anemii sensu większego nie ma i po ponad dwóch latach bez mięsa wróciłam do diety zwierzęcej. Zmiany wprowadziłam również w swój reżim treningowy - postanowiłam zacząć biegać na tętno i zobaczyć, co wnienie do mojego biegania ta szkoła. Czuję się, jakbym po dziewięciu latach biegania wróciła do przedszkola i nadrabiała podstawy. Z ciekawością będę obserwować czy w 2022 przyjdzie nowe.

czwartek, 31 grudnia 2020

2020 rok w skrócie czyli moje bieganie w czasie pandemii

Plany na 2020 rok:
- w lutym: zmierzyć się z czasem 1:55' w półmaratonie,
- w maju: wydłużam dystans - 65 km pobiegnę dookoła Innsbrucka,
- w lipcu/czerwcu: spróbować triathlonu,
- wrzesień: przebiec 42 km ze złamanymi czterema godzinami.

Realizacja planów:
- nie przebiegłam w tym roku żadnego półmaratonu,
- ultra w Innsbrucku się skurczyło do 61km, ale było :)
- w marcu zamknęli baseny, więc o triathlonie nie było mowy,
- wrześniowy maraton odbył się w bardzo ograniczonej formie z losowaniem, a mnie na ten miesiąc przesunęli ultra w Innsbrucku, zatem nawet tematu nie zaczynałam.

Starty czyli co się udało:
- styczeń/luty - Zimowe Górskie Biegi w Falenicy (prawie 10km) - dość opornie, bez fajerwerków z powodów zdrowotnych - więcej tu;
- marzec - Bieg Kazików (10km, asfalt) - zawody mające być sprawdzianem formy przed Półmaratonem Marzanny, ostatecznie pobiegnięte jako test pozimowej formy;
- sierpień - Ultramaraton Powstańca (sztafeta 32km) - w ramach przygotowań do ultra - link;
- sierpień - Rykowisko Ultra Trail, Szybkie Badyle (36km) - w ramach przygotowań do ultra - link;
- wrzesień - Innsbruck Alpine Trailrun Festiwal (65km).

Do spektakularnych sukcesów roku nie sposób nie zaliczyć pływania, bo treningi tej dyscypilny nie były przeze mnie odpuszczane (o ile pływalnie były czynne), co więcej uzupełniałam je o własne wizyty na basenie. Raport z tej gorszej części roku w linku, a w tym z tej lepszej.

Zima i wiosna nie była dla mnie łaskawa, a koronawirus nie ułatwił powrotu do formy biegowej. Marzec (tu wpis) zaskoczył wszystkich, plany startowe i wyjazdowe poszły w niewcz, własciwie dwa miesiące przesiedzieliśmy w domu (o tym, co w kwietniu w linku). Od maja, kiedy to mentalnie wyszłam z kwarantanny (tu więcej), przynajmniej rowerowe wycieczki wchodziły aż miło. Wdrożyłam projekt rowerowe Podlasie i sporo kilometrów tam wyjeździłam. A'la przewodnik do dyspozycji zainteresowanych w linku. 

Po posusze w bieganiu od wakacji zaczęło być dobrze, choć lipiec nie pokazywał, że w formie coś pykło (o czerwcu i lipcu w poście). Dopiero w sierpniu pojawiły się pierwsze oznaki, że bieganie i rower przynoszą efekty (relacja z sierpnia), pewnie zasługą tego stanu była regularność i trekking w Pirenejach, o czym w tym wpisie. W krew weszło mi pisanie podsumowań miesięcznych, bo dzięki nim mogłam śledzić swoje aktywności i postępy lub ich brak.


Plany na rok 2021:
- treningowo biegać Zimowe Biegi Górskie na dystansie 6,6km;
- treningowo pobiec Bieg Chomiczówki;
- sprawdzić formę na Wiązowskiej Piątce;
- zrobić życiówkę podczas Półmaratonu Marzanny;
- przebiec Bieg Rzeźnika w limicie;
- przepłynąć po 25 metrów wszystkimi stylami;
- popływać open water;
- zadebiutować w tri;
- poprawić życiówkę na 10 km;
- o ile będzie forma na złamanie 4 godzin w maratonie, zrobić to. 

czwartek, 24 września 2020

pływanie zaczyna przypominać pływanie czyli czuję flow

Sezon pływacki rozpoczął się z początkiem września i po czterech tygodniach mam wrażenie, że robię postępy w kraulu. Godzinne treningi to głównie zadyszka, choć już w tym tygodniu mam możliwość w czasie zajęć rozejrzeć się po innych torach, co oznacza, że miewam chwilę na oddech. Wchodzę w rytm i w sumie zaczyna mi się podobać. Mniej walczę z wodą, bardziej ją czuję. Już wiem, co to ta "gęsta woda" i potrafię ją znaleźć. 

Po intensywnym ćwiczeniu delfina miałam zakwasy w biodrach i brzuchu. Wyginałam się aż za bardzo chyba... Żaba ciągle kuleje. Gleichem śmigam, ale na brzuchu samymi rękami mało co jestem w stanie wskórać. Nogi ni jak nie są w stanie się odbić. 

Dzień 23 września powinien wpisać się do kronik pływackich, bo zdobyłam się na skok ze słupka. Myślałam o tym całe popołudnie i w końcu... zrobiłam to. Poprzednie dwa razy skakałam z podłogi, a wcześniej byłam mistrzynią wsuwania się na tor. Niestety drabinka jest za daleko :)

Ćwiczeń nigdy za mało, mówią. W tym miesiącu tylko dwa dodatkowe, samodzielne treningi udało mi się wygospodarować. Czuję, że dzięki temu kolejnemu wejściu do wody łatwiej mi odnaleźć się na klubowych treningach. Mniej się boję, jestem bardziej obyta. Wrzesień kończę z myślą: „Jest dobrze. Oby tak dalej!”  

fot. Tomasz Madej

sobota, 12 września 2020

zabawa bieganiem czyli moje pierwsze 61k w Tyrolu

Nie da się ukryć, że obawiałam się trasy Panorama Ultra Trail w ramach Alpine Innsbruck Trailrun Festival. 65 kilometrów skurczyło się, co prawda, do 62, ale nadal to maraton i prawie półmaraton zarazem, ciężko było zapomnieć o przewyższeniu (1700m). 

Pierwszy tydzień września jeszcze na miejscu wybiegany aż miło. Ciąg i przebieżki pokazywały, że forma kroczy w dobrym kierunku. Tydzień przedstartowy spędziłam aktywnie w Tyrolu na dwóch górskich wycieczkach i rozbieganiu na dwa dni przed zawodami. To ostatnie pogrążyło mnie w rozpaczy, bo na falistej trasie zmęczyłam się nieprzyzwoicie. 

Ostatecznie uznać trzeba, że pobyt na wysokościach pomógł w zaaklimatyzowaniu się w Alpach. Niespieszne spacery przy jeziorkach z Kühtai z szarlotką i piwem na 2300 m npm...


... a także wędrówka w dół z Ahornu do Mayrhofen pozwoliły być w najlepszej formie akurat w sobotę. 


Dzień przed startem pozwoliłam się ująć wrażeniom w Kristallwelt w Wattens, gdzie oprócz kryształów można było podziwiać widoki na otaczające Alpy z ogrodu. Tak powinien wyglądać dzień przed startem - niespiesznie, relaksująco, spacerowo.  


Wszystko to spowodowało, że miałam dzień konia. Odkąd wpadłam w rytm biegu około 5-7 kilometra, łykałam dalszy dystans nie wiem jak i kiedy. Głowa koncentrowała się na przemieszczeniu do kolejnego punktu odżywczego, zwizualizowana trasa zmieniała się tylko zgodnie z profilem - w górę, teraz faliście ale dość płasko, w dół do mostu na Inie, a potem znowu w górę i po punkcie jeszcze trochę w górę i będzie do 50 km prawie płasko. Tam za miasteczkiem most i droga powrotna do mety. Jeszcze dziś potrafię to wyrecytować. 


Na każdym punkcie pilnowałam, czy jest zapas czasowy do limitu dla najwolniejszych biegaczy. Wszędzie był, więc z dobrą miną mknęłam dalej. 

Na trasie towarzyszyła mi Dorota. W zasadzie nie umawiałyśmy się czy biegniemy razem czy osobno. Od startu żadna drugiej nie zgubiła i aż do mety dotarłyśmy wspólnie. To już nasz drugi wspólny bieg - w Trójmieście na Garmin Ultra Race spędziłyśmy razem 53 kilometry.   

Czas na mecie baaardzo mnie zaskoczył. W planach celowałam w 12 godzin, a dobiegłyśmy w czasie 10:28! 

międzyczasy za https://my.raceresult.com

Nie miałam podczas biegu kryzysu, napierałam na tyle, na ile teren i ciało pozwalało. Odkryłam, że ultra może być wspaniałą zabawą w sport. To był mój czwarty bieg na dystansie dłuższym niż 42 km w górach (Winter Trail Małopolska 49km, Garmin Ultra Race 53km, Supermaraton w Górach Stołowych 54km). Spodobało mi się, a apetyt rośnie w miarę jedzenia. Teraz chyba czas na 80km?